Kryminał · 40 min czytania
Ogródkowa zbrodnia cz. IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Tymczasem policjanci w pocie czoła poszukiwali mordercy. Można powiedzieć, że Walery Wlazł, jako bardzo sumienny funkcjonariusz miał pełne ręce roboty. /A z czym to się dopiero okaże./ - Panie nadkomisarzu, mam kilka ciekawych informacji. - zakomunikował Poniewierski. - O ile się nie mylę w sprawie Sterczyka? - Tak. Jak zwykle Patrycja wraz z przyległościami natrętnie rzuca się w oczy. - Janusz, pewnie odwaliłeś jak zwykle kawał dobrej roboty, ale za przeproszeniem, po co ty z tym do mnie przychodzisz? Przecież wiesz, że ta sprawą zajmuje się nasz agent. - powiedział z niesmakiem Wierzbicki. - No niby tak, ale jego nigdzie nie ma, a jeżeli już coś mogę powiedzieć to, dlaczego ten… ten konował ma mną rządzić? - zapytał z rozgoryczeniem Poniewierski. - Na razie musisz wytrzymać, ale jemu i tak się już zbiera na naganę. Znajdź go, powiedz, co znalazłeś, a potem przyślij do mnie. - Dobrze. Może mi się to uda.
Wszystko w porządku, ale gdzie ja mam go niby szukać? - zapytał sam siebie Janusz. - Przecież ta łajza jest wszędzie tam, gdzie nie powinna być. Jak by nie było, Janusz miał rację, bo Walery natrętnie rzucał się w oczy każdej sekretarce, księgowej, ba, chociażby sprzątaczce. Na szczęście nawet nie próbował zwracać na siebie uwagi wykształconych funkcjonariuszek policji, zgodnie z zasadą, że kobieta musi być głupsza od swego pana i władcy.
- Chłopaki, gdzie jest nasz agent? Mam go znaleźć. - Ostatnio miał pełne ręce roboty przy Basieńce. Jakby tak komendant wiedział, że on pcha w jej kierunku swoje łapy, to by chyba zrezygnował z emerytury i go uszkodził. - Wiesz, co stary złożyliśmy się na mszę za ciebie. Nigdy nie wiadomo, co się może przytrafić w towarzystwie takiego niedojdy, wiec lepiej zawsze mieć zabezpieczenie. - powiedział zupełnie poważnie jeden z towarzyszy broni Janusza.
Mimo jednak tej powagi sytuacji wszyscy wybuchnęli nieopanowanym śmiechem, a w pewnym momencie pokój oblała fontanna kawy. Niestety Kacper miał tylko dwa wyjścia, udławić się, albo zapewnić kolegom prysznic. Wybrał to drugie, zdrowsze rozwiązanie i na sześciu jasnych koszulkach pojawiały się brązowe plamy. Nikt jakoś nie ubolewał nad stratą części garderoby, wszyscy natomiast zgodnie z twierdzeniem, że śmiech to zdrowie, roześmiali się ponownie. - Dzięki chłopaki. Potraficie rozładować atmosferę. Przy okazji pomódlcie się, żeby on stąd jak najszybciej wyleciał. - powiedział z tęsknotą w głosie Poniewierski. - Gdzie mogę znaleźć panią Basię? - Wlazła w objęcia Wlazła. - powiedzieli prawie chórem wszyscy obecni i znowu zaczęli się śmiać.
Zrezygnowany Janusz, któremu przestało być do śmiechu, udał się na poszukiwania i zdziwiły go odgłosy dochodzące ze schowka na szczotki i pomieszczenia ogólnogospodarczego w jednym. Otworzył drzwi, zaświecił światło, zobaczył i wyszedł. Najpierw przez kilka minut nie mógł dojść do sobie, po tym, co zobaczył, a potem zaczął się śmiać. Wlazł wyszedł, poprawiając swój garnitur, który jakoś tak był dziwnie pomięty.
- Czego?! - zapytał rozbawionego Janusza. - Mam informacje na temat tego morderstwa. - powiedział nie mogąc opanować śmiechu i zauważył na twarzy Walerego zupełną odmianę. Zniknęła tęsknota za krągłymi biodrami pani Basi, a pojawiła się teoretycznie inteligentna mina śledczego. - Co mi chce powiedzieć trupek - strupek? - Co ja chcę ci powiedzieć. - poprawił Janusz, już zupełnie poważny. - Masz tu wszystkie papiery. Nieźle się za tym obiegałem. - Ale co ciebie to obchodzi? Dodał w myślach, zły sam na siebie, że odwalił taki kawał roboty, podczas gdy, szanowny Wlazł odgniótł sobie tyłek, od szczotki do podłogi, podczas pracy z panią Basią. - Masz to przejrzeć, a potem stawić się u Wierzbickiego.
Janusz z ulgą się oddalił, duma i radość rozpierały go od środka po tym, czego był świadkiem i chyba nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie to dla Wlazła było upokorzenie. Oderwany od zajęć z panią Basią Wlazł, nie mógł dojść do siebie, jednak zagłębiając się w lekturze różnej maści dokumentów, przed chwilą mu dostarczonych, powoli zapominał o tym ekscesie i znowu na pierwszy plan wysunęła się praca, praca… W pewnym momencie wydał nawet z siebie dziwny odgłos i widocznie przypomniał sobie, że nie umie gwizdać, więc jedynie powiedział pełne entuzjazmu "Jest!"
Część 22 / 4
- Chciał mnie pan widzieć? - zapytał widząc Wierzbickiego. - Tak. Mam do ciebie dwa pytania. Pierwsze, czy masz nakaz aresztowania? - Nie. - powiedział zdezorientowany Wlazł. - A masz głównego podejrzanego? - Pracuję nad tym. - powiedział z dumą w głosie. - Masz, czy nie!? - Nie, ale… - To teraz posłuchaj. - przerwał mu Wierzbicki. - Dopóki na oba te pytania odpowiedź będzie brzmiała - nie, to masz bardzo delikatnie przesłuchiwać ludzi, najlepiej tak, żeby oni sami nie wiedzieli, że są przesłuchiwani. Zrozumiano? - powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Ten policjancik mnie podkablował… - mruknął pod nosem Walery, jednak Wierzbicki miał bardzo dobry słuch. - Nie. Wczoraj odebrałem skargę na ciebie od męża niejakiej Bożeny Tykielskiej. Mówi ci coś to nazwisko? Lepiej, żeby mi to było ostatni raz. Do widzenia. - jednak Walery nie spieszył się do wyjścia. - Coś jeszcze? - Właśnie zdobyłem bardzo dużo informacyjek, bardzo istotnych informacyjek i mam teraz kilku podejrzanych na oku. Będę musiał urządzić małe przesłuchanko i wyciągnąć prawdę od tych typków. Przywiozę panu, morderczyka we własnej osobie. - powiedział dumnie Wlazł. - Doprawdy sam zdobyłeś te wszystkie informacje? - powiedział z ironią w głosie Wierzbicki, bo nie dalej jak pół godziny temu oglądał te same papiery, wręczone mu przez Poniewierskiego. Włazła zamurowało i jak najprędzej zapragnął znaleźć się poza zasięgiem wzroku przełożonego.
Po powtórnym przestudiowaniu wszystkich dokumentów, Wlazł postanowił udać się na mała wycieczkę pod Bydgoszcz i aresztować odpowiednia osobę. Żeby nie było nikogo do podziału chwały za złapanie mordercy, pojechał sam nie informując nikogo o swoim zamiarze. Jednak kierując się do samochodu ujrzał panią Basię, która właśnie skończyła pracę i kierowała się do domu. Po tak owocnym wstępie, przerwanym przez Janusza, nie mógł nie kontynuować, więc zaproponował, że odwiezie panią Basię do domu. Oczywiście ona zaproponowała mu coś do picia, a on oczywiście się zgodził. Cała wizyta jednak nie bardzo się przeciągnęła, bo Wlazł niestety nie mógł wykorzystać seksualnie pani Basi, bo ta przed wstąpieniem do łoża, piżgnęła swoje pantofle byle gdzie, gestem wprost ordynarnym. Tak, go to zdeprymowało, że musiał opuścić progi jej domu niezaspokojony.
Wychodząc z założenia, że policja, to władza, a władza może wszystko, udał się do domu podejrzanych jego zdaniem osób o godzinie dosyć późnej, a przynajmniej takiej, kiedy ludzie myślą już tylko o łóżku, lub nie myślą wcale. Spowodowane to było tym, że po spotkaniu z panią Basią musiał odprasować swój garnitur.
* * *
- Patrycja, słuchaj, wiesz, ktoś się chyba dobija do drzwi. Sprawdź, bo ja nałożyłam sobie maseczkę i nie chcę, żeby się przestraszył. - powiedział Terenia, chowając się w moim pokoju. - Już idę. Kto się tak natrętnie dobija? O ile się nie mylę, to tu w okolicy żyją sami kulturalni ludzie. - mówiłam sama do siebie, bo chyba wystarczy raz zapukać, nikt tu nie jest głuchy. Biorąc to pod uwagę otworzył te drzwi bardzo zdenerwowana. - Czego? - Policja ta ja. - powiedział palant w garniturze, którego już widziałam przy okazji zwłok.
Jego odzywka wydała mi się nie tyle głupia, co nieoryginalna, bo tak samo zakomunikował swoje przybycie, jeden z bohaterów u mojej ulubionej pisarki. Jak taki kretyn potrafi zbezcześcić tekst. Za takie coś powinni wsadzać do więzienia, a jego to już szczególnie. - Czego, się pytam. Jest późno i nie mam zbyt wiele czasu. - powiedziałam niezbyt uprzejmie. - Ja przyjechałem na przesłuchanie. - A to chyba źle pan funkcjonariusz trafił, bo tu nikogo nie przesłuchujemy. - Ale to ja przyjechałem zrobić u państwa przesłuchanko. - powiedział biorąc mnie chyba za kompletną idiotkę. - Czy nie da się tego zrobić w bardziej przystępnych godzinach? Ja i moja rodzina wybieramy się spać. - chyba nie zabrzmiało to wiarygodnie.
Biorąc pod uwagę to, że jedyną dostępną tu rozrywką było radio, no jeszcze ojciec z Tadeuszem grali w kary, chodzenie spać godzinie najpóźniej dziewiątej było czymś normalnym, albo może wymuszonym. Ja sama często siedziałam do późnych godzin nocnych słuchając radia i czytając książki, ale teraz nie miałam ochoty, aby marnować czas z tym "czymś". - Ja bardzo nalegam. - powiedział palant i chyba nie pozostało mi nic innego jak go wpuścić. - Chodźcie tu wszyscy, bo przyjechał p… - w ostatniej chwili pohamowałam się i nie powiedziałam palant. - policjant. - O tej porze? Coś się stało? - zapytał mój ojciec. - Nie, chciałem tylko zrobić małe przesłuchanko.
Część 33 / 4
Wyrywanie obywateli ze snu, to cecha raczej minionego ustroju, albo nawet czasu przez poprzednim ustrojem. Będąc osobą bardzo gościnną zgromadziłam wszystkich w kuchni, bo duży pokój w godzinach wieczorno - rannych nie nadawał się do użytku. Każdy przyniósł ze sobą krzesła, a pan władza niestety stał, bo jakoś nim, nikt się nie chciał pod tym kątem zainteresować. Ja, chociaż miałam sentyment do panów w mundurach, tego najchętniej zamknęłabym w tej nieszczęsnej szopie, żeby tam się rozłożył za życia. Świadoma, że trochę długo to chyba potrwa, wzięłam się za nastawienie wody, przygotowanie kanapek, sałatki, pokrojenie ciasta. Na stole szybko pojawiło się sześć szklanek i tyleż samo talerzyków. Chociaż umundurowana władza, często u mnie jadała, to jednak tego osobnika karmić nie zamierzałam, poza tym byłam pewna, że i tak nie wziąłby nic do ust, uważając to, za co najmniej łapówkę.
- Widzę, że nie wszyscy są. Brakuje chyba pana Mareckiego. Co się z nim stało? - On tu nie mieszka. Wynajmuje pokój niedaleko. - powiedziałam zupełnie nie wiem po co. - Czy ktoś mógłby go zawiadomić i tu przyprowadzić? Chcę mieć państwa wszystkich zgromadzonych razem. Powinna chyba być jeszcze jedna pani, mam rację? - To ja pójdę po Łukasza. - zaofiarował się mój ojciec. - To ja tez. Tak będzie lepiej. - powiedział Tadeusz. Pan władza chciał już zaprotestować, ale moja matka zgniotła go spojrzeniem. - Teresa, chodź tu, władza chce cię widzieć! - zawołała moja matka powstrzymując się od śmiechy, świadoma tego jak wygląda Terenia. - Na co czekasz, przecież jesteś taka praworządna. - Idę, idę. Kiedyś mi za to wszystko zapłacisz. - syknęła w stronę mojej matki, a pan policjant na jej widok zamarł z przerażenia. - Co się stało z pani twarzą? - zapytał wskazując na zieloną fizjonomię Tereni. - Mężczyzna. - fuknęła Teresa. - Jak zwykle na niczym się nie zna. To zwykła maseczka. - To czy mogłaby pani usunąć te zielone rozmazidła? Chciałbym widzieć pani twarz. - powiedział już uświadomiony palant. - Trzeba było przyjść w odpowiednich godzinach. Sam jest pan sobie winien. - widocznie tego typu przedstawicielstwo władzy nie odpowiadało Tereni, ale mimo tego usunęła zieloną skorupę z twarzy, ku widocznej uldze pana policjanta.
W tym czasie został na miejsce przesłuchania doprowadzony Łukasz, najprawdopodobniej obudzony, a to wszystko z powodu żądnego krwi policjanta, chyba odpowiedniejsze byłoby słowo wyjaśnień, ale ja nie miałam ochoty ich udzielać. Łukasz, widocznie jeszcze nieświadomy tego po, co został obudzony z zaciekawieniem przyglądał się tej całej szopce.
Mnie samą też to zresztą śmieszyło. Teraz już widać, dlaczego obywatele nie szanują policji. W takim wypadku to nawet ja sama jej nie szanuję. - Chyba możemy już zaczynać nasze przesłuchanko. Mam kilka pytań dotyczących dnia ósmego lipca. Pan Wacław i pani Emilia Trzcinowscy, gdzie państwo wtedy byli? - zapytał wyciągając notes. - W domu. - odpowiedziała bez zastanowienia moja matka. - Kto może to potwierdzić? - Pan Henio i mój wnuczek. - powiedziała bez namysłu. - Czy mogłaby pani powtórzyć pełne imię i nazwisko? - Henryk Okulski i mój wnuczek…
Moja matka ze śmiertelną powagę kpi sobie z tego faceta. Nigdy nie posądzałabym jej o to. Co prawda zdolności aktorskich jej nie odmówię, ale w obecnej sytuacji jest po prostu boska. Chyba będę musiał to sprostować, bo Dominika nie dam obudzić. Mógłby mi jeszcze narobić kłopotów, bo na każde zadane pytanie odpowiadałby mama. - Mój roczny synek. - przerwałam jej. - On chyba nic nie powie, poza tym nie życzę sobie, żeby go budzono. - To chyba nie będzie konieczne. - powiedział wielkodusznie pan kretyn. - A pani, pani Patrycjo? - zapytał kierując wzrok na mnie. - Byłam w Krakowie. Odbierałam z lotniska rodzinę. - wskazałam na Teresę i Tadeusza. - Więc jednak! - powiedział ni w pięć ni w dziesięć. - Przyznają się państwo, że byli ósmego lipca na lotnisku!
Cóż za wybuch entuzjazmu. Tak, na jego miejscu tez bym się cieszyła. Odkrył nasza tajemnicę. Teraz wszyscy powinniśmy sznureczkiem do niego podchodzić, żeby nam założył kajdanki. - A czy to jest zabronione? - zapytaliśmy prawie chórem. - Nie, ale przejdziemy dalej. Czy państwo - wskazał na Teresę i Tadeusza - znali denata? - A kto to był, jeśli można wiedzieć? - zapytała Terenia. - Więc państwo nie znają! - znowu wykrzykną ten nie powiem, co. Zaczęłam rozumieć Zbyszka, który mówił, ze ten facet jest niezbyt normalny. - Nie wiemy, czy nie znamy. Pytamy, kto to był. - powiedziała z naciskiem Terenie, której ta zabawa przestał się już podobać.
Znowu czułam się jakbym oglądał niemy film, poza tym odniosłam wyrażenie, ze Terenie też sobie z niego kpi. Ciekawe, jakie wrażenie o mojej rodzinie wyniesie z tego przesłuchania. Przecież to jest życiowa oferma. Ten człowiek jest zagrożeniem dla ludzi i zwierząt. Nie jestem nawet pewna, czy on wie, czego tu szuka, a jak pomyślę, ze on ma kogoś zamknąć…
Część 44 / 4
W takich sytuacjach, człowieka ograni zgroza, bo uświadamia sobie, w jakim żyje kraju, w jakiej rzeczywistości i jacy ludzie nią rządzą. Przecież to jest paranoja. - Zmarły nazywał się Władysław Sterczyk. - powiedział to tak, jakby widział wrażenie jakie wywoła na nas to nazwisko. Nic się jednak nie stało. - Nie, nie znałam człowieka o tym nazwisku. Czy mogę już iść spać? - zapytała Terenie, zupełnie ignorując wszelkie starania władzy. - To dopiero początek. Ośmielam się wątpić w pani słowa, ponieważ leciał pani jednym samolotem z zamordowanym. Siedział dwa miejsca przed panią. Miał pani sposobność, żeby go poznać, dowiedzieć się, że ma pieniądze, gdzie jedzie, czyż nie?! - Nie! - odpowiedziała Teresa przedrzeźniając pana kretyna. - Zaprzecza pani, więc, ze widziała tego oto człowieka? - zapytał, a właściwie stwierdził wyciągając fotografię. - Nie widziałam, nie znałam, tylko można powiedzieć czułam. - ja i Tadeusz potwierdziliśmy jej słowa. - Tak, tak. Czuję tu jakieś małe kłamstewko, ale przejdźmy dalej. Panie Marecki, gdzie pan był tego dnia?
Zaczyna się robić ciekawie. Moz dowiem się czegoś o tym przystojnym nieznajomym, bo prawdę mówiąc to my się jeszcze za dobrze nie znamy. Może poznam jakąś mrożącą tajemnicę jego życia… Chyba czytam za dużo kryminałów. - Również na lotnisku w Krakowie. Miałem tam odebrać klienta. - na szczęście pominął nasze spotkanie… - Nazwisko? - Marecki? - idiotyczna odpowiedź na idiotyczne pytanie, sprawiła, że wszyscy z trudem powstrzymywaliśmy się od śmiechu. - Nie pana, tylko klienta. - Nie mam prawa ujawniać danych klientów. Powiedzmy, że oni sobie tego nie życzą. - Dobrze, dobrze, wiec prawie wszyscy państwo mieli możliwość spotkać pana Sterczyka na lotnisku, dowiedzieć się gdzie się udaje, że posiada gotówkę i nawet jest bardzo prawdopodobne, że działaliście państwo w spisku. Śledziliście denata, a kilka dni później zamordowaliście go. - zakończył swój wywód anonimowy policjant. Widocznie w granicach jego możliwości nie leżało przedstawienie się.
Potem poczekał, na wrażenie, jakie wywrze na nas to, co powiedział, bo wiadomo, ze tylko winny się tłumaczy. Na szczęście dla nas zapanowała martw ciszy, aż do momentu, w którym dała o sobie znać praworządność Tereni. - Wypraszam to sobie! - oburzyła się. - Ja nikogo nie mordowałam, nie śledziłam i nawet nie znałam tego człowieka. W samolocie razem ze mną leciało sto innych osób i nie mam obowiązku ich wszystkich znać, a teraz, jeżeli pan pozwoli chcę iść spać. - Nie. Poczeka pani, aż skończę. Co państwo robili do końca tegoż dnia? - My, we trójkę byliśmy w Krakowie aż do środy. Może pan sprawdzić w hotelu. - poinformowałam go lodowato. - Mój klient płacił za cały dzień z góry i woziłem go prawie po całej Polsce. Szczegóły chyba nie są konieczne. - Powiedzmy, że na tym etapie nie. Teraz przejdźmy do dnia trzynastego lipca. Gdzie pani, pani Patrycjo wtedy była? - zapytał ze źle ukrywaną satysfakcją jakoby czekał, ze zaraz się przyznam.
Niestety musiałam się teraz przyznać, przejrzał mnie. To nie mogło pozostać nie wykryte. Cóż teraz już wiadomo, ze to ja zamordowałam tego biednego faceta. Jak ja mogłam to zrobić? W końcu udało mi się popełnić jakąś zbrodnię, a ona tak szybko się wykryła. - To był dzień morderstwa? - Tak. - To mnie pan ma, by byłam na wsi, czyli dokładnie mówiąc na miejscu popełnienia zbrodni. Może to potwierdzać Basia. Jednak byłam tu tylko do popołudnia, wieczorem byłam już w domu, rodzina może to potwierdzić. - chyba go nie przekonałam i bardzo zaczynają mnie denerwować te oskarżenia.
Nie, to jednak nie ja go zamordowałam. Niestety. Już myślałam, że to ja, a tu taka klapa. Gdyby nie ten sklep, to już siedziałbym w więzieniu. Znowu udało mi się wymknąć wymiarowi sprawiedliwości. - Biorąc pod uwagę, ze wszyscy państwo mogliście uczestniczyć w spisku, wasze świadectwa uważam za niewystarczające. - O moim powrocie może zaświadczyć sprzedawca ze sklepu spożywczego koło mojego bloku. Po powrocie byłam tam zrobić zakupy na kolację. - jakie szczęście, że pan Klaudiusz zna mnie już na tyle dobrze, że bez mrugniecie okiem to potwierdzi. - A państwo? - My wszyscy spędziliśmy ten dzień w mieście. Mam nawet bilety z muzeum, jeżeli chce pan je zobaczyć na potwierdzenie, a nie przepraszam, to było dwa dni wcześniej. W każdym razie przez cały dzień byliśmy w Bydgoszczy. - powiedziała za wszystkich moja matka. - O pan Henio może zaświadczyć. - Ja też nie wyjeżdżałem poza granice miasta. Centrala może to potwierdzić. - dorzucił swoje pięć groszy Łukasz, nie czekając na kolejne pytanie. - No cóż… - zaczął z niewyraźną mina nasz policyjny kretyn. - Jeszcze się na pewno spotkamy. Muszę tylko ustalić nowe fakty. Teraz chyba pozwolę państwu udać się na spoczynek. - Bardzo pan wspaniałomyślny, ale teraz to mnie się już spać odechciało. - ofuknęła go Teresa. - Poza tym przez pana zmarnowałam sobie maseczkę. Dobranoc. - i odprowadziła go wzrokiem do drzwi nie pozwalając na zadanie jakiegokolwiek jeszcze pytania.
Po tym wszystkim rodzinie gwałtownie odechciało się spać. W mgnieniu oka znikło wszystko ze stołu, rozpoczęła się debata na temat morderstwa i około północy, po przeanalizowaniu wszystkich faktów i domysłów, doszliśmy do wniosku, ze w czwórkę, to znaczy ja, Łukasz, Teresa i Tadeusz zamordowaliśmy tego Bogu ducha winnego faceta. Po tym to ja już byłam ciekawa tylko jednego. - Teresa, ty naprawdę nie wiedziałaś, kogo zamordowali? - zapytałam z niedowierzaniem. - Kogo zamordowali wiedziałam bo przecież się tu o niczym innym nie mówi, jak o tym i biednej Bożence, ale nie znałam człowieka z którym leciałam w samolocie, nawet lepiej, nie znałam tam prawie stu osób, więc skąd mogłam wiedzieć o kogo mu chodzi? Może tu jeszcze kogoś zamordowali? Mógł się precyzyjniej wysławiać. - odpowiedziała beztrosko na moje pytanie, a ja mogłam jej tylko przyznać racę, to był wyjątkowo nierozgarnięty policjant, całe szczęście, że ja znam wieli