Fantastyka · 9 min czytania
Oíche Shamhna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Nad Londynem powoli zmierzchało. Ostatnie promienie październikowego słońca rozpłynęły się w gęstej mgle wypełniającej wąskie uliczki Whitechapel dokładnie w momencie, w którym Aidan O’Sullivan (a właściwie Aodhán Ó Súilleabháin) zastukał rzeźbioną główką swej cisowej laski w furtkę prowadzącą na podwórze domu przy ulicy świętego Marka numer pięć. Furtkę, która składała się z samych łat, podobijanych gwoździkami kawałków zbutwiałego drewna. Nie doczekawszy natychmiastowej reakcji mieszkańców, mężczyzna rozejrzał się z wyraźnym niepokojem, jakby w obawie przed przyłapaniem na jakimś absurdalnym wykroczeniu i, przestępując z nogi na nogę, zaczął rozpalać fajkę. W modnym wełnianym surducie w kratkę i czarnym matowym cylindrze pasował tu jak pięść do nosa, dlatego jak najszybciej chciał przedostać się na drugą stronę muru. Nie zdążył wypuścić trzeciego kłębu dymu, a już dał się słyszeć charakterystyczny chrobot klucza w zużytym zamku i zaraz furtka uchyliła się na tyle, żeby pomieścić kudłatą głowę przygarbionej staruszki o twarzy pokrytej brodawkami. Powoli, z wysiłkiem podniosła na niego zapuchnięte oczy.
– Dia dult, máthair – powitał ją śpiewnie w ojczystym języku. – Wrócił pan już? Później się miał pan pojawić, sir – wychrypiała po angielsku czarownica. – Później, później. Sir, sir, sir, ha ha. Dość tej konspiracji. Nie mogłem się doczekać. Nastąpił przełom, mateczko! – niemal wykrzyknął Aidan głosem przechodzącym w falset i strzepując popiół z poły surduta wepchnął się przez furtkę na podwórze. – Ciiii, cicho – donośnym szeptem skarciła go starucha – nie zapominaj się! I uważaj z używaniem Gaedhilge, wiesz, co to może sprowadzić nam na głowy. – Daj spokój, nikogo tu nie ma przecież, dla nich jest jeszcze dzień, nikt mnie nie śledził. Wszystko dobrze sprawdziłem. A co najważniejsze, one nadal nie mają o niczym pojęcia. – Niczego nie będą się spodziewać? – Niczego – przekonywał Aidan. – Dobrze, zwołam radę.
Staruszka podreptała przodem przez zabłocone podwórze, zaś Aidan, dystyngowany i elegancki Aidan O’Sullivan, ruszył za nią energicznym, choć z konieczności skróconym, krokiem.
***
Część 22 / 2
Anthony Deathridge nie przespał ani jednej nocy od dokładnie trzech lat. “Trzy lata to wcale nie tak dużo w tym, hmmm… biznesie. Jeszcze tyle przede mną. Właśnie, ile właściwie?” myślał sobie wspominając dzień, w którym życie – “no, powiedzmy” myślał – zmusiło go do podniesienia łańcucha po raz pierwszy. Czekał właśnie przy jednym z wejść, żeby z nastaniem nocy w końcu wziąć się do roboty, kiedy do jego uszu dotarł rozdzierający krzyk Lady Cethlenn: – Przeklęci Irlandczycy! Znowu coś knują! Od tak dawna był spokój! I znowu! Musieli jednak coś znaleźć! Po tylu latach! Czyli jednak czegoś się spodziewały.
***
W tym samym czasie przeklęci Irlandczycy obradowali przy wielkim dębowym stole ustawionym w salonie londyńskiego domu przy świętego Marka pięć. Grube zasłony nie przepuszczały do wnętrza zbyt wiele światła. Mrok rozświetlały wiszące pod sufitem i na ścianach lampy naftowe. Przedziwna to była czereda. Wiedźmowata starucha, londyński konstabl w pełnym umundurowaniu, ubabrany krwią rzeźnik, katolicki biskup w purpurze. I elegancki do bólu, uzbrojony w surdut i laskę Aidan O’Sullivan. Przemawiał ten ostatni: – Bracia w wierze, bracia w narodzie! Wysłuchajcie mnie dzisiaj, bo oto nadchodzi kres naszych trudów. Od siedmiu wieków z okładem cierpimy niewolę pod angielskim butem. Od siedmiu wieków nie my decydujemy o losach Éire. Czterdzieści lat temu zawiązaliście to Bractwo, żeby pewnego dnia zerwać pętające nas łańcuchy i obroże Imperium. Mniejszymi lub większymi krokami nieustannie zbliżamy się do tego celu. Rozwiązujemy problemy, likwidujemy przeszkody. Czasem napotykamy nowe. Ostatnio nasz protestancki przeciwnik, dzięki heretyckiej nekromancji, zaprzągł do swej służby odwiecznych wrogów naszych, dawno, wydawałoby się, pokonanych. Podsłuchują i doprowadzają do szaleństwa agentów Bractwa. Ich działalność o mało nie skończyła się dekonspiracją całej organizacji. Dzisiaj jednak robimy kolejny milowy krok na drodze ku wolności – pozbywamy się ostatniego zagrożenia! – Panie, hm, kolego, ekhm – wychrypiał duchowny – co pan gadasz? Ekhm. Przecież wszyscy, hm, wiemy, hm, że bez ostrza z Ballybeg, ekhm, nie da się odprawić, hm, tego, no, rytuału. Przecież, yyy, ci nadgorliwi Anglicy skonfiskowali, hm, wszystkie, hm, protoceltyckie topory, ekhm, z brązu znajdujące się na terenie, ekhm, Zjedno… TFU! Pierdoloczonego…