Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 27 min czytania

ojciec

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mały chłopczyk kuli się pod kołdrą. Drży z przerażenia najchętniej by zniknął, rozpłynął się w powietrzu. Boi się ich. Żeby go nie zjedli. Ma rację. Przyszli znaleźli go i schrupali. Tak samo jak wczoraj i przedwczoraj i jeszcze wcześniej. Tak będzie też jutro. Ale chłopczyk tego nie wie. Teraz jest dopiero trawiony. Jeszcze się nie odrodził, aby móc znów umrzeć. Tak jest od zawsze, od początków świata i tak będzie aż do jego końca. Tylko śmierć jest inna. A może ta sama. Jedynym błogosławieństwem w jego smutnej egzystencji jest to, że nie pamięta dni wcześniejszych. To pewnie jakiś zapomniany już bóg zlitował się nad nim. Codziennie rodzi się na nowo. Bez świadomości dnia poprzedniego i dnia jutrzejszego. Ta niewiedza jest jego jedyną deską ratunku. Bez niej pogrążyłby się w odmętach szaleństwa…A może nie? Może to jest jego największym przekleństwem. Gdyby pamiętał, gdyby wiedział co go spotkało i co go czeka, może wtedy spróbował by walczyć. Nienawiść zwyciężyłaby strach. To on by ich zjadł. Wtedy by zwyciężył. Ale czy nie da się inaczej? Czy są tylko dwie możliwości: potwór lub ofiara. A jakby tak stanąć ponad tym. Wzbić się w niebo, poszybować ku gwiazdom i więcej nie wracać. To byłoby piękne. Niestety to niemożliwe. Moja moc nie sięga aż tak daleko. Ale nienawiść. Nienawiść i walka. Tak to mogę dla niego zrobić. Zabawmy się więc w boga ten ostatni raz i natchnijmy chłopca wiedzą o tym co było, a jeśli to nie pomoże, to także wiedzą o tym co będzie. Zanurzmy się w duszy tego chłopca, tak boleśnie doświadczonej. Chodźcie ze mną, jeśli się nie boicie, bo będzie to straszne. Ja jednak nie takie rzeczy już widziałem. Może nawet mnie to rozbawi i skróci męki więzienia, w którym siedzę od wieków. Chodźcie, zamienimy jedną celę na inną. Puszczam za smyczy moce nadane mi przez piekło, a wyzwolenie tego chłopca będzie także moim. Razem zrzucimy wiążące nas łańcuchy. A wtedy strzeżcie się wy, którzy mnie tu zamknęliście. Chłopcze, ty też się strzeż, nadchodzę.

- Wyłaź gówniarzu! Natychmiast! I tak cię znajdę. – ryczał niczym wściekłe zwierzę. Siedziałem właśnie pod biurkiem w najciemniejszym kącie mojego pokoju, drżąc ze strach przed tym, co się za chwilę stanie. Nienawidziłem go gdy przechodził do domu w takim stanie, uwalony jak świnia w błocie. Ale nawet, gdy był trzeźwy nie przejawiałem zbyt wielu pozytywnych uczuć w stosunku do niego. Właściwie to, gdy był trzeźwy, nic nie czułem. Tylko czekałem, kiedy znów przyjdzie strach, a wraz z nim ból i poniżenie. Wiedziałem, że zaraz mnie znajdzie. To było tylko kwestią czasu i tego jak bardzo jest pijany. Wydaje mi się, że tak naprawdę to on zawsze wiedział od razu gzie jestem, ale szukanie mnie sprawiało mu przyjemność. Napawał się moim strachem. - Wyłaź ty mały skurwielu. Jak cię złapię to pożałujesz że się w ogóle urodziłeś. – bełkotał jednocześnie ściągając pasek. Słyszałem jego kroki. Powolne i nieregularne. Strach sparaliżował mnie całkowicie. Wiedziałem, co się za chwilę stanie. On krążył po okolicy niczym myśliwy a ja byłe jego zwierzyną. Jakże go nienawidziłem. Wiem, że to grzech i Pan Bóg będzie się na mnie gniewał, ale nic na to nie mogłem poradzić. Otworzył drzwi i usłyszałem złośliwy śmiech. – Wyłaź, wiem, że tu jesteś. Choć przywitać się z tatusiem ty mały kutasie. Co? boisz się, ależ naprawdę nie ma czego. Przecież wiesz, że byłeś niegrzeczny. Teraz musisz dostać za karę lanie. – nie zapalił światła – Może mnie nie znajdzie. – przemknęła mi przez głowę myśl, ale wiedziałem że to nieuniknione. Światło z przedpokoju odbijało się od odznaki policyjnej na jego mundurze. Odpiął kaburę z pistoletem i położył ją na stole. Do ręki wziął pałkę i zaczął uderzać o meble. Nucił przy tym dziecinną wyliczankę. Kiedyś ją lubiłem, teraz już nie. - Zła – pał – chin – czyk – ża – bę… - i tak dalej w kółko. Przy każdej sylabie niszczył którąś z moich zabawek. Gdyby mama tutaj była, byłbym bezpieczny. Przy niej ojciec zawsze jest miły i spokojny. Ona nic nie podejrzewa, a ja nie chciałem jej martwić, nigdy. Na szczęście już jutro wraca. - No mały wyłaź, koniec już tego. Jak na dziesięciolatka jesteś bardzo niegrzeczny. Tata musi ci sprawić lanie, a ty wiesz jak on tego nie lubi. Jest na ciebie bardzo zły ty mały zasrany gówniarzu. Ta zabawa już się skończyła. Teraz kolej na następną. Podszedł do biurka, chwycił mnie za kark i podniósł do góry. Ileż on ma siły. Kiedyś też będę taki duży i silny, a wtedy… - Dawaj rękę. – zawsze to samo. Ojciec wziął kajdanki i przypiął mnie do kaloryfera. – No, doigrałeś się – bełkotał zapijaczonym głosem – Teraz zobaczysz. Po coś ty się w ogóle urodził? No powiedz, po co? Milczałem. Wiedziałem że, to i tak niczego nie zmieni. Kiedyś zastanawiałem się dlaczego on to robi. W końcu doszedłem do wniosku że wszyscy ojcowie są tacy. To już ich cecha wrodzona. Ja też pewnie taki będę. Poczułem tępy ból z tyłu głowy. Nie za nisko żeby, nie było widać śladów. Mama zawsze myje mi plecy. Zobaczyłaby. A mamy nie należy niepokoić. To są przecież męskie sprawy. Skuliłem się w pół z bólu. Najbardziej nie lubiłem ciosów w brzuch. Do innych można się jeszcze było przyzwyczaić. Powoli zapadałem w odrętwienie. Z każdym kolejnym ciosem przenosiłem się w inne miejsce. Kiedyś jak byłem młodszy, miałem w pokoju zegar. Niestety pewnego razu ojciec wrócił pijany. Na początku go nie znosiłem, bo tak głośno tykał, że nie mogłem zasnąć. Ale później przywykłem do tego. Tek też się stało teraz z bólem. Wiedziałem, że on tam gdzieś jest i że jutro nie będę mógł się ruszać, ale teraz go po prostu nie czułem. W końcu ojciec się zmęczył. Splunął na mnie i wyszedł. Oparłem się o kaloryfer z ręką podniesioną do góry. To było częścią rytuału, kajdanki ściągnie dopiero rano. Wiedziałem, że gdybym chciał potrafiłbym wyciągnąć rękę bez kluczyków, gdyż kajdanki były trochę za duże, ale wtedy ojciec byłby zły. Jak się obudziłem ojca nie było. Leżałem pod biurkiem zwinięty w kłębek. Ojciec wróci dopiero w nocy. Mam się trochę czasu. A jutro wróci mama. Już jutro. Dopiero jutro…

      

Leże nieprzytomny. W szpitalu. Nie wiem skąd, ale po prostu czuję, że jestem w szpitalu. Nieprzytomny. Od wielu tygodni jestem nieprzytomny. To się chyba nazywa śpiączka. Ale przecież ja nie śpię. Słyszę, co się dzieje wokół mnie. Przechadzających się pacjentów i rozmawiających lekarzy. O mnie także mówią, jednak nie mogę odpowiedzieć. Nie mogę nic zrobić, nawet otworzyć oczu. Jakby jakaś niewidzialna siła nie pozwalała mi się ruszyć. Nie wiem, kim jestem. Skąd pochodzę? Jak się nazywam? Nie znam odpowiedzi na takie pytania. Jestem pewien, że one istnieją i w pewien sposób znam je. Znam odpowiedzi, których tak pragnę, ale nie w tej chwili. Jak tylko o nich pomyślę, to od razu zapominam. I tylko czuję jak krążą po mojej głowie i chowają się w najbardziej niedostępnych zakamarkach. Całymi dniami po prostu leżę i rozmyślam. A i jeszcze jedno, boję się. Przez calutki czas boję się nadejścia nocy, bo wraz z nią przyjdą sny. To właśnie przed nimi tak chcę uciec. Są straszne, przerażające i odrażające. Rany, nawet, gdy myślę o nich w tej chwili to nie mogę powstrzymać dreszczu, chociaż nie pamiętam z nich prawie nic. Są ze mną chyba od zawsze, ale dopiero niedawno zacząłem zdawać sobie sprawę z ich istnienia. Brzmi to może trochę dziwnie, ale tak właśnie jest. Dawniej po przebudzeniu nie pamiętałem absolutnie niczego. Kompletna pustka. Nawet niejasnych i pomieszanych obrazów i odczuć. Po prostu zasypiałem i budziłem się. Teraz zaczynam sobie powoli zadawać sprawę z tego, co przeżywam w snach i wydaje mi się, że wolałbym umrzeć niż tam wrócić choćby jeszcze jeden raz. Jednak sen powoli nadchodzi. Jest coraz bliżej. Kolejna noc i kolejna walka. Ją też przegram. Czy tak będzie już zawsze? Pomocy…

Kap, kap, kap…to woda kapie z sufitu. Miarowo i regularnie. Bez pośpiechu. W końcu i tak zwycięży. Nic się jej nie oprze, choćby miało to trwać i tysiąc lat. Drąży tunele, przeciska się przez najmniejsze szczelinki. Dociera nawet do mnie. Na samo dno piekła. Do miejsca gdzie światło słońca, czy też księżyca nigdy nie dociera. Ach, słońce, gwieździste niebo, las. I kwiaty. Jakże znów chciałbym je zobaczyć. Choćby jeden jedyny raz. Już prawie zapomniałem jak wyglądają. Wątpię jednak czy mógłbym doświadczyć takiego szczęścia. Leże na pryczy. Wokół mnie ciemność, ale nie taka jak nocą w pokoju przy zgaszonym świetle, lecz ciemność absolutna. Nie widzę nic, nawet najsłabiej zarysowanych kontur. Czasami myślę, że oślepłem. Ale od czasu do czasu korytarzem przechadza się strażnik z latarnią w ręku. Przywieram wtedy całym ciałem do podłogi, do jedynej szpary w moich drzwiach. Jest ona moim łącznikiem ze światem zewnętrznym. Chłonę całym moim jestestwem tą nędzną namiastkę światła. Czasami wydaje mi się, że zwariowałem. Ha, co je w ogóle gadam, na pewno zwariowałem. Siedzę tu zamknięty nie wiem już jak długo. Ani za co. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz z kimś rozmawiałem. Nawet przesłuchania, których kiedyś tak nienawidziłem, a teraz za nimi tęsknię, nawet one rozpłynęły się już w oceanie zapomnienia. A może nigdy ich nie było. Może je sobie wyobraziłem. Pogrążam się, więc we wspomnieniach, gdyż tylko one mi zostały. Ciemny pokój, na środku krzesło, na krześle ja. Ociekam krwią. Jedyna lampa ustawiona jest tak, że jej światło mnie oślepia. Przechodzące cienie. Pałki, kastety, prąd. I głos, wydobywający się nie wiadoma skąd. Wwierca się w mój mózg. Zadaje pytania. Co miałeś zamiar zrobić jutro? Dlaczego tu przyszedłeś? Czego od nas chcesz? Czemu zabijesz tego i tego, wtedy i wtedy. I tak dalej. Starałem się odpowiadać jak najlepiej, tak dokładnie jak tylko umiałem. Ale ból wracał. Za każdym razem. Pewnego dnia, a może pewnej nocy, wszystko się skończyło i znalazłem się tutaj. Tutaj czyli gdzie? Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Pragnę już tylko jednego. Śmierci. Szybkiej i łagodnej. Niech przyjdzie do mnie niczym kochanka we śnie i złoży pocałunek na mym sercu. Zaśpiewa mi kołysankę starą jak świat. A wtedy zobaczę słońce. Czekam na nią z niepokojem tym większym że, wiem że, to już niedługo. Skąd? Ktoś mi powiedział. Chyba. Czas płynie, a koniec się zbliża. Jestem niemal szczęśliwy. Wreszcie przyszli. Słyszę ich kroki, zbliżają się. Zgrzyt klucza w zamku i skrzypienie drzwi zamkniętych od tak dawna. Mięli ze sobą światło, ale łagodne. Pewnie nie chcieli drażnić moich oczy nawykłych do ciemności. Jacy oni dobrzy. Poprowadzili mnie długim korytarzem, a raczej mnie ponieśli, gdyż moje nogi nie nadają się już do niczego. W czasie przesłuchania zdruzgotano je doszczętnie. Jacy oni delikatni, nie idziemy za szybko, żebym nie cierpiał. Niosą mnie do mamy. To już koniec. Nigdy więcej strachu. Chyba ich kocham. Korytarz pnie się coraz wyżej. Czuję powiew świeżego powietrza. Cóż za wspaniały zapach. Otwierają się drzwi. Gwiazdy. Są ich tysiące, miliony, miliardy. Idziemy dalej, aż dochodzimy do urwiska. Jeden z nich odzywa się – Zostało ci wybaczone. Jesteś wolny. – po czym zrzucają mnie w przepaść. Jakże jestem im wdzięczny. Sam nie dałbym rady. Lecę w dół. Śmierć nadchodzi. Zamykam oczy i czuję jak to co zostało z mojego ciała uderza o ziemię. Zdążyłem jeszcze spojrzeć na gwiazdy. Mamo idę do ciebie.

Niebo, gwieździste niebo, a ja spadam w dół. Moje ciało jest strasznie okaleczone. Co się ze mną dzieje? Gdzie ja jestem? Kim jestem, katem, czy ofiarą? Kikuty zamiast rąk, kikuty zamiast nóg. Spadam w dół. Śmierć. Sen. Kolejny sen. Pamiętam coraz więcej. Zaczynam sobie przypominać. Okaleczone ciała. Trupy i ranni, cała masa. Dzieci. Co noc, co wieczór staczam walkę o moją duszę. To mnie przerasta. Zbyt dużo żeby spamiętać wszystko. Wystarczająco dużo żeby zwariować. Mozaika obrazu, krzyku i płaczu. Miłość nienawiść smutek, rozpacz. Dlaczego ja? Skąd te sny? Bo to przecież sny. Prawda? O Boże żeby to były tylko sny. Nie mogę się nawet ruszyć i zawołać o pomoc. Lub po prostu krzyczeć. Krzyczeć tak głośno by nie słyszeć nic więcej. I nie śnić już nigdy, nigdy, nigdy… Biedny chłopczyk. Już wie. Pamięta. Może jeszcze nie wszystko, ale wystarczająco dużo żeby się bać. Teraz dzień już nie będzie już ukojeniem. Tak, chłopcze, to jest straszne. Wiem o tym dobrze. Też przez to kiedyś przechodziłem. Ale taka jest cena mocy. Wiem, że jej nie chcesz, że znienawidzisz tego, kto sprawi ci taki prezent. Decyzja nie należy jednak do ciebie, lecz do mnie. Ja zaś już zdecydowałem. Wybrałem ciebie i tylko w tobie pokładam wszystkie moje nadzieje. Nasze nadzieje. Ale nie martw się najgorsze dopiero przed tobą. … nigdy, nigdy więcej. Kolejny sen jeszcze bardziej wyraźny niż poprzedni. Kolejne luki w mojej pamięci zostają zapełnione. Lekarze niepokoją się o mnie. Codziennie robią mi jakieś badania. Nie rozumiem ich języka, ale czuję niepokój, z jakim mówią. Coś w sposobie formułowania zdań lub może w intonacji sprawia, że zaczynam oczekiwać najgorszego. Była dziś u mnie masażystka, a może terapeutka. Najpierw pielęgniarka rozebrała mnie i dokładnie umyła. Przyjemne uczucie. Później ubrała mnie i wyszła. I wreszcie najmilszy aspekt mojej ponurej egzystencji. Masaż. Cóż za niesamowite doznanie. Jej ręce są tak delikatne, a jednak stanowcze i pewne tego, co robią. Nie pominęła żadnego mięśnia. Dzięki temu, kiedy stąd wyjdę łatwiej wrócę do formy. Jeśli stąd wyjdę. Oni chyba wierzą, że to jest możliwe. Ja straciłem już nadzieję niemal całkowicie. Tylko czasami sobie wyobrażam jak chodzę ulicami i po prostu żyję. To ciało będące kiedyś moją

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
ojciec — czytnik · opowiadania