Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Duchy · 1 godz. czytania

OKAP

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„OKAP”

Cześć! Jestem Noemi Rishel, i zapewne wielu z was nie wierzy w magię. Myślicie, że istnieje tylko w bajkach dla dzieci i historyjkach dla maluchów. Otóż nie. Ja też jestem, albo raczej byłam zwykłą dziewczyną. I całkiem przypadkowo zdarzyło się coś, co całkowicie zmieniło moje życie. W dowód tego, chciałabym opowiedzieć pewną historię: Wprowadziłam się do nowego domu. Dom nie był duży, ale nowy. Gdy wszystko było już na swoim miejscu, leżeliśmy zmęczeni w salonie. Mamy psa, Cocker Spaniela – Pruta. - Prut też się zmęczył zakopywaniem kości w ogródku. – Powiedziała mama. Był piękny, czerwcowy dzień. Nie byłam jeszcze w tutejszej szkole. Dom też był jakiś dziwny...Najbardziej nie podobał mi się okap w kuchni. Nie miałam zamiaru go włączać do końca życia. - Przyzwyczaisz się – zawsze powtarzała mama – znajdziesz nowe koleżanki... – Jakoś w to wszystko nie wierzyłam. Mój pokój był na piętrze. Następnego dnia... - NOMI! MUSIMY WYJECHAĆ W PILNEJ SPRAWIE! UGOTUJ COŚ SOBIE I WSTAWAJ!!! – Usły-szałam głos taty. Jasne... – Zamruczałam do siebie, – CO!?!? – Wykrzyknęłam spoglądając na zegar, który stał naprzeciw łóżka – przecież jest dopiero ósma w sobotę!!! – Opadłam na poduszkę. Leżący na moich nogach Prut zaskomlał – - O nie, Prut. Nie wstajemy... -Od razu zasnęłam. ROZDZIAŁ 1

Wszystko się zaczyna... Obudziłam się i przetarłam oczy. Podniosłam się lekko z poduszki i popatrzyłam na zegar. Była 13:07. - To się nazywa spanie...Dalej, Prut! Wstawaj już. Pospaliśmy...- ziewnęłam. Ubrałam się i zeszłam na dół. - Jesteśmy głodni, psie? – Zapytałam Pruta, opierając się o ścianę w przedpokoju. Prut zaszczekał, wesoło merdając ogonem. Weszłam do kuchni i zajrzałam do lodówki. - To dla ciebie. – Powiedziałam i rzuciłam Prutowi pod nos Frolic w torebce. Miałam cały czas głowę w lo-dówce. Prut pokręcił głową w lewo i w prawo, potem popatrzył na mnie, na torebkę, jeszcze raz na mnie i znowu pokręcił głową. - No, co? – zapytałam – O JA GŁUPIA! ! ! (Prut pomachał ogonem jakby chciał powiedzieć: Fakt!) Jak mo-głam ci dać karmę w zamkniętej paczce? – otworzyłam karmę i wsypałam do miski. Potem zajęłam się obieraniem ziemniaków i robieniem kotletów. Gdy ziemniaki były już na piecu, kładłam kotlety na patelnię. - Drrrrrrrrrrrrryn! – zadzwonił telefon. Podbiegłam do telefonu w przedpokoju. - Halo? – zapytałam wycierając ręce w ręcznik. - Cześć Nomi! Co u ciebie? – usłyszałam znajomy głos. - MERLIN! Nawet nie wiesz jak się cieszę, że dzwonisz! – to była moja przyjaciółka Merlin. Chodziłyśmy razem do czwartej klasy. I jak to zwykle bywa – rozgadałyśmy się na dobre. - Poczekaj moment. – powiedziała Merlin do słuchawki. Gadałyśmy już jakieś 30 minut. Włączyłam sobie radio i wskoczyłam na szafkę w przedpokoju. - Już jestem! – wysapała Merlin. No i gadałyśmy znowu. Po godzinie poczułam jakiś smród. (Prut był na dworze – zakopywał kości) - Zadzwonię do ciebie później... - powiedziałam i odłożyłam słuchawkę. Wcieliłam się w psa myśliwskiego. Zaczęłam zmierzać w kierunku kuchni. Kiedy zajrzałam przez drzwi nie uwierzyłam... - Mój Boże! – cała kuchnia była przepełniona dymem. Podbiegłam i wyłączyłam kuchenkę, po czym otwo-rzyłam okno. - Całkowicie zapomniałam o obiedzie! – próbowałam wypędzić dym. Ale siwa chmura, która tkwiła w kuch-ni, jakoś nie chciała wylecieć. - Nie...nie włączę tego...- Zastanawiałam się spoglądając na okap – Ale w tej sytuacji – zakaszlałam duszona dymem - ...będzie to konieczne! – podskoczyłam i wcisnęłam wieeeelki guzik. Zahuczało, zaburczało i włączył się wielki okap, wciągając niewielkie kłęby dymu. - Zawsze coś! Pójdę na górę i poczekam. Zaraz nie będzie po nim śladu. – i jak powiedziałam, tak też zrobi-łam. Posprzątałam i usiadłam na łóżku. Usłyszałam drapanie do drzwi. Nacisnęłam klamkę. - Cześć Prucie. – Prut podszedł i polizał mnie po twarzy, a potem zbiegł na dół. - Zwariowany pies – pokręciłam głową – Lepiej pójdę i zobaczę jak tam kuchnia. Chyba już się opróżniła. – zeszłam po schodach i usłyszałam skomlenie Pruta. - Gdzie jesteś? Co ci się stało, piesku? – zapytałam, ale kiedy weszłam do kuchni, byłam bliska omdlenia. - C...co..? Prut! Chodź tutaj! – Okap szalał i buczał jak głupi, ale TO, co w i r o w a ł o na środku kuch-ni...RANY ! ! ! Na środku kuchni tańczył W I R ! Pruta porwało! „Stał” w powietrzu i kręcił się jak na karuzeli. Razem z nim były też krzesła, stół, garnki i naczynia. Prut zaskomlał ponownie. - Podejdź.....podejdź.... – usłyszałam jakby szepczący głos z zaświatów. Oczy wychodziły mi z orbit, a trzę-słam się jak galareta, ale wciąż stałam w miejscu. - Bo ZABIJĘ pieska...! – w pewnym momencie podleciał nóż pod szyję Pruta. - NIE! NIE, NIE, NIE,!!! – i wskoczyłam w wir. Złapałam Pruta i zakręciło mi się w głowie. Wylądowałam na ziemi. - Skąd się wzięła w kuchni trawa ? – pomyślałam. - AUUUUUU!!! – zapiszczałam. – MOJA RĘKA! ODPADŁA! – moja ręka podpełzła pod drzewo, niedale-ko nas. Widocznie, kiedy wskoczyłam do trąby powietrznej, nóż musiał mi odciąć rękę. Prut wstał i rozejrzał się wokoło. Byliśmy na wielkiej łące. Było tam pełno kwiatów, drzew - jabłonie albo śliwy, nie wiem, nie odróżniam. - Nic nie szkodzi. – usłyszałam głos za plecami. Obejrzałam się do tyłu i zobaczyłam...krasnoludka! Miał czerwoną, szpiczastą czapkę, niebieski sweterek i spodenki. W ręku trzymał młotek i wymachiwał nim. - Zaraz to naprawimy. - C... o co chodzi.... – byłam cały czas wystraszona. - Picuś, Pomyl! Gdzie jesteście? – krasnoludek obejrzał się do okoła. - Tutaj! - I tu! – pierwszy krasnoludek wyskoczył z lewej strony drzewa, drugi z prawej. - Auuuuu! – przypomniała mi się moja ręka. (przecież jej nie miałam) - Oj, oj, oj! Do pracy! – ogłosił krasnal. ( najwyraźniej szef) Pierwszy krasnal trzymał w ręku apteczkę a dru-gi niósł plecak. - Co mi chcecie zrobić?! – zapytałam cała drżąc. Prut się skulił widząc wszystko. (to straszny tchórz! – na moje nieszczęście...!) - Nic, nic... Tylko doszyjemy ci rękę...Chyba chcesz, co? – zapytał szef. - No jasne...ale... – krasnale zaczęły się do mnie zbliżać. - Spoko! Nic nie poczujesz! Picuś, wiesz, co robić! – podszedł do mnie krasnal z apteczką. - Usiądź wygodnie! – powiedział, wyciągnął różczkę z apteczki i w pewny momencie pode mną pokazał się fotel. - Ręka, do nogi! – zawołał krasnal z młoteczkiem i wyciągnął ni stąd ni zowąd torebkę z napisem: JEDZENIE DLA RĄK. NIGDZIE TAKIEGO NIE ZNAJDZIESZ, TYLKO W TESCO! Ręka podpełzła do jego nogi i zaczęła podskakiwać jak pies. - Grzeczna rączka, grzeczna...Chodź do wujka Mata... - Moja rę... – i zemdlałam. Nie wiem, co się stało potem, ale wiem, że kiedy się obudziłam, byłam w zupełnie innym miejscu.

~ROZDZIAŁ 2~

Bajki kłamią

Co...Co mi się stało... – ledwo otworzyłam oczy. Zobaczyłam...moją rękę, która „patrzyła” na mnie z góry i chyba udawała kaczkę. - Moja ręka...? – spojrzałam niepewnie. Znajdowałam się na łóżku, w domku krasnoludków. - O...druga Królewna Śnieżka! – powiedział nieznany krasnal przyglądając mi się z uwagą. - Śnieżka?! – zapytałam. - Taaa... Kiedyś tutaj była... Ale okazało się, że królewicz to była ta zła macocha i nikt już ich więcej nie wi-dział. Pewnie żyli długo i szczęśliwie . – zaśmiał się ten z młotkiem. - Yyyy...Fajnie. – wyjąkałam nie bardzo rozumiejąc, co do mnie powiedział. - Ale ona jakaś wredna była...ta Śniegowa... – wymamrotał nieznany. - Była okropna, to fakt, więc bardzo się cieszyliśmy, jak ta macocha ją chciała zatłuc. - To czemu ją ratowaliście z tym grzebieniem, gorsetem... – zapytałam. - A kto tak powiedział? - No... Tak o was piszą w bajkach... - A niech Ci przeklęci ludzie! Sami ją zatruliśmy! Chcieliśmy mieć święty spokój! – zdenerwował się szef. Poczułam jakąś dziwną sympatię do tych stworków. - Hm...Wiesz, co? Chyba najwyższa pora, abyśmy się tobie przedstawili. - A więc tak...Ten z apteczką to Picuś. – krasnal ukłonił się. - Ten głupek to Pomyl, a ja jestem Melatoszniak. A to jest... – zaczął przedstawiać mnie zaciekawionej reszcie – Jak masz na imię? – szepnął. - A ja jestem – wstałam z łóżka – Noemi. - Mam wielką prośbę – wyjąkałam zakłopotana – muszę wrócić do domu... – usłyszałam znajome szczekanie – PRUT! – wykrzyknęłam, a Prut wskoczył w moje ręce. - Najadł się i spał. – powiedział jeden z krasnoludków. - A więc, co nam chciałaś powiedzieć? – zapytał Melatoszniak. - A więc...Moi rodzice wyjechali i zaraz wrócą... jak nie zastaną nikogo w domu, będą załamani...Więc chcia... - Zaraz Ci coś pokażę – przerwał mi Melatoszniak. – Chodź za mną. – powiedział i wyszedł z pokoju. Pobie-głam za nim.

Rozdział 3 Bomba!

- Gdy weszliśmy do sąsiedniego pokoju, zaprowadził mnie do szafy, otworzył jej drzwi, odsunął długie czar-ne płaszcze, i nacisnął schowaną za nimi klamkę. - Gdzie my idziemy? - zapytałam - Do miejsca B E Z P I E C Z E Ń S T W A. – przeliterował mi. - Wiem, co to B E Z P I E C Z E Ń S T W O. – zrobiłam to samo. - To po co się pytasz...? –zapytał wyciągając z kieszeni latarkę. Pokręciłam głową i westchnęłam. Otworzyły się drzwiczki. Za nimi znajdował się ciemny korytarz, którego schody prowadziły na dół. Zeszliśmy dwa stopnie w dół. Żółta plamka latarki biegała po wszystkich ścianach korytarza, rozpruwając ciemność. - Daleko jeszcze... - wysapałam, gdy mijaliśmy chyba tysięczny schodek. Krasnal pchnął coś ciemnego. - Y-y – wymamrotał coś, co chyba miało znaczyć NIE. Otworzyły się „drzwi” (widziałam tylko cos czarne-go) a za tymi „drzwiami” pokazała się jakby wieeelka sala komputerowa. - O...O mój Boże! – krzyknęłam wchodząc do sali i rozglądając się. Na jednej ze ścian były same monitory: na środku był wieeeelki monitor, obok mniejsze, a jeszcze dalej, całkiem maleńkie. Pod monitorami była wieeeelka półka, na której były setki guzików w różnych kolorach. Melatoszniak podbiegł do krzesła, które stało przed wiel-kim monitorem i wspiął się na nie z trudnością. - Patrz! – powiedział i przycisnął duży czerwony, a potem mniejszy niebieski guzik. - Siadaj. – dodał i podepchnął mi krzesło. Usiadłam obok niego. W tym momencie włączył się ekran. - Hasło! – wykrzyknął. - Bulkotorozaurus. – odpowiedział krasnal. - Zdrobnij – szantażował się z nim komputer. - Bulkotorozaurusik? – strzelał krasnal. - Nie... – odpowiedział komputer. - Bulkotozaurusieeeczek? Bulkotozaurosiulek? Buleczkosiurozeczkorousek? – zgadywał krasnal. - No niech będzie... – wymamrotał komputer i na ekranie pokazały się wielkie oczy, okrągły, czarny nos i uśmiechnięta buźka. Usłyszałam szczekanie i odwróciłam się do drzwi. - Prut, ciszej. – powiedziałam i zanim się obejrzałam, miałam „kupę futra” na kolanach. - Jaki fajny psiak! – rzekł komputer. Prut zawarczał groźnie. - Do rzeczy Klick, do rzeczy! – ponaglał Melatoszniak. - A tak...A więc patrzcie! – i zamiast buźki, na ekranie pokazała się ulica, gdzie było pełno domów. - Poznajesz to miejsce, hy? - zapytał komputer. - Nie dokładnie... – odpowiedziałam. - A teraz? – na ekranie pojawił się mój nowy dom. - No jasne! To przecież mój dom! – wykrzyknęłam. - A chcesz się dowiedzieć, co robią twoi rodzice? - Pewnie wracają do domu. – lecz obraz znowu mignął i pokazali się moi rodzice. - To teraz zobacz, co robili twoi rodzice, zanim tam przybyli. – rzekł komputer. Moi rodzice przechodzili przez parking pod sklepem, wsiedli do samochodu, dojechali do skrzyżowania, i stanęli na światłach. - I w tym momencie wylądowałaś w krainie NIEMACZASU. Na ziemi czas się zatrzymał, chociaż tu płynie dalej. – wytłumaczył. - A więc tam czas jakby się zawiesił? – zapytałam lekko zdziwiona. - Dokładnie, moja droga. Ale jest pewna rzecz... – komputer bardzo się zmartwił. - Jesteś niezwykłą farciarą! – rzekł krasnal. - O co wam chodzi? – zapytałam zmieszana. – I jaką farciarą? - No, bo widzisz... – zamyślił się komputer. - Rzecz w tym, że właśnie nic! – zdenerwowałam się. - Drzwi, przez które wpadłaś, przepuszczają ludzi...ale nie takich zwykłych... - Co to ma znaczyć? - Ty pierwszy Mel... – pogonił Melatoszniaka komputer. - O nie, nie, nie, nie! – zmieszał się krasnal. – ty zacznij, drogi przyjacielu... - Nie, ty! – krzyknął komputer. - Nie, ty! – krzyknął krasnal. - TY! - TY! - TY! - TY! - SPOKÓJ!!! – krzyknęłam i wstałam z krzesła. Prut zaskomlał obrażony. – czy jest tu ktoś normalny, kto powie mi, o co w tym wszystkim chodzi? – zapytałam spokojnie, przechadzając się po komnacie. - A więc tak...Mam 3 propozycje...Która najpierw? – zapytał komputer. - Pierwsza... – odpowiedziałam. - To nie jest dobre... – zamyślił się – Wrota, przez które wpadłaś, otwierają się tylko raz na dwa lata... - CO?! DRUGA! - Druga...Nie starzejesz się przez ten czas... - Bardzo dobrze, ale... JAK JA WRÓCĘ DO DOMU? - A teraz trzecia... – komputer był bardzo zmieszany. – Mogę walić „prosto z mostu”? - Tak, tylko się nie utop... – prychnęłam. - Bardzo zabawne... – mruknął komputer. – Mówię; JESTEŚ CZRODZIEJKĄ! - C...C...CO...C...CO, CO, CO?! – wyjąkałam niedowierzając. - Tylko czarodziejka albo czarodziej może przejść przez te drzwi. – rzekł komputer. - Tak. On ma rację. Tylko czarodziejka. – zawtórował Melatoszniak. - Wiedziałem, że się nie ucieszy... – mruknął komputer do Mela. - CO?! I JA MAM SIĘ NIE CIESZYĆ? TO JEST PO PROSTU BOMBA! BOMBA! – moja radość była niewyobrażalna.

Rozdział 4

 Interesy ze Świętym Mikołajem 

Gdy wróciliśmy do domku krasnali powiedziałam: Zostanę tu i pouczę się magii, ale nie wiem, czy będzie mi tu dobrze. - Prosimy! - błagały krasnoludki. - Zobaczymy.

***

Jakieś dwa miesiące później byłam gotowa do nauki magii. Nie mogłam uwierzyć, że moi rodzice wciąż stoją w bez ruchu na skrzyżowaniu. - No, teraz idziemy tam. – Melatoszniak wskazał na drzewo za oknem. - Po co? – zapytałam trzymając pod pachą zeszyt. - Nauczyć się magii, co nie? – zatarł ręce i podskoczył do drzwi. Bez słowa wyszłam i podeszliśmy do wiel-kiego drzewa. Te krasnale były bardzo fajne. Nawet super. Mel podszedł do drzewa i zastukał w nie. - Czego tam?! – drzewo się poruszyło. - Nauka Magii. – odpowiedział Mel. - Drugie piętro. Już się robi. – w drzewie odsunął się kawałek kory i weszliśmy do środka. Drzwi się zasunę-ły i „drzewna winda” zjechała w dół. - O rany...! – wyjąkałam. - To jest wejście do twojej szkoły. Możesz założyć sobie własną windę na hasło, ale nie radzę, bo Drej lubi być złośliwy. - Drej? – zapytałam. - Tak. To jest imię tego drzewa. Jego pełne imię to – zbliżył się do mnie i szepnął do ucha – Drupray. - Drupray? – zapytałam ponownie. - JESTEM DREJ!!! – zahuczało drzewo i poczuliśmy coś w rodzaju trzęsienia ziemi. - Ale to bardzo ładne imię! – próbowałam przekonać drzewo. Drzewo zadrżało. - Lepiej go nie wkurzaj! – szepnął mi Mel. - Okej. – odpowiedziałam i odwróciłam głowę. - Wysiadka. – zawyło drzewo i winda stanęła. Wyszliśmy na jakiś korytarz, gdzie chodziło pełno...pewnie czarodziejów. - Tędy. – prowadził w lewo. Rozglądałam się wszędzie. - Cześć Mel! – krzyknął w biegu jakiś uczeń. - Cześć, cześć... – mruczał Melatoszniak. - Cześć! - Cześć! - Hej! - Cześć! – dobiegało z różnych stron korytarza. - Wszyscy cię tu znają. – krzyknęłam prawie biegnąc za Melem. - Dosyć często tu bywam. – odpowiedział. Potem nie odzywaliśmy się do siebie, idąc (a prawie biegnąc) przez kamienny korytarz. Spojrzałam na sufit. Był pofalowany, a w niektórych miejscach wychylały się ku podło-dze ręce, jakby chciały złapać przechodzących. Kiedy tak biegnąc patrzyłam na sufit, Mel rzucił: - W lewo. – lecz, gdy to usłyszałam, zobaczyłam przed sobą ścianę, a potem już tylko gwiazdki. - Ja cię kręcę! Przyrypała jak każda! – Mel próbował stłumić śmiech. - Bardzo zabawne... – mało brakowało, a moja czaszka rozleciałaby się w drobny móżdżek. - Wypij to. Od razu pomoże. – i podał mi mały flakonik, z niebieskim płynem. Jeżeli miało pomóc, to wypi-łam to bez zastanowienia. Nie było takie złe. (Jak płyn do mycia szyb) Po paru sekundach nic nie czułam, ale mia-łam wielkiego guza. - A teraz już chodź za mną. – rzekł zniecierpliwiony Mel. Poszłam za nim. Po chwili byliśmy w przytulnym gabinecie, z czterema lampami w każdym rogu, jedną lampą na suficie, dużymi regałami do sufitu ze stosem ksią-żek, z wielkim, perskim dywanem na środku, kwiatami, bujanym fotelem i...ŚWIĘTYM MIKOŁAJEM?! - Poznaj Świętego Pana Mikołaja. – rzekł Mel, po czym podszedł do fotela, na którym siedział (chyba) Świę-ty Mikołaj i podał mu rękę. Stałam przy drzwiach wpatrując się w grubego gościa, w czerwono – białej bluzie, i czerwono – białych spodniach. - Czy ty czasem nie mieszkasz w Laponii? – wypaliłam. - Pana Mikołaja...Pan Mikołaj Święty...Wyrzucili go z pracy, bo był za gruby, i nie mieścił się w kominach. Teraz prezenty rozdają rodzice. – wytłumaczył skrzat. - To czemu nie został u siebie w domu? – pytałam dalej. (wyglądało to, jakbym przyszykowała sobie kar-teczki z pytaniami, właśnie na tę chwilę) - Jego żona...Mery...Nie miał pracy, więc kazała mu się wyprowadzić. Konstruuje właśnie specjalne sanie, w których się chudnie, bo trzeba je samemu ciągnąć, żeby mógł wrócić do pracy. I do domu. – Mel poklepał grubasa po brzuchu. - Rany boskie, kto cię tak pobił?! – krzyknął Święty Mikołaj widząc mój łeb. - Bo to jego wina...! – krzyknęłam i wskazałam na mojego towarzysza. - Nie prawda! – zaprzeczył. - Prawda! - Nie kłóćcie się! – krzyknął Mikołaj. - Uprzedziłem! - Za Późno! - Masz spóźniony zapłon! - Ty masz spóźniony mózg! O ile go masz! - Spoooookój! ! ! – ryknął Mikołaj – W takim stanie do niczego nie dojdziemy! (to była jego wina!)

*** - Więc to jest nowa uczennica? – zapytał Święty kilka minut później, gdy siedzieliśmy przy stole. - Jak najbardziej – odrzekł mu Mel. - Hm...- zamyślił się Święty – mogłabyś wyjść? - Panie Święty... - Mów mi Miki. – przerwał, a ja bez słowa wyszłam. Słyszałam, jak rozmawiają. Najbardziej zainteresowały mnie te zdania: - Musimy ją przyjąć! Ona wpadła przez... Wiesz, co...Jej rodzice nie wiedzieli, że w tym domu jest przejście! albo: - Rzeka wybrała się w podróż, więc lepiej, aby jej nie przeszkadzać! – lub: - Zobaczymy, co powie na to rzeka! Wszelką odpowiedzialność biorę na siebie! – gdy minęło pół godziny, drzwi się otworzyły. Mel miał poważną i tajemniczą minę. - Musimy...A z resztą...Chodź za mną! – krzyknął i zaczął kroczyć w kierunku windy. - Zajrzę do was jutro! – Mikołaj pomachał na pożegnanie. - I co, i co, i co! – skakałam niecierpliwie wokół Mela. - Musimy iść do królowej rzek. Musisz być odważna!

Rozdział 5

Królowa Raihi

Wyszliśmy na zieloną polanę. - Gdzie jest ta rzeka? – zapytałam. - Rzeki są zwyczaj wszędzie, prawda? Królowa rzek też jest całkiem blisko... Tylko trzeba mieć pełne zapo-znanie w tym miejscu... – skręciliśmy w kierunku wielkiego lasu. - Musimy iść tam. – wyjaśnił. - Więc królowa rzek siedzi sobie na tronie z liści, i podlewa drzewka? – zakpiłam. - No...Prawdę mówiąc, nie do końca... – kiedy doszliśmy do lasu, zauważyłam szyld nad bramą, zrobioną z nadal rosnących drzew, który głosił: Rzeka Raihi W lesie było niezmiernie ciemno. Za ciemno. I zimno. - Ci...Nie długo będziemy... – szepnął Mel. - Zimno tu... – zatrzęsłam się. - Widzisz ten złoty krzak? – zapytał. - Tak... – w oddali znajdował się duży złoty krzak. Wyglądał jak wejście – A wiec to jest wejście do komna-ty? - Trudno się nie domyślić. – gdy doszliśmy do tego krzaka, Mel pociągnął za klamkę. Był to pokój, który ściany miał z drewna, a dach z liści drzew. Stał tam blat, za którym siedziała lekko przezroczysta kobieta, koloru niebieskiego. - Z Królową proszę. – rzekł Mel, stając na wysokie krzesło, aby widzieć recepcjonistkę. - Królowa jest na ważnej Konfederacji rzek, w sprawie ścieków. – wytłumaczyła wpatrując się w jakieś pa-piery. Usiadłam na krześle. (także z drewna) - Kiedy się skończy to zebranie? – Mel westchnął, a recepcjonistka spojrzała na zegarek. - Dokładnie za pół godziny, piętnaście minut i czterdzieści dwie sekundy. – podniosła głowę znad papierów – A w jakiej sprawie? - Noemi Rishel... – mruknął Mel. - A kto to taki? – pytała dalej. - Ważna osóbka... – Mel zagwizdał. Zaczął ściemniać, widząc, że sekretarkę zżera ciekawość. - Jaka? - Hm...Jeżeli pani nie może nas wpuścić, to idziemy. – rzekł. - Mogę wpuścić, jeżeli dowiem się, kim państwo są. – próbowała go zatrzymać. Ja w tym czasie, czytałam gazetkę przyrodniczą, patrząc jednym okiem na to, co się dzieje przy ladzie. - To jeszcze potężniejsza rzeka od tej waszej królowej! – sekretarka była pełna zdumienia – Ma wszystkie kraje górne, i boczną krainę, która jest większa od tej waszej tutejszej. Jest olbrzymia! W krainie NIEMACZASU nikt jej nie dorówna! – recepcjonistka pobladła, oczy jej zrobiły się większe. Widać było, że nie ma rzeczy, których by nie wygadała. Wstała, i przeszła przez drzwi, które znajdowały się obok. Zaczęliśmy się oboje śmiać. Po dwóch minutach wróciła, i rzekła: - Niższa Królowa rzek, czeka w pokoju królewskim. – więc przeszliśmy przez drzwi i szukaliśmy pokoju królewskiego, w długim korytarzu. - Myślisz, że powiedziała to królowej? – zapytałam. - Nie, raczej nie... – mruknął – Tam! – krzyknął wskazując na drzwi na końcu korytarza, na których widniała tabliczka: Pokój Królewski. Mel nacisnął klamkę. Za tymi drzwiami, były drugie, które zasłaniał zielony krzak. Weszliśmy na wieeeelką salę. Na dole były wielkie i długie rzędy ławek, po czym liściaste schodki i pulpit, z mi-krofonem. Sala wypełniona była...ludźmi? Z tronu wstała właśnie wysoka, piękna kobieta, uczesana w kok, w oku-larach, z koroną na głowie. Była silnie niebieska. Z ławek zbierali swoje rzeczy inni niebiescy ludzie. - Zebranie zakończone! – ogłosiła królowa. Gdy wszyscy wyszli obróciła się w naszym kierunku. - O co chodzi? – zapytała szorstko, zbierając przeróżne książki i teczki. - Mamy nową uczennicę. – wyjaśnił Mel. - Szkoła jest przepełniona. – ogłosiła bez zainteresowania, po czym zaczęła zmierzać w stronę wyjścia. - Obawiam się, wasza niebieskość, że musimy porozmawiać. - Nie mamy o czym. – rzekła dobitnie, spoglądając na Mela spod okularów. Skierowała się do pokoju, na którym wisiała tabliczka: Pokój Królowej. - A jednak! Błagam waszą Niebieskość! – nalegał Mel. Królowa wcale nie była tym zainteresowana – Wasza Błękitność! Wasza...CZYSTOŚĆ! – w tym momencie, kiedy królowa właśnie uniosła rękę, aby nacisnąć klamkę, (co oznaczałoby koniec) odwróciła głowę, i popatrzyła z zainteresowaniem na krasnala, prawie klękającego na ko-lana. - Proszę za mną. – oznajmiła i ruszyła w przeciwnym kierunku. Doszliśmy do drzwi, z napisem: Tylko do interesów. - A ty – rzekła do mnie – zostaniesz tutaj, i poczekasz.- Co miałam zrobić? Takie są interesy. Więc chodzi-łam po długim korytarzu, i czytałam, co było napisane na tabliczkach. Trwało to jakieś 15min. Były tam: Bawialnia (wstęp tylko dla upoważnionych), Galeria obrazów Królowej, Sala rozpraw wód Królowej, Gabinet Królowej i... Wodna wieża Królowej. Najbardziej zaciekawiła mnie właśnie ona. Nacisnęłam klamkę, ale były zamknięte. Popatrzyłam przez dziurkę od klucza. Ciemno. Usłyszałam hałas. Mel z Królową wyszli z pokoju. - Moja droga! – rzekła przymilnie Królowa, zbliżając się do mnie. Zauważyłam, że nie miała już okularów, a długie włosy do pasa swobodnie opadały na ramiona. – Zostaniesz przyjęta do szkoły, tylko w tedy, gdy ukończysz wszystkie trzy zadania pomyślnie. - Co to za zadania? – zapytałam. - Proste. Dla każdego czarodzieja są one proste. Melatoszniaku, idziesz z nami? – zapytała Królowa. Popa-trzyłam na drzwi. Na klamce, zaczepiony sweterkiem wisiał skrzat, nie dosięgając nogami do podłogi. - Nie teraz! Muszę je zamknąć! – krzyczał szarpiąc klamkę. - W takim razie, zechcesz pójść ze mną? – zapytała Rzeka. - Jeżeli mam się dostać do szkoły...idę! – odrzekłam i podążyłam za nią. Rozdział 6

Pierwsze zadanie Jeśli chcecie wiedzieć, to był chyba najlepszy dzień w moim życiu! Nigdy go nie zapomnę! A później było tak... Nie uwierzycie, ale królowa wprowadziła mnie do jednego ze swoich pokoi, a mianowicie do wodnej wieży królowej! Jednym machnięciem ręki, bez użycia klucza otworzyła zamek a drewniane drzwiczki uchyliły się z pi-skiem. W pomieszczeniu panowała ciemność. Poczułam na twarzy powiew zimnego, wilgotnego powietrza. - Gdzie jesteśmy? – spytałam, wytrzeszczając oczy, tak jakby miało mi to pomóc w lepszym widoku. - To wodna wieża. Tu rozpoczyna się twoje pierwsze zadanie. – szepnęła Królowa. Wyciągnęła rękę w prawą stronę i pochwyciła nie zapaloną pochodnię. Dmuchnęła delikatnie i na kawałku drewna wesoło zaświdro-wał mały płomyczek. Gdy tylko to uczyniła, zaczęły się zapalać dalsze pochodnie, uczepione do ścian wie-rzy. - Łoł... Fajne...! – skomentowałam zachwycona, ale ona tylko się uśmiechnęła. W górę wierzy prowadziły krę-te schody. Ściany były śliskie, wilgotne i połyskujące. To dziwne, ale nie czuć było zapach dymu z pochod-ni. A były ich tysiące! - Musimy dostać się na górę. – oświadczyła rzeka, podciągając swą błękitną suknię, i stąpając pewnie po scho-dach. - Wasza Wysokość, jakie będą te zadania? – spytałam uprzejmie wijąc się obok niej. - Dowiesz się w swoim czasie. - Wysoka jest ta wieża? Chciałabym, żeby Mel mógł nas dogonić... – obróciłam się tęsknie w stronę drzwi. - Mieszkasz z nim, tak? – spytała, uśmiechając się. - Mmm... - Dużo czarodziejek i czarodziejów mieszkało już u niego. Choć zdarzały się też przypadki wiedźm i wiedźmi-nów... - A... to nie to samo? – spytałam, a mijałyśmy właśnie chyba 40schodek. - Ależ skąd! Nie czytałaś jeszcze „Poradnik czarodziei- przeszłość przeszłych ludzi, historie Magii, najsłyn-niejsze czarownice, czarodzieje, wiedźmy, wiedźminy i wiele innych”? - No... Nie miałam okazji... Ale wypożyczę jak tylko będzie taka okazja! Czy w szkole jest biblioteka? - Oczywiście! Czymże jest szkoła bez biblioteki? Ale nie taka zwykła! Magiczna... - A czy morze mi Wasza Wysokość opowiedzieć coś o tych wiedźmach u Mela, o czarodziejkach... – pytałam, podpierając się ściany. (byłyśmy na wysokości 70 schodka) - A więc wiedźma, to córka matki czarodziejki, ojca czarownika i chrzestnego Zła. Jeżeli rodzice wdadzą się w kontakt ze złem, On ucieka z dzieckiem zanim kapłan poleje główkę dziecka wodą święconą. Wiem- w wa-szym świecie mówi się, że Szatan nigdy do kościoła nie wejdzie. Ale tak nie jest. Jest On naprawdę silny. Zaszywa się w tedy w podziemiach, gdzie uczy dziecko czarnej magii. Uczy psuć i zabijać. Robić na złość. Gdy dorosną, wypuszcza je na świat Magii, pod wspaniałym kamuflażem i nikt nie pozna go do chwili gdy... – przerwała i zaczęła nasłuchiwać. Ja spojrzałam na nią, zamroczona ciszą, a po chwili sama zaczę-łam słuchać. Coś szumiało w oddali. - To już tu! – rzekła zadowolona i pobiegła wyżej. - To dobrze, bo przeszłyśmy 143 stopnie...! Już nie mam siły! – jęknęłam i powlokłam się za królową. „Swoją drogą, to miła ta królowa. A wydawała się taką despotką jak z Melem przyszliśmy do niej. Odkąd wyszła z pokoju, jest jakaś... Młodsza.” – pomyślałam. Teraz szum był bardzo glośny. Zobaczyłam przed sobą kró-lową. Stała, jakby chciała rzucić się na wiatr- z rozłożonymi rękami, ze sztywną głową, a jej suknia falowa-ła jak woda. A tuż przed nią była wielka dziura w ścianie. - Co to...? – spytałam z zachwytu. Ale to nie dziura wywołała we mnie takie emocje tylko... - To właśnie jest wodna wieża. Nazywa się tak dla tego, że z samego jej czubka wypływa woda, która litrami leci w dół po ścianach. To właśnie moje dzieci. - Jak to...przecież...ale...- zaczęłam, ale ona mi przerwała. - Widzisz? To jak wodospad. Nawet lekko morski. Chociaż woda jest słodka. Spadają razem z wodą roślinki wodne i ryby. O! Widziałaś? To był Karp! Pokaże Ci jeszcze coś. KROPELKO!!! – zawołała, kierując krzyk do ściany wody. - UAAAaaaaa!!! – rozległ się pisk jakby z góry – Auć! – i na ręce Królowej wypadła kropla czystej wody. – Ała! Moje wody! Zawsze mnie coś boli jak upadam! – piszczała, pocierając siedzisko. - Kropelko, przywitaj się. To jest Noemi. – mała kropelka odwróciła się i z uśmiechem podała mi malutką rączkę. - Jestem Noemi. - Kropelka. – pisnęła, a ja nie miałam nawet mokrego palca! – Mamo, dziś rano jak spływałem, roz-mawiałem z panem szczupakiem. No wiesz, z tym z czerwonym grzbietem. Powiedział, że przy-chodzi na mnie pora. To prawda? A mówił też, że spotkał Wielkiego. Podobno chciał popłynąć do krainy śmierci. Do Suchego Miejsca. Chciał go zatrzymać, ale Wielki popłynął już w ziemię... Zo-baczę go jeszcze? – wytrajkotała, siadając na dłoni matki. - Na pewno. Zajmę się tym. Teraz razem z Noemi musimy dojść na szczyt wieży. - Coooo?! Chcecie się wspinać 348 pięter? Przecież wiem jak to wysoko! Kilka razy dziennie spadam stamtąd! - W życiu! Nie idę tam! Mam lęk wysokości! Nie dojdę tam za mojego życia...! – lamentowałam. - Mmmm... No dobra. Wykonasz swoje zadanie tutaj. A ty kropelko, możesz spływać. - Papa! – i zniknął. Wcięło. Zlał się z wodospadem. - Do rzeczy. Twoje zadanie polega na tym... Wodospad co parę minut przestaje spływać i tworzy się otwarta przestrzeń. Musisz skoczyć w dół. Tam się spotkamy. - CO?! Zabiję się! Nie chcę umierać! - Nie bój się... Musisz zaufać sobie. Zaufać światu. Swoim myślom. Musisz uwierzyć. Wiara czyni cuda. Mo-żesz zrezygnować, ale w tedy wymażemy Ci pamięć i powrócisz z powrotem do siebie. To będzie rozdział zamknięty. Ta książka się skończy. Tu, w tym miejscu. I nie zrobi kariery, ani losy twoje nie potoczą się dalej. Prut nie zostanie sławny. – przemawiała łagodnie, delikatnie. CO? Mam pozwolić żeby ta książka się skończyła? O, nie ma mowy! (dobra, to się wytnie) SKACZĘ I JUŻ! Królowa odsunęła się. Ja stanęłam na krawędzi okna. Małe krople wody muskały mi twarz, gdy ja, ca-ła się trzęsąc, z zamkniętymi oczami stałam, czekając. Hałas ustał- to oznaczało tylko jedno. Woda przestała le-cieć! - TERAZ! – krzyknęła Królowa Raihi, co mnie tak przestraszyło, że chcąc- nie chcąc poleciałam w dół. AAAAAAAAA!!! – krzyknęłam, i odwróciło mnie tak, że leciałam głową w dół. „To koniec. Zabiję się! Uderzę głową w coś i umrę. Umrę. Prut...” – moje myśli szalały. Teraz leciałam z siłą samolotu bokiem. Obróciło mnie jeszcze raz głową w dół i... Zaczęłam się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%