Fantastyka · 15 min czytania
okłamuj mnie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wojna była przed naszym narodzeniem i będzie kiedy nas zabraknie. Urodziliśmy się w świecie, gdzie była stylem życia. Nie znaliśmy niczego innego. Byłem zwykłym przedstawicielem mojego pokolenia. Jednym ze skazanych na ciężką pracę w kopalni lub na wojsko. Czy miałem inny wybór? Mogłem zaharować się w kopalni. Wypluć z pyłem moje płuca i umrzeć jako nikt. Mogłem też zaryzykować życie i po kilku latach służby w armii zostać obywatelem. To wydawało się czymś. Prawo głosu, dożywotnia pensja, bezpłatna szkoła dla dzieci, preferencje przy uzyskaniu intratnej posady i darmowe jedzenie w restauracjach tylko dla obywateli. Czy można marzyć o lepszym losie? Zostałem pilotem, ściślej zabójcą. Zabójca to pilot lekkiego dwuosobowego myśliwca, nazywanego również zabójcą, wykorzystywanego do walki w szyku luźnym. Najczęściej do szybkich ataków, przechwytywania i pogoni. Nie rozumiałem w trakcie kilku miesięcy szkolenia, dlaczego nazywali nas motylami albo imago. Wkrótce miałem się przekonać. Przydzielono mnie do eskadry stacjonującej na fregacie. Jej skład zmieniał się nieustannie. Właściwie po każdej misji patrolowej powracało na Estesis, główną bazę jednostki, najwyżej 5-6 załóg z liczącej 20 eskadry ( oczywiście licząc również jednostki eskorty). W efekcie po kilku miesiącach służby przesunęli mnie do secundarii. Oznaczało to mniej lotów i mniejsze straty. Zespoły były bardziej trwałe i bardziej skuteczne. Każda misja patrolowa fregaty trwała kilka tygodni. Potem powracaliśmy na Estesis. Uzupełniać załogi, amunicję i paliwo. Dostawaliśmy kilka dni obowiązkowych przepustek i potem szkoliliśmy nową formację.
Futrzak krzątał się po barze. Stojąc na dwóch łapkach rozglądał się ciekawie. Nie przypominał żadnej z trzech głównych ras imperium, jednak gdybym miał wybierać, miał chyba najwięcej z człowieka. Szczerze mówiąc, to kojarzył mi się ze stworem z rycin o zaginionym świecie. Nazywał się chyba mysz albo raczej szczur. Cały owłosiony, z długim nagim ogonem i śmiesznie wydłużonym ryjkiem, z końca którego wyrastały długie wiecznie ruszające się wąsy. Nie budził mojej odrazy, raczej wydawał się pocieszny. Właściwie znalazł już swoją ofiarę. Był nim wysoki mężczyzna z kruczoczarnymi włosami powoli samotnie wysączający kufel piwa. Futrzak stanął na czterech łapkach i pomiędzy nogami stołów ruchami łasicy pomknął do upatrzonej ofiary. Na nieszczęście byłem nią ja. Przydreptał do mnie. Wstał i poruszał wąsami. - Jestem Rovendin. Czy mogę się dosiąść? - Zależy dlaczego chcesz się dosiąść? Towarzystwo by się przydało, ale tu jest zbyt wielu naciągaczy. - Widzisz, ja jestem jednym z nich. - ... Proszę? - Tak jestem naciągaczem. - Nie boisz się takie rzeczy gadać? Zresztą ode mnie nic nie dostaniesz. - Każdy daje to co ma. Czasem nie daje nic. Ale zwykle potrafi ciekawie opowiadać, albo pragnie abym to ja opowiedział coś jemu. - Więc czego oczekujesz ode mnie? Mogę postawić ci piwo. Nie jestem i tak w stanie wypić mojego przydziału, a jak nie wypiję to przepadnie. - Widzisz już skorzystałem. To wszystko zależy od tego czego oczekujesz. Co do moich stałych żywicieli to zwykle wiem czego pragną. Zanurzył swoje długie wąsy w pianie i wziął duży łyk złocistego napoju z kufla. - Ty futrzak, to że ci dałem piwo, nie oznacza prawa do uznania mnie za stałego żywiciela. - Wcale cię nie uznałem. Jeśli chcesz to mogę odejść. Jestem zawsze szczery i nie narzucam nikomu swojej osoby. Ale ty chyba masz ochotę z kimś pogadać? - No futrzak, już myślałem, że po wycyganieniu piwa chcesz dać dyla. A ty mówisz o rozmowie. - Sam musisz przyznać że nie jesteś zbyt ciekawym rozmówcą. Siorbiesz to piwo, nic nie mówisz i na dodatek sam nie wiesz czego chcesz. - Jak nie pasuje to spadaj. - Wiesz. To typowe dla pilotów. - Futrzak nie dość, że zjawiasz się nieproszony, to jeszcze starasz się mnie obrazić. - Trudno rozmawia się z człowiekiem, który nie chce przyjąć prawdy. Nie obrażam cię, ale również nie mówię ci czułych pochlebstw. - To dobrze... Szczerze mówiąc, futrzak nie przejmował się niczym. Siorbał piwo jakby je sam kupił. I właściwie bez jakichkolwiek emocji kontynuował naszą rozmowę. - Poza tym nie jestem futrzak. Mam na imię Rovendin. Ale, jeśli ci to sprawia przyjemność, nazywaj mnie futrzak. - Dobra, dobra. Powiedz Rovendin dlaczego to robisz? - To znacznie ciekawsze zajęcie niż kiepsko płatna praca, albo narzekanie żony, że nic nie robię. - A tu mam cię bratku? - Widzisz do tego baru przychodzą żołnierze, marynarze , piloci. Piją przydziałowy alkohol, czasem śmieją się plotkują. Chwalą się swoimi sukcesami, zapijają swoje porażki. Czy wiesz kto z nich jest najgorszy? - Powiesz pewnie , że piloci. - Widzisz zgadłeś. To specyficzna służba. Nigdy nie dałem się namówić na służbę wojskową, więc nie będę ci wciskał kitu o służbie. Znam tylko relacje innych. Przychodzą opowiadają. - A czym się różnią piloci od innych? - Stratami. - Co ty wiesz o stratach. - Musisz sam ocenić. Lubię obserwować. Przychodzą tu na pierwszą przepustkę. Są w małej grupie. Czasem opijają poległych kolegów, a czasem cieszą się że nie było potyczek. Widzę ich radość, że wrócili w komplecie. Większość szwadronów lata na tych samych fregatach. Wraz z nimi powracają i przychodzą do tego baru. Za każdym razem w coraz bardziej okrojonym składzie. Początkowo dobierają sobie coraz to nowe towarzystwo, ale potem, zaczynają przychodzić tu sami. Nie chcą się zaprzyjaźniać z nowo przybyłymi do szwadronów. Utrata kolejnych ludzi uznawanych za przyjaciół naprawdę boli. - Mówisz jak psycholog. - Nie stać mnie było na dobrą szkołę. Jestem raczej obserwatorem. - I naciągaczem. - To też nadmieniłem. - Więc gdzie byś mnie umieścił? Spojrzałem się na barmana. Machnąłem ręką, aby podał nam dwa kolejne piwa i pokazałem też na jakąś dziwną przekąskę, oczywiście na koszt floty. Słuchałem tego kosmatego stwora. Zaczynał mnie chyba, ku mojej zgubie, zaciekawiać. - Powiedzmy jesteś jeszcze dalej. - Co to znaczy? - Najpierw łatwo zdobywają sobie jednodniowe znajomości, są duszą towarzystwa. Po pewnym czasie przestaje was to bawić. Siedzicie sami, tak jak ty, i bardzo trudno was sprowokować do rozmowy. - Aż tak źle? - O to, to jeszcze nie jest źle. - To może być gorzej. - Tak może, możesz zapomnieć, jak trzeba żyć. - A jak temu zapobiec? - Masz dwa wyjścia. To pierwsze przy pierwszej okazji odejść z floty. - Wiesz to raczej nie wchodzi w grę. A jakie jest to drugie? - Musisz dosłużyć się do zostania lordem. - Ale to wymaga dwudziestu albo trzydziestu lat służby. A w formacjach zabójców trudno przeżyć. - Raczej nie masz wyboru. Jeszcze dwa- trzy lata i oduczysz się żyć. Przestaniesz myśleć. Kiedy zdecydujesz się odejść, nie będziesz wiedział co ze sobą zrobić. Prawdopodobnie jak duża część ambitniaków, albo popełnisz samobójstwo, albo wylądujesz w rządowej klinice psychiatrycznej na koszt floty. - Czy jest aż tak źle? - To jedyna formacja bez powrotu. Nie na darmo nazywają was motylami. - A gdybym został lordem? - Wtedy to co innego. Jako lord nie tylko masz więcej kredytek i różne przywileje, ale również dostęp do najlepszej medycyny. Wtedy możesz żyć.
Myśliwiec był moim jedynym przyjacielem i kochankiem. Flota…