Inne · 19 min czytania
Okna w niebie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Było już po północy, kiedy Adrian jak zwykle wyszedł pobiegać. Była ciepła letnia noc, nieco zbyt ciepła jak na połowę czerwca w Polsce. Było wręcz upalnie, gdyby nie szarość betonowego osiedla można by się czuć zupełnie jak w tropikach – pomyślał Adrian. Dookoła nie widać było żywej duszy, aż dziwnym było jak dalece ten krajobraz różnił sie od tego co działo się tu w ciągu dnia. Około południa ludzie zazwyczaj kłębili się tu zabiegani zmierzając ku swoim sprawom, później, około piątej krajobraz się nieco zmieniał. Ludzie poruszali się już wolniej i spokojniej. Przeważały rodziny z dziećmi jadącymi na trójkołowych rowerkach lub pary zdające się nie dostrzegać niczego poza sobą. A teraz nie było nikogo. W tej ciszy głos butów uderzających o rozgrzany jeszcze asfalt wydawał się dudnieniem. Adrian biegł spokojnym tempem oddychając swobodnie. Nie myślał o niczym wreszcie mógł się oderwać od tego co przytłaczało jego młody umysł za dnia. Mógł zapomnieć o egzaminach do których przygotowanie pochłaniało cały jego czas, o zmartwieniach związanych z dziewczyną i rodzicami. Teraz nie martwił się niczym, nie marzył o niczym po prostu biegł i rozkoszował się ulgą jaką dawały podmuchy nocnego powietrza otulające spoconą skórze. Biegł miarowo spoglądając przed siebie. Gdy dobiegł do granicy parku, zwolnił nieco, a w chwilę później zupełnie się zatrzymał – ponad nim majaczyły świetliste kształty, zaparło mu dech. Na niebie znajdowały sie srebrzyste okna. Niby blok widmo, który spłynął z wysokości, okiennice były otwarte a leciutkie jak mgiełka firanki tańczyły na wietrze. Adrian znieruchomiał, początkowo przeraziło go to zjawisko jednak w miarę jak przypatrywał się uważniej zaczął wpadać niby w hipnotyczny stan. To co widział było tak piękne. Srebrzyste framugi odbijały blask księżyca niczym lustro. Niebo było bezchmurne i usiane gwiazdami. Firanki przypominały pajęczą sieć, na której osadziła się poranna rosa. W dole majaczyły konary drzew. Cały ten krajobraz oszałamiał finezją, niezwykłością i nieopisanym mistycyzmem, którego na próżno by szukać nawet w najwspanialszej świątyni. Adrian sam nie wiedział ile tak stał, kiedy nagle firanki jednego z okien poruszyły się gwałtowniej niż dotychczas a okiennice rozwarły się szerzej. Całe okno rozświetlił blask. Nie było to agresywne, kłujące w oczy światło świtu, nie był to też znużony, ciepły blask wieczoru. To światło miało odcień opalizującego błękitu. Tak właśnie Adrian wyobrażał sobie perłę na dnie tropikalnego morza, mimo iż nigdy nie wyjeżdżał poza smutną polską rzeczywistość, a perły widział jedynie na wystawach drogich sklepów w rynku. Ale tak to właśnie musiało wyglądać. Blask stawał się coraz bardziej intensywny aż w końcu z czeluści okna wyłoniła się postać. Początkowo spokojnie usiadła na parapecie. Adrian nie widział co prawda jej twarzy ani nie słyszał głosu, ale z ruchu ramion wywnioskował, że postać westchnęła głęboko. Perłowy blask nadal jaśniał w okół postaci, gdy tak siedziała ze spuszczoną głową opierając dłonie o parapet. Miała na sobie białą koszulę i białe spodnie. Włosy były w nieładzie, jakby istota dopiero co wstała z łóżka. Były nienaturalnie jasne. Wyglądały również na niezmiernie delikatne, niby puszek na ciele młodego ptaka. W końcu postać się wyprostowała i uniosła głowę odsłaniając jasną twarz. Adrian był zbyt daleko żeby dostrzec rysy, ale bez trudu mógł widzieć wielkie czarne oczy. Były nieludzkie i nienaturalne. Istota wstała i zeszła na chodnik poniżej, jak gdyby prowadziły tam z okna niewidzialne schody. Okno się zamknęło. I nagle Adrian dostrzegł że niebo różowieje już nad drzewami. Srebrzyste okna zaczęły powoli znikać w miarę jak pierwsze promienie coraz odważniej rozświetlały nocne niebo.
Kiedy Adrian obudził się nazajutrz rano, to wszystko wydało mu się snem. Sytuacje minionej nocy były odległe i nierzeczywiste, w miarę jednak jak sen uchodził z jeszcze zamglonych powiek Adrian przypominał sobie dokładnie coraz to nowsze szczegóły. Kiedy w końcu uświadomił sobie, że to wszystko działo się naprawdę, ogarnął go lęk. Miał świadomość, że był świadkiem czegoś niezwykłego nie wiedział jednak co dokładnie to było i co mogło oznaczać. Co gorsza z nikim nie mógł sie podzielić tym wspomnieniem, ani tez u nikogo znaleźć zrozumienia. Jego współlokatorzy już do końca uznali by go za dziwaka, a dziewczyna wzięła by to zapewne za żart. Wspomnienie przerodziło się w nim w bolesną, napawającą strachem tajemnicę, której nie rozumiał, ani nawet nie mógł do końca pojąć. Następnej nocy nie poszedł już biegać, bał się iż znowu ujrzy zjawisko, które tak zatruło jego myśli i które chciał po prostu wymazać ze swojej pamięci. Dni mijały, każdy dzień przynosił, nowe, przyziemne sprawy i wkrótce na skutek skrupulatnego odrzucania każdej myśli związanej z ową nocą, wspomnienie zaczęło blednąć coraz bardziej, aż w końcu stało się jedynie odległym cieniem, bardziej kojarzącym sie z baśnią niż rzeczywistością.
Sesję udało się Adrianowi zakończyć w pierwszych terminach. Na wakacje nie miał żadnych planów, poza znalezieniem pracy, która pozwoliłaby mu na utrzymanie się w kolejnym roku na studiach. Po kilku dniach poszukiwań znalazł niezbyt ambitną ale pewną pracę w drukarni. Zapowiadało się, że spędzi trzy miesiące samotnie w pustym mieszkaniu, z którego wyjechali na wakacje koledzy. Monika – jego dziewczyna - zerwała z nim wraz z początkiem wakacji, zabolało go to, jednak nie na tyle by rozpaczać z tego powodu. To nie było zranione serce, ale raczej zraniona duma. Sam zresztą, po analizie czasu spędzonego razem doszedł do wniosku, że tak naprawdę nie było czego żałować. Z początku odpowiadała mu perspektywa samotnych wakacji , wreszcie będzie miał spokój od wszystkiego i wszystkich, będzie sobie sterem i okrętem, jednakże już wkrótce zaczęła mu doskwierać samotność. Każdy dzień zdawał się wyglądać tak samo. Pobudka, szybkie śniadania, niekończące się godziny w drukarni i wreszcie samotny wieczór z pilotem od telewizora w jednej a piwem w drugiej dłoni. Był samotnikiem, nigdy nie miał wielu przyjaciół. Dotychczas mu to nie przeszkadzało, ale teraz po raz pierwszy nie było w pobliżu rodziców, dziewczyny, a nawet współlokatorów, mimo że nie łączyło go z nimi nigdy nic więcej niż wspólne lokum, byli jak namiastka domu w tej nowej, obcej rzeczywistości dużego miasta. Teraz, im dłużej był sam z własnymi myślami, tym bardziej zaczął zagłębiać sie w czeluści swojej duszy. W końcu doszło już do tego że godzinami przesiadywał bez ruchu ze wzrokiem wlepionym w ścianę snując wycieczki w głąb siebie. Odkrywał zakamarki duszy, których istnienia nigdy wcześniej się nawet nie domyślał. I wszędzie dokąd trafiał w swoich myślowych wędrówkach, napotykał na pustkę, z której wyzierała rozpacz, tak bezbrzeżna i przytłaczająca, że nie pozostawiała żadnej nadziei na wyjście. W ciągu roku akademickiego nie myślał o takich rzeczach, było tyle bieżących spraw wokół, że po prostu nie było na to czasu, ale teraz utracił już nad tym kontrolę, jego myśli z dnia na dzień stawały się coraz bardziej skrzywione i pogmatwane. Zaczęło mu to wkrótce doskwierać do tego stopnia, że zrodziła się w nim nowa obsesja – pragnienie ucieczki. Chciał uciec od tych myśli ale nie miał dokąd, nie było nikogo, kto pomógłby mu wrócić do siebie, z kim mógłby normalnie porozmawiać. Jego życia pogrążyło się w mroku Jednego z tych męczących samotnych wieczorów, gdy włóczył się samotnie o osiedlu, spotkał starego znajomego, jeszcze z podstawówki - Adama. Zamienili kilka zdań. Okazało się, że Adam również został na wakacje w Krakowie, ale on nie czuł się sam, wrażenia znajdował gdzie indziej- jego codziennym rytuałem były imprezy. Zaproponował Adrianowi by tej nocy wyszli razem na miasto. Początkowo Adrian nie chciał się zgodzić, jednak po krótkiej chwili uległ namowom. Imprezy były dla niego obcym żywiołem, owszem był na kilku jeszcze w liceum, ale nigdy nie dostrzegał nic wyjątkowego w upijaniu się tanim winem i idiotycznych, do niczego nie prowadzących rozmowach z równie wstawionymi kolegami i koleżankami. Gardził tym sposobem spędzania wolnego czasu, uważał go za prymitywny, poniżej jego godności. Jednak teraz perspektywa nocnego wypadu jawiła mu się jako szansa na upragnioną ucieczkę. Adam okazał się nieocenionym przewodnikiem po nocnym Krakowie. Potrafił coś powiedzieć niemalże o każdej z licznych knajp, znał wszystkich barmanów, a dziewczyny szczerzyły do niego zęby gdy wychodził na parkiet. Adrianowi ciężko było wejść w ten klimat jednakże po kilku drinkach i on poczuł się królem parkietu i szalał aż do rana. Nazajutrz obudził się z wielkim kacem, jednak mimo to, był wdzięczny Adamowi, bo to pozwoliło mu chociaż na tę jedną noc zapomnieć o tym, co rozdzierało go od środka. Szybko zarówno nocne wypady jak i poranny kac stały się rytuałem. To było dobre remedium jednak, gdy umysł dochodził do siebie, rany w jego wnętrzu tylko bardziej się pogłębiały a on czuł coraz większe obrzydzenie do samego siebie. Pewnego dnia zamiast we własnym łóżku obudził się na ławce na Plantach. Och, jak bardzo nienawidził siebie, czuł wstyd, obrzydzenie i tą rozdzierającą rozpacz, które stała się nieodłącznym elementem jego życia.I wtedy po raz pierwszy pojawiła się w jego głowie myśl, by skończyć z tym całym bezsensem wokół, by zakończyć raz na zawsze to rozdarcie, by dać…