Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Podróże · 20 min czytania

Oko Horusa

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Oko Horusa

Mały, zdezelowany busik mknął ulicami Kairu, starając się wepchnąć w każdą wolną przestrzeń na drodze. Patrzyłem na to z przerażeniem. Samochody mijały się dosłownie na odległość zdartego lakieru, co jak się później przekonałem było tutaj normą. Przeraźliwy dźwięk klaksonów komponował się z krzykami kierowców, którzy żywo gestykulując, udowadniali swoją wyższość nad innymi. Pomimo tak wielkiego chaosu, posuwaliśmy się naprzód. Otarłem pot z czoła i usiadłem wygodnie. Jednostajne widoki za boczną szybą zaczęły się przesuwać. Stare, ceglane, niedokończone domy rozlane były aż po horyzont miasta. Resztki gruzu i śmieci pokrywały nieliczne wolne przestrzenie. Każda namiastka cienia była skwapliwie wykorzystywana przez tubylców jako oaza życia towarzyskiego na ulicy. Miejsce wypicia miętowej herbaty i wymiany poglądów. Oczywiście tylko dla mężczyzn. Tylko czasami można było spotkać kobiety, całe odziane w tuniki z zasłoniętymi twarzami. Islamski kraj. Te bardziej odważne, odsłaniały twarze i wtedy można było z nich odczytać cechy arabskiej urody. Duże czarne oczy i wspaniały uśmiech. Spojrzałem na moją żonę, siedzącą obok. Jasne, blond włosy, jasna bluzeczka i krótkie spodenki uwydatniające niebotycznej długości nogi były zaprzeczeniem panujących tutaj kanonów piękna. Były także podmiotem uwielbienia męskiej części populacji Egiptu. - Muhammed, daleko jeszcze? – zapytałem kierowcę. - Niet, my budiem zdies one hour – odparł rosyjsko-angielskim slangiem. – Jedna godzina, dobrze po polsku? - Świetnie mówisz po … - zastanowiłem się krótko - … po zagranicznemu. Gdzie się nauczyłeś? - Tutaj mnoga ruski, trochę amerykańców, ale ja lubię Polaków – wyszczerzył białe zęby nasz nowy kolega. – Ruski ludzie mały bakszysz, a Polak duży bakszysz. - Dobrze, jak się dobrze spiszesz dostaniesz całkiem duży bakszysz – zapewniłem go. – Dowieź nas tylko bezpiecznie na miejsce. Bakszysz, czyli jałmużna, a raczej napiwek, był słowem, które załatwiało tutaj wszystko. Od uzupełnienia brakującego papieru w toalecie w hotelu, do wejścia do miejsc, do których raczej turystów się nie wpuszcza. Kilka dolarów amerykańskich momentalnie rozwiązywało pozytywnie każdy problem. A Polacy potrafili mieć gest. Spojrzałem na zegarek. Powinnyśmy dojeżdżać już na miejsce. Chyba, że godzina tutaj liczyła się zupełnie inaczej od naszej. Europejskiej. Byliśmy w końcu w Afryce. - Już widać big piramidy! – krzyknął Muhammed. W busiku zapanowało wielkie ożywienie. Kilkanaście osób wyrwało się z lekkiego letargu i nerwowo zaczęło przygotowywać do opuszczenia pojazdu. - Kochanie jak wyglądam? – moja piękniejsza połowa zadała, jak mi się zdawało, retoryczne pytanie, na które każdy mężczyzna miał tylko jedną odpowiedź. - Jak zawsze zjawiskowo. Tym razem odpowiedź była całkowicie uzasadniona. Piękna, brązowa opalenizna, odpoczynek oraz kąpiele w słonym Morzu Czerwonym dobrze wpłynęły na wygląd Kasi, mojej żony. Poza tym kochałem ją przecież nie tylko za wygląd. Także za jej zmyślny rozumek, któremu tylko czasami zdarzało się lekko szwankować. Po kilku opłatach podjechaliśmy samochodem dosłownie pod samą piramidę. Nasi współtowarzysze zaczęli ochoczo wychodzić z pojazdu. Chwyciłem torbę z aparatem i podążyłem za wszystkimi. Na otwartej przestrzeni żar lejący się z nieba był bardziej dokuczliwy niż w busiku, ale widok piramid z bliska zrekompensował mi wszelkie niedogodności. - Proszę państwa, proszę się nie rozchodzić. Powiem kilka słów o historii tego miejsca – zaczął mówić nasz polski opiekun - Arek. - Piotruś, zrobisz mi zdjęcie? – zwróciła się do mnie Kaśka. Pozując na tle piramidy Chefrena. - Oczywiście kochanie. Już robię – wyciągnąłem aparat z futerału. Włączyłem go i ustawiłem przesłonę. Jakie było moje zdumienie, kiedy na wyświetlaczu na czerwono pojawiło się zdanie: zmień baterie. Nerwowo zacząłem się macać po kieszeniach. Nagle zelektryzowała mnie myśl. Zapasowe baterie! Zostawiłem je w ładowarce w hotelu. Byłem skończony. - No co tak długo gamoniu, pospiesz się! – niecierpliwiła się Kaśka. Co robić? – myślałem gorączkowo. Udawać, że nic się nie stało? Przecież ona mnie zabije. - Już słonko. Chwileczkę. Muhammed! – zawołałem szperając po kieszeniach. Pokazałem mu na migi w czym tkwił mój problem. Chwycił w lot. Zapewnił, że wszystko będzie OK, po czym zniknął. Nie zdziwiło mnie to zupełnie, kiedy za dwie minuty mój arabski kolega przyniósł dwie, trochę sfatygowane ale działające baterie. Sesja zdjęciowa mojej żony mogła się rozpocząć. Ten zadziwiający stos kamieni był wdzięcznym obiektem do pozowania. Kilka tysięcy lat w tle z Kaśką, działało na jej korzyść. Była w siódmym niebie. Otoczenie także nie próżnowało. Oprócz naszej grupy wokół jednego z siedmiu cudów starożytnego świata roiło się od turystów. Wszędzie biegali tubylcy starając się sprzedać egipskie pamiątki. Gipsowe piramidki konkurowały z plastikowymi skarabeuszami i kolorowymi pocztówkami. - Mister, ten postcards only five dollars! – krzyczał mały brzdąc w turbanie. - Nie, dzięki – odparłem szybko. - Hello mister, beautiful eye of god four dollars, three – nie dawał za wygraną. Zignorowałem go i podszedłem do piramidy Cheopsa. To ciekawe, ale archeolodzy nie są zgodni co do twórcy tego wielkiego dzieła. Brak wszelkich pozostałości pisanych z okresu panowania tego wielkiego faraona było rzeczą niezwykłą. W muzeum kairskim zachował się tylko jeden kilkucentymetrowy posążek Cheopsa. Czyżby tak potężny władca nie zadbał, aby jego imię przetrwało na wieki? W takim razie kto był twórcą tak monumentalnego dzieła? Wokół wejścia do piramidy kłębiły się dziesiątki turystów. - Może wejdziemy do piramidy? – zapytałem żonę. - Coś ty, tam jest bardzo duszno i pewnie śmierdzi. Będę później zmęczona i cała spocona. Pewnie tak – pomyślałem. Ale moja dusza odkrywcy nie dawała za wygraną. Musiałem to zobaczyć. - Ja w każdym razie idę. Będę za czterdzieści minut. Tylko się nie spoufalaj z Arabami – rzuciłem na odchodne. Przy wejściu spotkałem pana Arka. Nerwowo spoglądał na swój aparat fotograficzny i przeszukiwał kieszonki podręcznego bagażu. Krople potu pojawiły mu się na skroni. - Przysięgam, że rano wkładałem baterie do aparatu i nagle zniknęły. To czysty obłęd. Tyle się namęczyłem żeby zdobyć zezwolenie na robienie zdjęć wewnątrz piramidy i wszystko na nic. Mój wydawca mnie zabije. Nagle odkrywcza myśl zaświtała mi w głowie. Muhammed był niezłym cwaniakiem. Bakszysz może czasami zdziałać cuda. Po drobnych opłatach, grupa turystów mogła wejść do środka budowli. Ciasny korytarz i nikłe światło potęgowało wrażenie tajemniczości. Ludzie szli gęsiego, zgięci w pół, czując na karku ciężki oddech sąsiada. Wielowiekowy zapach stęchlizny zmieszany z zapachem potu dawał niesamowity fetor. Kaśka miała rację. W głowie zaczynałem odczuwać lekki zamęt. Brakowało mi tchu. A jednak adrenalina napędzała moje ciało. Czułem się jak robot. Nagle korytarz skończył się i znaleźliśmy się w niewielkim pomieszczeniu. To była komora grobowa faraona. Przewodnik zaczął opowieść. - Proszę państwa. Znajdujemy się w komorze królewskiej piramidy Chufu czyli Cheopsa. Obecne wejście zostało przebite sztucznie w osiemset dwudziestym roku z rozkazu kalifa Al-Mamuna. Piramida zbudowana została prawdopodobnie około dwa i pół tysiąca lat przed naszą erą według projektu Hemona. Wielkiego budowniczego z tamtego okresu. Bloki skalne mają od dwóch do piętnastu ton wagi. Wysokość piramidy sto czterdzieści sześć metrów, długość boku około dwustu trzydziestu … Nie słuchałem już dalej. Te suche fakty mogłem znaleźć w Internecie albo w każdej książce. Wolałem skupić się na ścianach. Gładkie, wapienne bloki przylegały do siebie niczym dobrze wykonana mozaika. Dotknąłem ich. Były zimne. Ktoś wykonał je kilka tysięcy lat temu. Czy był niewolnikiem? A może rzemieślnikiem? Czy miał żonę? Dzieci? Tysiące pytań cisnęło mi się na usta. Nawet się nie zorientowałem jak czas wycieczki dobiegł końca. Gdy znowu poczułem świeże powietrze na twarzy odetchnąłem głęboko. Rozejrzałem się dokoła w poszukiwaniu Kaśki. Oczywiście znalazłem ją na nie pierwszej młodości wielbłądzie i w wielkim turbanie na głowie. - Halo Piotruś! Już jesteś? Popatrz! Jadę na wielbłądzie. Zrób mi zdjęcie – zawołała. Opiekun zwierzęcia ochoczo podbiegł do mnie. - Cześć! Ty Polska? Ja znam Polska. Very good people. Twoja kobieta beautiful. Camel dobra cena. Dla mnie twenty dollar. - Dwadzieścia? Za co? – wykrzyknąłem. – Nie dam. - Fifteen? - Three! - Twelve? - Five! - Ten? - Five! - Seven? - Five! - Five? - No nareszcie rozumiesz! Masz i oddaj mi ją. Thank you my friend. Wielbłąd na rozkaz właściciela posłusznie położył się na ziemi I pomogłem Kaśce wygramolić się z siodła. - Piotruś! Długo cię nie było. Ale śmierdzisz! – zmieniła nagle temat. - Może troszeczkę. Ale warto było. Zaraz, co masz na szyi? Na opalonej szyi mojej żony zobaczyłem zakurzony, egipski naszyjnik. Wyglądem przypominał oko. - Aaaaa? To? Kupiłam! – uśmiechnęła się serdecznie. – Od małego Beduina. Za dwadzieścia dolarów. - Dwadzieścia dolarów. Tu wszystko początkowo jest za dwadzieścia dolarów. Tylko zostawić cię samą na chwilę. - Podobno to jest starożytny amulet i przyniesie nam szczęście. Zobaczysz! W pobliżu dostrzegłem naszego przewodnika. - Panie Arku. Spojrzy pan na ten wisiorek? Żona właśnie go kupiła – powiedziałem lekko kpiąco. Mężczyzna przyglądał się chwilę w ciszy. Wziął naszyjnik do ręki i lekko potarł. Przyglądałem się tej scenie uważnie, żeby jego ręka nie posunęła się za daleko. - To jest oko udżat, tak zwane oko Horusa. Symbol powodzenia i opieki bogów. Według mitologii Horus miał dwoje oczu. Prawe to Słońce. Lewe Księżyc. Lewe oko bóg stracił podczas walk z Setem, ale potem je odzyskał. Ofiarował je swojemu ojcu Ozyrysowi. Posiadacza oka Horusa chroniły dwie boginie Nechbet i Wadżet. Sęp i kobra. To ważne symbole. Można je spotkać na nakryciach głowy prawie wszystkich faraonów. To dziwne … - Arek zastanowił się. – Ten amulet wygląda na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%