Fantastyka · 7 min czytania
Oko karpia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zapiął koszulę. Rozejrzał się po pokoju. Panował tam niesamowity bajzel. Wszędzie walały się papiery, brudne skarpetki, zabawki i różnego rodzaju inne pierdoły. — Piotruś! Chodź szybko! Dziesięciolatek wypadł z pokoju, nie myśląc nawet, o co może chodzić. W końcu była wigilia, a za chwilę wyruszają do wujka Mariusza. Lubił jeździć do wujka Mariusza. Miał fajne mieszkanie, gabinet i powiedział, że pomoże mu zbudować czołg. A plany czołgu już były, leżały gdzieś pośród innych rysunków, najczęściej pomazanych kredkami tak, aby jak najlepiej odpowiadały ich doskonałym odpowiednikom z wyobraźni chłopca. Miał też plany dwupłatowca, ale do tego akurat potrzeba było, wbrew pozorom, większej ilości trudniej dostępnych materiałów, niż do budowy jego „czołgu”. Chłopiec, mimo młodego wieku, zdawał sobie sprawę z niewykonalności projektu, zakładającego taki poziom technologiczny, jaki przedstawiał choćby T-34 – mimo, że najczęściej były byle jak zespawane. Po prostu nie dostałby tyle stali, i doskonale o tym wiedział. Dlatego zaprojektował… zwykłe, złożone z obitych blachą desek pudło. Z obrotową wieżyczką i silnikiem za fotelem czołgisty. W końcu co to za czołg, który nie może ruszyć się z miejsca? Chłopiec podbiegł do wystrojonej matki. Co prawda, nie miała na sobie długiej sukni, jak te panie w filmach, kiedy wybierają się na bal czy nawet kolację z rodziną i mężem, ale też wyglądała ładnie. Miała na sobie białą koszulę w czarne prążki, czarne spodnie, sweter i czarne buty, takie ze szpiczastym czubkiem i na wysokich, wąskich obcasach. Jak to się nazywało? Igiełki? Szpilki, właśnie. — Piotruś, zakładaj buty, zaraz wychodzimy! — Dobrze, mamo! Piotruś popędził do przedpokoju, wziął buty i wrócił do dużego pokoju, po czym rozsiadł się w fotelu i rozpoczął arcytrudną operację zakładania butów, połączoną z błyskawicznym zawiązywaniem sznurowadeł. Zajęło mu to około dziesięciu minut (no co, w telewizji leciał fajny film, to spoglądał czasami… no dobra, często… BARDZO CZĘSTO). Tata siedział na kanapie i go obserwował, na jego twarzy majaczył lekki uśmiech. Był już całkowicie ubrany – buty, kurtka, te sprawy – ale mieli jeszcze godzinę (tak? Dobrze mu się zdawało? Godzinę?), toteż siedział w rozpiętej kurtce. — Pamiętaj, synu — powiedział Piotrkowi kiedyś w sekrecie i po kilku głębszych jego ojciec — jeśli masz godzinę czasu w zapasie, kobieta zawsze dokona cudu i godzina zapasu zmieni się w kwadrans spóźnienia. Naprawdę, nikt nie wie na czym to polega, najtęższe umysły nie rozpracują tej zagadki, ale tak jest. Dlatego ja już nawet nic nie mówię twojej mamie, kiedy mówi mi „Jeszcze mamy godzinę”. Z godziny robi się czterdzieści pięć minut, z czterdziestu pięciu – trzydzieści, z trzydziestu – piętnaście… A dalej jesteś już tylko coraz bardziej spóźniony. W istocie, pół godziny później dopiero mama powiedziała, że mogą iść, podczas gdy jej syn i mąż byli już przygotowani do wyjścia. Wyłączywszy wszystko, upewniwszy się następnie, że w istocie wszystko jest wyłączone, wyszli z domu, matka chłopca zamknęła drzwi na klucz, ojciec zaś włączył silnik samochodu i postawił go przed wejściem na klatkę schodową. Chłopiec skromnie zajął miejsce z tyłu. Po chwili i matka chłopca załadowała się w końcu do samochodu i mogli już ruszać. Podczas jazdy chłopiec patrzył…