wojna · 15 min czytania
Określiłem dokładny czas twego urodzenia. Ap
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
O letnim poranku obudziły mnie jasne, złote języczki ognia, które wpadały do pokoju. Wypełniły sypialenkę cieplutkim światłem. Szerokie okna zastałam otwarte na rozścież, a wiaterek wydymał bieluchne tkaniny przy szybach w przeróżne kształty. Tenże przytulny pokoik pasował idealnie do mojego nowiuteńkiego, wiśniowego drewna. Kwiaty na tapecie ukradkiem rzucały mi zazdrosne spojrzenia. Byłam taka spragniona piękna… Za oknami, pośród jasnych kwiatów, tańczyła na bosaka panna Łucja. Ach, jakże piękną muzykę wydobyć umiała, gdy zasiadała w blasku gorejącego, złotego oka, a czasami otulona srebrzystą poświatą miesiąca… Promyczki słońca pomykały po mym lakierze w rytm poloneza, łaskocząc mnie cieplutkim dotykiem. Ach! Któż to zmierza ku mej pannie, cichutko, bezgłośnie? Kryje za plecami swymi bukiecik urokliwych fiołków… Jak na skrzydłach zbiegają ku sobie i w rozmarzeniu panna Łucja kryje się w cieniu silnych ramion Franciszka. Westchnęłam uradowana i chłonęłam całą sobą piękno tego uczucia, które odwiedziło mnie wraz z podmuchem wiatru wonnego kwieciem. -Luśka… -Franiu! No co ty? Wstawaj z tych klęczek! -Luśka… Jakże tak można! „Luśka” do ukochanej powiedzieć. Za grosz romantyzmu… Ale wybaczam im teraz, gdy tak trwają wśród kwiecia w bliskości swojej… Obraz ten ukazał mi się niczym ze snów i marzeń ujęty. Otoczeni pełnią lata, wśród ogrodu trwali tak, a gdy słowik wyśpiewał swą pieśń, Franciszek porwał uradowaną Łucję w ramiona i przytulił jej policzek do swojego policzka. Ach… Co to jest miłość, pokazała mi ona. Pewnego popołudnia wzięła mnie do ogrodu, siadając w słodkim półcieniu dębu. Uśmiechnęła się, z wdzięcznością, spojrzała ku Niebiosom i zaczęła grać rozmarzoną suitę Debussy’ego. Jej dłonie łagodnie obejmowały mój gryf i smyczek sunął lekko, ale pewniej niż kiedykolwiek dotychczas – bez przepychu, bez pamięci, bez kłamstwa. Cierpliwie, szlachetnie, ufnie. Grała, a jej palce szeptały mi: ma miłość ponad granice szczytów nieba! A ja leżałam w jej dłoniach, nie dowierzając tej sile…
..............
Przerażenie na ludzkich twarzach. Wokoło mnie zalęknione oczy. Tłok. Jęki. Czarne kule spod chmur rozbijające się po obu stronach drogi w ogniu i huku. Nie wiem, czemu jest tak strasznie, ale nie mam ochoty bawić się w to więcej. Łucja! Łucja! Jazda na jakimś wozie wśród tobołów napełnia mnie przerażeniem, nikt nie słyszy mojego krzyku. Podskakuję na wybojach, obijając się o meble, wpadając w pierzyny. Łucja! Zabierz mnie stąd! Ludzie cisną się wokół wozu z przerażeniem i rozpaczą. Co to znów za koszmar? Dokądże ja trafiłam? Hałas krążący gdzieś nad nami jest nie do zniesienia. Huk rozlegający się co jakiś czas gdzieś obok powoduje zamieszanie i gorączkowe krzyki ludzi. Łucja! Nie widzę jej. Czyżby miała czelność mnie zostawić? Tu!? Ała! Coś mnie uderza. Czuję kolejne rysy na mych bokach. Czemu nikt mi nie pomoże? Moje miejsce nie jest tutaj! Kurz drogi unosi się coraz wyżej. Strach opętał wszystkich. Łuuucjaa! Zapomniałaś o pięknej swej wiolooonczeli?!
................
Jej ramiona obejmowały mnie w ciemnym pokoiku. Wciąż drżały. Nie przestawały drżeć od pięciu miesięcy. Zasłony zawsze były zaciągnięte. Jej smutny wzrok nie padał jednak na mnie, lecz spoczywał na Franciszku, który nie układał już kolejnych wiązanek fiołków. Rysował za to kawałki jakichś ulic na karteczce, z zafrasowanym czołem, ostrożnie umieszczając imiona obok strzałek i krzyżyków. Myślał gorączkowo, lecz gdy tylko napotykał zmartwiony wzrok żony, uśmiechał się do niej z miłością i otuchą. Czułam jej łzy, gdy wieczorami wychodził z domu, wciskając do kieszeni małą karteczkę. Całował wtedy Łucję czule, z żarem, gdy ona tylko zaciskała powieki. A potem odwracał się i chował broń pod płaszcz, ruszając w noc warszawskich uliczek. Dziś obejrzał się wszakże w progu i z uśmiechem szepnął zza ramienia: Prześliczna wiolonczelistka…
Część 22 / 2
............................
Moje myśli zasypiały wraz z szumem jesiennego deszczu za oknami. Łucja nie dotykała mych strun od długich dni. Gubiłam się w czasie. Spoczywająca w kącie, pragnęłam jedynie zapomnieć już o świecie. Znajdowałam się samotna jak pośród kruków, które rozszarpują wszystko, co się obok nich znajduje. Leżałam cicho, by nikt mnie nie znalazł, zagłębiona w morzu smutku. Leżałam w kącie, a i tak słyszałam wszystko to, na co chciałam być głucha. Łkanie Łucji. Ten przeraźliwy płacz… Leżałam bezgłośnie. Otoczona ze wszystkich stron. Bez odwrotu. Bez ucieczki. Bałam się ruszyć, by nie zwrócić na siebie uwagi. Tylko dzioby kruków: strach, cierpienie, żal, rozpacz- wszystkie kłębiły się wokół mnie. Ale ja bałam się krzyczeć. Nawet brązowe już liście nie chciały spadać z drzew. Zastygły w napięciu, lękając się zwrócić na siebie uwagę. Nagle zimna ręka Łucji złapała mnie z impetem i postawiła na środku pokoju. Całe jej ciało przeszywały dreszcze. Podbiegła do okna i szarpnęła, otwierając je szeroko. Do środka wtargnął zimny, przenikliwy wiatr, a wraz z nim strugi deszczu z zewnątrz. Oczy Łucji były rozszerzone, a oddech przypominał w swej nierówności sztorm na oceanie. Chwyciła mnie i usiadła, mocno zaciskając kolana. Poczułam ostry posuw jej ręki ma mych strunach, gdy zaczęła grać. Było to dla mnie jak uderzenie, przypomnienie, że żyję. Palce Łucji zacisnęły się na gryfie, a paznokcie wbijały w miękkie drewno. Nagły powrót do rzeczywistości był dla mnie jak piorun. Łucja się nie bała. Jej dusza właśnie krzyczała najgłośniej swoje cierpienie, grając muzykę uszytą z tego bezbrzeżnego bólu i śmierci. Wyrwano jej połowę. Jej serce trawił ogień, choć nie stawało się popiołem. Przestałam się lękać. Palce dziewczyny wyraźnie mówiły, że w ten sposób nie ucieknę. Nigdzie. Otworzyłam się na ręce Łucji, na siłę ramion. Pomogłam jej krzyczeć. Łucja grała. Grała wyraz naszych dusz. Grała siebie i mnie. Grała tęsknotę za Franciszkiem… Kolejny piorun omiótł światłem kamienicę, a Łucja opuściła ręce. Z bezradności. Z rozpaczy. Osunęła się na oparcie krzesła i poczułam na sobie gorące krople… Powoli wysuwałam się z jej kolan, gdy ona wpatrywała się martwymi oczyma w niebo. W końcu runęłam w dół, w czerń rozciągającą się pode mną.
..................
W osobności i ciszy było łatwiej. Szopa wydawała się zacisznym schronieniem. Drewniane ściany przepuszczały przez szczeliny złote snopy słońca. Pęknięcia w moim pudle rezonansowym były wciąż świeże, choć nie doskwierały mi już tak bardzo. Żadna wiolonczelistka nie chce grać na takim instrumencie. Czas płynął powoli. W szopie było wiele innych rupieci oraz olbrzymich rozmiarów stóg siana. Wiosna panoszyła się wszędzie, woń kwiecia przeciskała się przez każdą możliwą dziurkę i niosła na swych skrzydłach zamglone wspomnienia sprzed lat. Senne myśli przerwało skrzypienie drzwi i ludzkie rozmowy zdenerwowanym szeptem pełnym napięcia i obaw. -Zostaw! -Szybko, chowaj się! Czułam wiatr niepewności od tych ludzi. Czar wiosny prysł zbyt szybko. Nieśli ze sobą atmosferę codziennego lęku. Jedyną rzecz, o której pragnęłam zapomnieć. Nerwowy strach otaczał młodą kobietę, która kurczowo przyciskała do piersi niemowlę. Trzasnęły za nią drzwi szopy, gdy rozglądała się zalęknionym wzrokiem. Podarta sukienka. Brudny płaszcz. Sześcioramienna gwiazda na ramieniu. Jej wzrok wyłowił mnie spośród sterty rupieci. Natychmiast w oczach pojawił się błysk zainteresowania. Ostrożnie odłożyła…