Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 16 min czytania

Omen

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Czasami zastanawiam się, czego ludzie oczekiwaliby, gdyby mieli pewność, że tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie, Szatan zstąpi na Ziemię? Co właściwie chcieliby zobaczyć? Jaką twarz ujrzeć? Czy naprawdę oczekiwaliby potoków krwi, płynących nieustannie, jak wezbrana rzeka? Śmierci od skinienia palcem, od jednego spojrzenia? Absolutne zło – oto on.

Jeśli tylko chciał, jeśli miał takie życzenie, kaprys, jednym skinieniem palca ożywiał zimą cały ogród i obserwował, przyglądał się z dziecięcą ciekawością, jak każda z kolei kolorowa roślinka budzi się do życia, pokonując centymetr po centymetrze śnieżną pustynię. Jednym zmrużeniem powiek odbierał życie pisklęciu kukułki, okrutnemu podrzutkowi rozpychającemu się wśród przybranych sióstr i braci w maleńkim dlań gnieździe. Obserwowaliśmy potem wszyscy – przyglądaliśmy się uważnie, jak martwe ciałko pikuje w dół, powalone śmiercią. Wstrzymywałam na chwilę oddech, gdy rozpryskiwało się o twarde podłoże.

Urodził się pewnej bezgwiezdnej nocy, kiedy powietrze było wilgotne i zimne. Jego skóra – niezwykle biała, zdawała się lśnić. Był jak duch, upiorna zjawa niemowlęcia, malująca się na tle bezkresnej czerni nocy. Mało brakowało, a ja sama wzięłabym go za coś nierzeczywistego, za przewidzenie, za sen. Stałoby się tak, gdyby nie te oczy – wielkie i czarne, zdawały się pulsować, szeptać, szeptać wprost do mojego ucha : „Jestem tu. Jestem”. Wtedy zdałam sobie sprawę, że wszystko co żywe zwrócone jest ku niemu – w osłupieniu, bezruchu, ale pewne jego obecności. Złapałam go wówczas za drobny nadgarstek i poczułam delikatne pulsowanie krwi w dziecięcym ciele, usłyszałam jego imię niesione przez wiatr. Chyba dopiero wtedy zrozumiałam, że jest tak samo rzeczywisty jak ja, albo nawet bardziej.

Syn Szatana, dziecko Zła, ale nadal tylko dziecko. Mały chłopiec o brązowo – rudych włosach, o gładkiej, jasnej skórze, która zdawała się promienieć, o oczach czarnych i lśniących. Te oczy...Oczy jak rzeka, która w upalne dni przynosi ukojenie, ale kiedy indziej zdolna jest porwać nieszczęśnika z prądem, pochłonąć na zawsze. Na małym niepozornym nosku miał trzy piegi, które zdawały się tańczyć za każdym razem gdy śmiał się, a śmiał się cudownie – niewinnie, perliście, jak każde beztroskie dziecko. Piegi miał też na lewej łopatce – było ich tam pięć – i dwa małe i blade na lewej kostce. Oprócz tego jednak skóra była jednolita, pozbawiona jakichkolwiek znamion – zawsze tak samo gładka i pachnąca – skóra dziecka, niezmieniona od pierwszego dnia.

Dom, w którym mieszkaliśmy był potężny i stary, jednak on znał każdy jego fragment na pamięć. Zdawał się niemal być z nim w porozumieniu, rozmawiać zeń, godzinami słuchać monologów przeplatanych skargami i pochwałami. Zawsze zastanawiałam się o czym właśnie się dowiaduje, gdy siedział w miękkim, czarnym fotelu przyciskając ucho do ściany, lub gdy leżał nieruchomo na podłodze i wpatrywał się jak urzeczony w sufit. Dom jednak zdawał się szeptać do niego w każdej chwili, w każdym wybranym przezeń momencie – on czasami w czasie posiłku zastygał na chwilę w bezruchu, by obwieścić zaraz, że w pokoju tym i tym jest przeciąg i że okno skrzypiąc stuka o framugę, albo że pchnięty wiatrem wazon z kwiatami przewrócił się, a jego kawałki brodzą teraz w kałuży wody. On był jedną wielką tajemnicą. Nie można było być pewnym z czego zdaje sobie sprawę, do jakich nadprzyrodzonych rzeczy, o jakich zwykli śmiertelni nie mają prawa wiedzieć, ma wgląd, a w jakich kwestiach pozostaje nadal dzieckiem. Był tajemnicą, roześmianą, ulotną tajemnicą, przemykającą jak cień pomiędzy ogromnymi drzewami otaczającymi Dom. Pojawiał się, obdarzając uśmiechem i w jednej chwili znikał, choć jego niewyraźny obraz zdawał dalej malować się przed oczyma.

Ona pojawiła się nagle - jak królik wyskoczyła z czarodziejskiego kapelusza. Zobaczyłam ją po raz pierwszy, gdy biegła tuż koło niego przez ogrody – pierwszy i ostatni raz pozwoliła mu prowadzić. Biegł więc na przedzie, śmiejąc się, tak jak to on tylko potrafił – wydawało się, iż ona śmieje się razem z nim, że są parą odwiecznych przyjaciół, których tak raduje jakaś wspólna, dziecięca tajemnica. Prawda była jednak taka, iż jej usta poruszały się z gracją w iluzji dziecięcego śmiechu – prawda była taka, iż ona śmiać się nie potrafiła. Wiedziałam to od samego początku, od momentu w którym po raz pierwszy jej obraz zawirował mi przed oczyma. Ona sama była doskonałą iluzją – delikatną i piękną. Z pozoru była dzieckiem – lalką, kruchym i niewinnym. Mnie jednak nie zwiodły jej długie, złote pukle, ani rumiana skóra, słodki zapach dziecka. Zdradzały ją oczy – intensywnie niebieskie i ogromne. Oczy, których nie posiada żadne dziecko. One mówiły za nią. Za każdym razem, gdy była przy nim – a praktycznie nie odstępowała go na krok – one zdradzały jej prawdziwą intencję. Nie miało znaczenia, czy grali razem w klasy, wspinali się na drzewa, karmili kaczki pływające po jeziorze, czy tak jak wtedy, gdy ujrzałam ją po raz pierwszy – biegali w dziecięcej euforii po ogrodzie, ona ani na chwilę nie stawała się dzieckiem. Była jedynie jego towarzyszką – odwiecznym, nadprzyrodzonym stróżem. Jej obraz wyrył mi się w pamięci dokładnie – bo z nią tak właśnie było – albo tkwiła w pamięci niczym żywa, stale stojąca przed oczyma, albo była niewyraźną, bladą figurą, której istnienia nie można było być pewnym. Ja jednak zapamiętałam ją wyraźnie i każdy szczegół jej ciała, każdy gest odtworzyć mogę w pamięci w wybranej chwili. Jej drobne palce, których smukłość, tak nienaturalną u dzieci podkreślały jeszcze czarne rękawiczki, jej płaszcz i kozaki o nijakich, brązowawych barwach, delikatna twarz, u której dziecięca pulchność też gdzieś zanikła, i te oczy... Para zdrajców, w których można było czytać, jak w otwartej księdze, jeśli tylko miało się takie życzenie. Kim więc zdawała się być dla zwykłego śmiertelnika, jeśli nie dzieckiem? Kobietą, której nie pozwolono się wyrwać ze skorupy dzieciństwa? Cudownie ożywioną, staromodną, porcelanową lalką, ulubienicą małych dziewczynek, które zdążyły się już rozpłynąć w ziemi, po której stąpaliśmy? Ona również była tajemnicą, jednak tę tajemnicę w dużej mierze udało mi się zgłębić. Stało się to pewnego pochmurnego, jesiennego popołudnia. On zasnął na sofie w salonie, zmęczony porannymi harcami. Ona jednak, której żadne fizyczne zmęczenie się nie imało, siedziała na krawędzi sofy i wpatrując się w niego, gładziła lekko smukłymi palcami jego włosy. W każdym jej ruchu, choćby najmniejszym, czułam jej osobistą troskę, a jednocześnie obowiązek, którego nie mogła się wyrzec. Czułam, że na swój własny sposób upaja się tą chwilą spokoju, kojącą ciszą. I wtedy ujrzałam jej odbicie w lustrze – fizycznie kompletne przeciwieństwo dziewczynki siedzącej na sofie. Ujrzałam istotę bezkształtną, istotę o konturach rozpływających się, jakby tańczących jakiś smętny taniec. Cała jej pozorna niewinność i dziecięcość, całe to pozorne piękno zwiędło, odsłaniając jej prawdziwe oblicze – oblicze bestii. Jedynie oczy pozostały niezmienione. Nim się jednak zorientowałam, stała już na środku salonu, wpatrując się we mnie i uśmiechając lekko. Odbicie w lustrze znikło nagle i teraz zdawało się być czymś ulotnym, jak sen, choć jeszcze przed chwilą jego prawdziwość zapierała dech w piersiach. Teraz jednak była już tylko ona, taka, jaką widziałam ją na co dzień – urocza bestyjka, dla której liczył się on, tylko on.

Obserwowałam ich później, kiedy wieczorem wyszli na dwór. Obserwowałam ich, bawiących się przed Domem. Obserwowałam ją, stojącą na środku placu i słuchającą go uważnie. Obserwowałam ich, gdy zaczęli biegać – pomiędzy fontannami, pomnikami i wśród drzew. Dokładnie śledziłam jej każdych ruch, przyglądałam się jak wysuwa się przed niego w czasie biegu, zdecydowanie i lekko zarazem. Wiedziałam jednocześnie, że choć zdaje się traktować

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Omen — czytnik · opowiadania