Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 25 min czytania

On Był Dobrym Stalkerem

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Szedł przez las, ciemny i pusty. Pozbawiony życia, dlatego nazwany przez ludzi z Neptuna Pustym Lasem. Proste nazewnictwo pomagające uporządkować sobie w głowie wszystkie dziwy jakie można spotkać poza Neptunem.

A czy w Pustym Lesie mógł spotkać jakieś?

Nie, dlatego wybrał drogę przez niego. Wolał nie ryzykować spotkaniem z szeroko rozumianymi dziwami świata spoza Neptuna. Nie znaczyło to jednak, że szedł przez las spokojnie. Nie, żaden stalker nie miał prawa być spokojnym o swe bezpieczeństwo poza Neptunem. Nawet w takich miejscach jak Pusty Las.

Licznik co chwila świrował zanosząc się symfonią cykania. Znak, że musiał schodzić z resztek asfaltowej drogi między drzewa. Owe "drzewa" też były ciekawe, wyglądały jak nadtopione kłębowiska prętów zbrojeniowych. Wybijały się wysoko w górę, jak parasole zagarniając szczątkowe światło bladego Nowego Słońca dla siebie.

Na szczęście miał latarkę, porządną i ponoć wojskową, przymocowaną do przedniej pokrywy jego hełmu. Żarówa LED rozganiała mrok Pustego Lasu na tyle, by nie wpadł w żadną paść ani nie przewrócił się o kanciaste korzenie drzew.

Prócz latarki, licznika i hełmu motocyklowego spojonego z maską przeciwgazową, miał też inne zabawki. Jak to stalker.

Z lewej strony prostokątnego plecaka zwisała mu saperka denerwująco obijająca się o ostrze maczety również tam wiszącej. Z prawej zaś, miał karabin.

Antyczny M16A4 z doczepionym nożem kuchennym w roli bagnetu i magazynkiem domowej roboty na trzydzieści naboi. Chociaż dbał o swoją Szesnastkę jak mógł, piętno czasu odcisnęło się na niej w postaci paskudnych odprysków i przypominających plamy zgnilizny wykwitów rdzy nad uchwytem i na lufie.

Celownika Szesnastka nie posiadała, było to przypomnienie, że z niektórymi dziwami nie warto walczyć. Tym bardziej bronią palną.

Przystanął na chwilę zaintrygowany jednym z drzew. Skrzyżował ręce na piersi i bujając się na nogach obserwował, jak podejrzewał, cud życia. Pierwszy taki w Pustym Lesie.

Przedmiotem tej obserwacji było popękane wybrzuszenie u dołu jednego z drzew. Krągłe, kształtne, w pełni symetryczne gdyby nie te pęknięcia z których toczyła się smoła.

A przynajmniej jemu wydawało się, iż to wyglądało jak smoła. Połyskliwa, bezgłośnie bulgocząca i drżąca smoła rozlewająca się ośmioramienną kałużą pod drzewem. Jak nowoodkryte złoże ropy, obsydianowo czarna substancja wyślizgiwała się z drzewa bez ustanku, z zapałem można by rzec.

Kiedy już się napatrzał i zanotował swoje spostrzeżenia w umyśle, ruszył dalej. Na odchodne pomachał dłonią przed wlotami filtrów w swym hełmie, taki zabobonny gest. Wszak nie wiadomo czy coś co wysączało się z drzewa nie może przesączyć się i przez filtr.

Wrócił na asfalt, powitał go zeżarty przez kwaśnie deszcze znak. Czyli zmasakrowane resztki metalowego słupa na poboczu. Nie nacieszył się jednak w miarę równym podłożem długo. Licznik praktycznie od razu zawył ostrzegając o niewidzialnym niebezpieczeństwie.

Święty Hans Geiger nie był mu przychylny tego dnia, znów musiał dać nura między czarne jak noc drzewa.

Kiedy znów wyszedł na drogę nastąpił przełom. Na lewym poboczu, jakby nigdy nic leżała pusta strzykawka i poszarpany bandaż. Przesiąknięty krwią i osoczem.

Podszedł do znaleziska i przyklęknął. Saperka zagrzechotała o maczetę. Ostrożnym ruchem podniósł strzykawkę z wypisanym markerem słowem: med-a3. Wyrób własny szpitala w Neptunie mający uśmierzać ból, działał różnie ale był relatywnie tani. Szczególnie jeśli porównać go z prochami produkowanymi w Zoo. Tamte to dopiero uśmierzały, nawet ból istnienia.

Przetarł szybę hełmu by lepiej wejrzeć w środek strzykawki. Mimo zaburzonej z winy osłony wizji, z łatwością dostrzegł resztki meda 3, żółciutkie kropelki osadzone na dnie szpitalnego dozownika.

Nie wbił sobie wszystkiego przy zmianie opatrunku. Zmarnotrawił kilka kropelek, które jeszcze nie zdążyły wyparować z nieszczelnej strzykawy. Dowód, że był tu niedawno. Ten, którego szukał w Pustym Lesie.

Wstając schował szpitalny dozownik pod wierzchni płaszcz. Doktorzy z Neptuna zwracali kaucję za igły, plastiki i inne wielorazowe części swoich wyrobów. Bandaż zostawił, pomyślał bowiem, że może na tej zasychającej porcji krwi wyrośnie jakaś pleśń. A za trzydzieści lat Pusty Las będzie Lasem Pleśni.

Ruszył dalej, wypatrując kolejnych śladów.

Sądził, iż jednak się nie mylił. Cyklista zaiste musiał mieć nie po kolei w głowie by zmieniać opatrunek na ranie postrzałowej w środku Pustego Lasu, gdzie powietrze było, krótko mówiąc, złe jak diabli. I jeszcze nie strzelił sobie całej dawki trzeciego meda. A zawsze był oszczędny.

A może chciał myśleć, że Cyklista oszalał? Że poszedł gdzieś gdzie promieniowanie UV wysmażyło mu raka mózgu? Że nawdychał się radiowego gazu nad Strumyczkiem? A może jednak coś w nim pękło po tylu latach wychodzenia z Neptuna?

Ale w takim razie czemu zareagował akurat tak? Czemu? Tego nie wiedział, brzydził się niejako dłużej o tym rozmyślać... Na razie wolał zostać przy hipotezie, że Cyklista zwyczajnie oszalał. Ot, podobnie jak Adam trzy miesiące temu, albo jak Herbatnik z rok temu.

Stalkerom się szaleństwo czasami zdarzało.

Adama i Herbatnika trzeba było odstrzelić. Paskudne sprawy, jedne z brudniejszych kart w historii Neptuna. Ale oni nikogo nie zamordowali. Nawet jeśli, to nie byłoby to tak nieludzkie.

Potrząsnął głową. Klamry hełmu cichutko postukały. Ruszył dalej, w głąb lasu. Coraz to bardziej mroczny i niezbadany. Wiedział, że gdzieś tam zbiegł Cyklista. Musiał go odnaleźć za wszelką cenę.

Rumaka zauważył już z daleka, jego szlachetny profil odcinał się jaskrawo na czarnym tle lasu. Wierzchowiec leżał na środku potrzaskanej, asfaltowej drogi. Był dumą i skarbem Cyklisty. Był jego rowerem.

Pociągnięty czerwonym sprejem składak z kilku sportowych modeli wyposażony w elektryczny silnik. Mimo żywego koloru, prezentował się on ponuro. Koła miał sflaczałe, pełne ostrych fragmentów asfaltu. Kilka szprych na przedzie było wygiętych. Przedni błotnik urwany leżał nieopodal. Z bagażnika wysypały się wszelkie drobiazgi, nakrętki, śrubokręty, druty i sznurówki.

Lampa zamontowana pod koszem wciąż świeciła naładowana dynamem. Do wypadku doszło niedawno...

Podszedł i stanął nad koszykiem. Kratowany pojemnik był wyściełany stronami z książek i szmatkami. Jakby przewoził w nim coś delikatnego. Zauważył stronę tytułową jakiejś biografii i wiersz.

Nigdzie jednak nie leżała owa tajemnicza zawartość.

Znalazł za to krwawą smugę w miejscu, w którym Cyklista powinien upaść kiedy rower poleciał na glebę. Krew kończyła zasychać. Było też zdjęcie.

Pochodzące sprzed apokalipsy zdjęcie na sztywnym kartoniku, obecnie zżółkniętym, poszarpanym, wymiętym okropnie. Przedstawiało jakąś wielką strukturę geometryczną, przypuszczalnie budynek jakiego dzisiejsi ludzie nigdy już nie stworzą, i rząd flag przed nim. Flag państw, które zostały zapomniane i starte z powierzchni istnienia.

Przez samych siebie.

Był też tłusty ślad po świecowej kredce. Brudno różowy bazgroł dziecka wyobrażający najwyraźniej dziewczynkę-patyczaka. Córka Cyklisty, Basia.

Chowa zdjęcie pod płaszcz zupełnie już przekonany, że Cyklista zwariował i nie jest świadom tego co się dzieje. Inaczej nie zostawiłby amuletu jaki podarowała mu córeczka na jedną z jego wypraw poza Neptuna. Nigdy się z nim nie rozstawał. Nigdy.

Sprzątnął zawartość bagażnika i przymknął jego klapę z trzaskiem. Postawił rumaka do pionu i odprowadził go na pobocze, w żylaste, zasuszone niczym mumia krzaki. Nie ważne co, nie wolno zostawiać złomu czy łupów na otwartej przestrzeni. Jedna ze złotych stalkerskich zasad.

Ciężkim krokiem ruszył dalej. A za żołądek ściskało go okropne uczucie jakiego nienawidził z całego serca. Strach.

Następnymi rzeczami jakie znalazł były maska i rękawice Cyklisty. Przedmioty te utwierdziły go w przekonaniu, że Cyklista zwariował.

Maska była typu buldog z jednym wielkim filtrem na lewo. Szkło miała przeszczepione z jakichś okularów narciarskich a zapięcia trzymane razem za pomocą trytytek.

Pamiętał dokładnie jak samemu je zaciskał kiedy to Cyklista nawalał z wysłużonego AK ostatkiem sił. Byli wtedy na wyprawie do Dołów, miejsca tyle bogatego we wszelki złom, co niebezpiecznego. Uśmiechnął się bezwiednie na wspomnienie o ich reducie z wraku autobusowego i wrogich siłach kilkudziesięciu poczwar, które być może starożytni nazwaliby kotami.

Nie chciał sprawdzać, ale podejrzewał, że filtr w masce był dobry. Na wizjerach dostrzegł plamki skroplonego oddechu.

Rękawice natomiast były doszczętnie zniszczone, co zaniepokoiło go najbardziej. Potężne, grube graby ze sprasowywanych ze sobą na przemian gum i polimerów były wzmocnione dodatkowo płytkami stali i drucianym szkieletem.

Cyklista często się skarżył, że rękawice utrudniają mu jazdę rumakiem, ale dzięki nim minimalizował ryzyko, że coś mu odgryzie palce podczas szperania w ruinach oraz wrakach.

Teraz te solidne ochraniacze leżały jeden na drugim przypominając wypatroszone i spalone nad ogniskiem króliki.

Nie umiał sobie wyobrazić co mogło spowodować takie zniszczenia rękawic. Czego Cyklista mógł dotknąć, że efektem było ich zwęglenie?

Dreszcz przebiegł mu z góry w dół pleców. Przypomniał sobie smród palonej keratyny i ludzkiego tłuszczu jaki panował w mieszkaniu Cyklisty...

A pośrodku lokum, owinięte tym smrodem leżały jego żona i córka. Niczym na wpół obrane z kory, nadpalone szczapy wyjęte z pieca.

Powstrzymał odruch wymiotny zginając się do przysiadu i głęboko oddychając. Kiedy już się uspokoił westchnął cierpiętniczo i wstając zgarnął maskę. Zaczepił ją o jeden z karabińczyków na tyle plecaka. Stopione ze sobą rękawice odkopnął między drzewa. Ruch ten zdradzał gniew, co do którego on sam nie był pewien.

Wtem, coś chlasnęło o powierzchnię drogi. Miękko i wilgotnie. Wystraszył się nie na żarty. Porwał za karabin i w ułamku sekundy szczęknął bezpiecznikiem, ustawił ogień pojedynczy li wycelował w źródło dźwięku.

Rozbryzgana w ośmioramienną kałużę porcja smoły, dokładnie takiej jaką już widział...

Zadarł głowę do góry a za głową poszła lufa karabinu. Snop światła ukazał mu gęstą plątaninę konarów złączonych nabrzmiałą bulwą. Sącząca czarny płyn obwisła, drewniana gula była cała naznaczona równymi pęknięciami. Przypominała mu jakąś koszmarną wersję pszczelego ulu jaki widział ostatnio w encyklopedii jaką wygrzebał z ruin.

Mózg podsunął mu absurdalny pomysł, iż ten oto drzewny ropień, roślinny nowotwór próbował go zaatakować. Skurcz zmusił jego prawicę do złożenia palca wskazującego na spuście. Kolejny, do zmrużenia oczu. Trzeci impuls zdołał przezwyciężyć choć i tak nie opuścił lufy. Obserwował w napięciu jak kolejne tłuste grudy wydostają się z "ulu".

Zagryzł wargę i odpuścił zanim przyśpieszonym oddechem zaparuje sobie całą szybę. Z resztą, naboi w Neptunie produkuje się tragicznie mało. Trzeba oszczędzać.

Z resztą... W magazynku miał przecież tylko cztery kule...

Doszedł do końca drogi. Miejsca gdzie być może żaden odwiedzający Pusty Las stalker nie był przed nim. Za wyjątkiem Cyklisty rzecz jasna.

Rozkruszone w miazgę ścierwo asfaltu opadało w niemożliwie wielką przepaść. Otchłań ziejącą czystym i niewzruszonym mrokiem, która ciągnęła się daleko w mrok nocy jaka właśnie zapanowała. Nawet jego porządna latarka nie była w stanie wypalić wystarczających ilości ciemności, by mógł przyjrzeć się okolicy.

Kilka kroków w prawo, kilka w lewo. Zrzucił parę asfaltowych kamyków w otchłań. Westchnął. Pomyślał, że może Cyklista nie zauważył w mroku czeluści i po prostu umarł. Albo zauważył i specjalnie tam skoczył. Miał przecież oszaleć ze szczętem...

Skrzyp skrzyp jęczą wyrastające krzywo drzewa-parasole. Syp syp robi ziemia osuwająca się w dół.

Szura światłem LED po glebie niczym dzik szukający trufli. Albo ludzkich zwłok w płytkim grobie. Coś nagle odbija jasny promień z powrotem. Stalker aż podskakuje z zaskoczenia a saperka stuka się z maczetą.

W uschniętych chaszczach na poboczu leżą spodnie, ich wielka klamra z przyczepionym na magnes nożem myśliwskim błyska jadowicie. Serce mu rusza z kopyta, idzie krawędzią dobywając maczetę.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
On Był Dobrym Stalkerem — czytnik · opowiadania