Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Biografia · 37 min czytania

On i jego demon

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}On i jego Demon{/b}

{i}"Siedzieli na przeciwko siebie. On i jego demon. A z góry lał się żar, zupełnie jakby słońce znudziło się wygrzewaniem błękitnej tafli wody i skupiło całe swoje wysiłki na milczącej dwójce. Demon wydawał się szczęśliwy."{/i}

Biegł wąskimi ulicami śpiącego Londynu. Oczy przysłaniała czerwona tafla, która rozmazała mijany świat. Potężne dawki adrenaliny, pomieszane z uczuciem strachu i ekscytacji kotłowały się jego ciele. Znowu wróciło to cudowne, niemalże euforyczne uczucie, dokładnie takie samo jak za pierwszym razem. W ustach czuł resztki krwi, której słodkawy smak jeszcze bardziej potęgował błogość rozlewającą się po opuszki palców. Stukot ciężki butów, zmienił się w chrobot, gdy skręcił z Wensminseter w boczną, niewybrukowaną uliczkę. Przebiegł jeszcze paręnaście metrów i głośno dysząc zatrzymał się w jednej z licznych bram. Pulsujące serce dudniło niczym wielki bęben, oddech wyrywał się ze zmęczonych płuc. Podniósł dłonie bliżej oczu, do tej pory mrok ukrywał szkarłatne plamy zahaczające o brzegi koszuli. Krew nie zastygła jeszcze w całości, dalej można było poczuć jej lepkość i zapach. Zamykając oczy, zaciągnął nocne powietrze. Drobinki zapachów łączyły się w symfonię doznań, przywoływały zdarzenia z przed paru minut. Jej oczy, jej włosy, jej strach. Obracał dłonie w świetle dogorywającego księżyca, oglądał resztki spotkania ze swoim nikczemnym ja. Znowu uległ. Stał tak jeszcze chwilę, zanim para rozgniewanych kotów nie przetoczyła się po pobliskich balkonach. Ich waleczne miauknięcia, obudziły instynkt przetrwania. Szybkie spojrzenie przez ramię upewniło go, iż jest tutaj sam. Nikt nie biegł za nim, nikt go nie widział. Schował ręce w przepastne kieszenie płaszcza i spokojnym krokiem ruszył ku wąskiemu ujściu uliczki. Parę minut później wspinał się już wąską klatką schodową prowadzącą na ostatnie piętro zaniedbanej kamienicy. Uchyliwszy drzwi mieszkania wkroczył w ciemność. Czerwone oczy zapaliły się w jednym z rogów pokoju, a niewidoczny, milczący uśmiech odsłonił rzędy kłów. Demon cicho posykiwał z rozkoszy. I na swój sposób, był szczęśliwy, chłonąc emocje które wkroczyły w próg mieszkania.

Obudził go stukot kół drewnianych wozów przemierzających wybrukowaną ulice w drodze na targ. Zapach nieomylnie informował, iż dzisiaj jest sobota, dzień targu rybnego na, który przyjeżdżali wszyscy sprzedawcy z okolicznych wsi. Krzycząca procesja, zdobywała mozolnie centymetry wąskich uliczek, wioząc owoce wielu godzin pracy. Szare twarze, naznaczone morskim wiatrem, błyszczące oczy i poszarpane ubrania. Wraz z nimi podróżowała drużyna okolicznych kotów, czekających na moment nieuwagi powożącego. W miedzy czasie zaznaczała swoją obecność głośnym pomiaukiwaniem, którego nikt właściwie nie zauważał. Wpisało się ono w tło tej karawany. Wyjrzał przez szarą od brudu szybę, aby spojrzeć na niebo. Idealny lazur wymalował się tuż nad linią horyzontu, nawet jedna chmura nie zamierzała zakłócać tego widoku. Patrzył przez chwile, gdy sny jeden po drugim opuszczały umysł. Wstał. Nawet nie spojrzał w kierunku starego, kraciastego fotela, w którym siedział on. Zawsze tam był, a taka drobna potwarz, jak ignorowanie jego obecności przynosiła mu odrobinę satysfakcji. Nikłe zwycięstwo w pełnej porażek bitwie. On to też widział i nie zamierzał oddawać nawet odrobiny swojej władzy. - Pięknie - wysyczał demon. Mimo iż słowo to mogło określać praktycznie dowolną czynność lub przedmiot, który znajdował się w zasięgu wzroku, oznaczało tylko jedno. Właśnie otrzymał pochwałę za wczorajsze "zadanie". On mówił tylko o jednym, całą swoją uwagę poświęcał na myślenie, intrygowanie i motywowanie do kolejnego makabrycznego uczynku. Tym razem nie było wyjątku. - Niechlujnie i stanowczo za chaotycznie, no ale jak na ciebie to pięknie. - Chaotycznie? - zdziwił się Jack. - Moim skromnym zdaniem, wszystko było przeprowadzone idealnie. Poruszałem się jak cień. Byłem o krok od niej i do póki nie zechciałem tego, nie miała pojęcia że tam stoję. No i musisz przyznać, że cięcie też było perfekcyjne. - Za szybko, zaborczo. Ale fakt, wyszło nieźle, wprawdzie wiem, że to moja zasługa. No ale ... - Daj mi spokój. Byłem tam, zrobiłem to. Czego jeszcze chcesz? - wraz ze słowami, wróciły obrazy wczorajszego wieczoru. Bez litrów adrenaliny, nie ogłuszony emocjami, widział dokładnie co zrobił. Po raz kolejny miał ochotę wyskoczyć przez okno, pięć pięter załatwiło by sprawę raz na zawsze. Kamieniste ulice nie zastanawiają się nad lecącym ku niej ciałom. Tu nie ma miejsca na dyskusje, jest tylko plaśnięcie i poskręcane ciało do uprzątnięcia. Wystarczyło by tylko zrobić krok. - Nie zrobisz tego. - Czego? - Znam to spojrzenie. Niemalże widzę jak twoje myśli wkraczają na wąski parapet okna. Nigdzie jednak nie pójdziesz, a już na pewno nie skoczysz. - Wiem ... Pusty wzrok znowu powędrował ku idealnie niebieskiemu niebu. Pamiętał jak pierwszy raz przekroczył próg tego mieszkania i spojrzał przez to okno. Na pewno było czystsze niż w chwili obecnej, ale tak samo cudownie prezentowało widok na rozstawione kamienice, ukazywało wąskie uliczki, a w oddali widać było bujające się czubki masztów wielkich żaglowców. Wtedy też poczuł pierwszy raz to dziwne, kłujące uczucie. Coś w tym pokoju pożądało jego uwagi bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Łechtało jego myśli, budowało ciepłą kołyskę z marzeń. Wskazywało drogę do ich osiągnięcia i trzeba przyznać, iż przynajmniej w części spełniło te obietnice. Dziwna istota siedząca w kraciastym fotelu. Szaro-zielona skóra połyskiwała w świetle, ale nie była oślizła czy też tłusta. Po prostu błyszczała, a wtórowały jej rzędy zębów ukrytych za pomarszczonymi ustami. A oczy delikatnie żarzyły się w głębokich oczodołach, ich światło było praktycznie nie zauważalne w ciągu dnia. W nocy zaś płonęło, szczególnie gdy wracał z jednej ze swoich wypraw. Czy też tak jak to nazywał demon, zadań. Mógł, wtedy odwrócić się na pięcie i wymaszerować w zimną klatkę schodową, mógł ruszyć przed siebie i na zawsze go zostawić. Ale zarówno teraz, jak i wtedy nie był do tego zdolny. Nie można opuścić swojego demona, po prostu odchodząc od niego. On na to nie pozwoli, trzyma umysł w żelaznym uścisku, nie pozwalając mu nawet na chwilę wymknąć się ze swoich szponów. Sortuje myśli, które przepływają, wyznaczając, które mogą, a które nie, zagnieździć się na stałe. Oderwał się od widoków za oknem, schował twarz w dłoniach i wydał z siebie cichy jęk. Coraz trudniej mu było, oddzielić tego czym zarządzał on, a co zostało jeszcze w jego własnym posiadaniu. A zostawił sobie tak niewiele, raptem garstkę nie zatrutych myśli, parę uśmiechów, drobina nadziei. Wziął głęboki oddech i ruszył w kierunku drzwi. W momencie gdy stał już w progu, usłyszał skrzekliwy głos. - Pozdrów je ode mnie. Echo zamykanych z impetem drzwi rozbiło się o ceglane ściany korytarza. Zbiegło po wąskich stopniach i wraz z Jackiem wyszło na zalaną słońcem ulice. Tutaj był inny świat, pomimo krzyków narożnych sprzedawców, bujności codziennego życia, zdawało się, iż panuje tutaj absolutny spokój. Uwielbiał iść ulicami, widząc zajętych swoimi sprawami ludzi. Był wtedy zupełnie niewidoczny, mimo iż ocierał się o tłum podążający we wszystkich kierunkach. Teraz płyną wraz z nim w dół drużki prowadzącej do portu. Nad jego głową rozgrywała się symfonia krzyków białych mew, usilnie dających do zrozumienia, iż one też zasługują na tłuściutkie ryby. No może nie zasługują, ale miło by było aby któraś znalazła się w okolicy ich dzioba. Na pewno nie zostałaby zmarnowana. Ulica wypuściła przechodniów na nadbrzeżne, pojawił się nowy głos. Tym razem to morze, za pośrednictwem burt wielkich żaglowców, opowiadało swoje przygody. Jednostajny szum wody walczącej z umocnionym brzegiem, podawał kolejne rozdziały. I tak go nikt nie słuchał. Ludzie głownie słuchają innych ludzi, nawet kiedy tamten jedyne co ma do powiedzenia, to oznajmienie, że jego ryby są najświeższe. Nawet tak banalne zdanie wygrywało z historiami sączącymi się z fal. Jack uważnie oglądał każdy statek, który wpływał do portu. Znał je wszystkie na pamięć, wiedział czy powracający żaglowiec, miał spokojną podróż. Każda wyprawa odznaczała się na burtach, żaglach i w twarzach marynarzy, wystarczyło tylko chcieć to zobaczyć. Ruszył ku jednemu z nich, który musiał przypłynąć ostatniej nocy. W tej chwili pełen był jeszcze ludzi, którzy pchali wielkie kufry, skrzętnie oplecione lnianymi sznurami. Okrętowy dźwig, powoli opuszczał wielką paletę pełną drewnianych skrzynek. Przy każdym naprężeniu liny, podskakiwały one odrobinę, wydając z siebie brzdęknięcia, które doprowadzały do nerwowych ruchów brzuchatego jegomościa stojącego na brzegu. - POWOLI! OSTROŻNIE! Jack przyglądał się całej tej operacji z nieukrywanym rozbawieniem. Poczekał, aż ładunek wyląduje na zniszczonej kostce portowej i podszedł do ocierającego pot z czoła krzykacza. - Witaj Henry! Spocony jegomość odwrócił się w stronę Jack-a, przez chwile było widać jak oczy przeszukują odmęty pamięci i próbują przypasować postać, która stała przed nim z imieniem, które gdzieś tam się skrywało. - O! Jack. Widziałeś ? Widziałeś, jak ta miernota obsługuje dźwig, całą drogę na dół, no calutką drogę, starał się doprowadzić mnie do nerwowego załamania. - Widzę, że dalej troszczysz się o swoje trunki jak o swoje dzieci. - Trunki? Czy ty je kiedykolwiek spróbowałeś?! – z wyraźnym oburzeniem wykrzyczał Henry – to jest balsam, to jest nektar bogów ! A tak przy okazji, może reflektowałbyś na skrzyneczkę? Jack roześmiał się. Przed chwilą obawiał się o swoje życie, widząc oburzenie jakie pojawiło się na brodatej twarzy. Teraz oczy spod krzaczastych brwi ewidentnie starały się upchnąć odrobinę nektaru u nowego klienta. Krótka jest złość sprzedawcy. - Nie, dzięki Henry. U mnie by się zmarnowały, nie znam się na winach, mógłbym nie docenić ich walorów – uśmiechnął się zawadiacko i widząc jak chmurne myśli wracają dodał szybko – Oczywistym jest, iż momentalnie znajdziesz bardziej godnych swoich towarów. Podejrzewam, że połowa Londynu czeka z utęsknieniem na świeżą dostawę. - Ech. Tak było, tak było … Zanim ludzie zaczęli obawiać się wyściubić nos po zmroku … - A właśnie, ja mam do ciebie pewien interes – wtrącił się Jack, widząc jak temat zaczyna odpływać ku trudnym dylematom handlarza win – Wspominałeś kiedyś , że mógłbyś wynająć jedną z kabin na swojej Hortensji. Czy dalej twoja oferta jest aktualna? - Oooo, domownik Jack chciałby zasmakować nowego świata. Czyżby portowe dziewki zbrzydły ci już doszczętnie? - Mam wrażenie, że opłata za podróż nie wymaga ode mnie opisywania moich przeżyć – trochę za surowo uciął żart, nie chciał jednak pozostawiać zbyt wiele miejsca na rozmowę o swoich motywach – Więc jak będzie? - Sto funtów, w jedną stronę. Kabina i miejsce w ładowni na jedną skrzynię. I nie spodziewaj się żadnych luksusów. Prycza i dwie miski żarcia. Pasuje ? - Sto funtów? Toż to majątek. Myślałem bardziej o sześćdziesięciu? - No to myśl dalej, a ja tymczasem sprawdzę co dzieje się pod pokładem. Jakoś mam wrażenie, że jest tam za cicho. Cisza przy dużej ilości wina, nie wróży nic dobrego. - Dobra, dobra, niech będzie dziewięćdziesiąt, zgoda? Kiedy wypływasz? - Wypływamy w przyszłą środę. Lepiej abyś miał te pieniądze. - Będą. Do zobaczenia za tydzień. Starym zwyczajem splunął na otwartą dłoń i wyciągnął ją w kierunku Henrego, on zrobił to samo i mokre plaśnięcie podpisało umowę. Jack ruszył w głąb poru, zastanawiając się skąd u licha zdobędzie sześćdziesiąt funtów w tydzień. Przez ostatnie trzy lata pobytu tutaj udało mu się oszczędzić niewiele ponad dwadzieścia. Zostało, bagatela, prawie cztery razy tyle do zdobycia. Oddalając się od trój-masztowego łabędzia, nazwanego z nieznanych powodów Hortensja słyszał pokrzykiwania Henrego. Wyglądało na to, że cisza pod pokładem to faktycznie nic dobrego, a przynajmniej nic dobrego dla dzielnych marynarzy, którym najwidoczniej jedna lub dwie butelki wymknęły się ze skrzyni. Dziwnym trafem musiały trafić prosto w otwarte gardła, bo podejrzewał, iż to nie choroba morska spowodowała niezrozumiały bełkot w odpowiedzi na krzyki handlarza. Henry mógł być jednak dumny ze swojej załogi, nie można im było odmówić odwagi. Raczyć się trunkiem, ba, nektarem bogów, w ładowni sprzedawcy wina, który w swoich spokojnych chwilach wyglądał jak niedźwiedź gryzli na diecie złożonej z leśnych jagód, to nie lada wyczyn. W tej chwili miś tłumaczył im jak bardzo nieroztropnie zrobili. Portowy operator dźwigu, obserwując całą sytuację z góry, niezwykle delikatnymi ruchami opuszczał kolejną skrzynię, w duchu modląc się o najbardziej bezwietrzną pogodę jaką w życiu widział. Tłum w porcie przybrał swoją codzienną formę. Ludzka masa przelewała się pomiędzy falami wody niezmordowanie próbującymi ukraść kawałek wybrukowanego nadbrzeża a ciasno ułożonymi kolorowymi kamienicami. Wszędzie gdzieś ktoś szedł, targał paczki, lub popychał przepełniony wózek. Jack stał się fragmentem tej ludzkiej rzeki, kluczył wraz z nią, płynął ku ujściu jakim było wejście do portu. Tutaj cały ten raban cichł. Nie dało się otworzyć straganu na wąskim fragmencie nadbrzeża, a i drobni kupcy, nie widząc szansy na klienta nie stawiali tutaj skrzynek z rybami. W prażącym słońcu wylegiwała się gromada kotów, która dziwnie pachniała rybą, a ich zmrużone oczy zdradzały ich poranne wybryki. Gdzieniegdzie rozrzucone resztki, też nie świadczyły o ich niewinności. Na końcu drogi stała biała latarnia. Właściwie kolor jej pozostawał umowny. Bo o ile każdy zagubiony podróżny oczekiwał spotkania właśnie z taką latanią, to piekące słońce, morska bryza i liczne grono miejscowych pijaczków miała w tym temacie odmienne zdanie. Ustalili więc wspólnie, iż latarnia jest szara i zaprzestano ciągłej renowacji. A ona przyzwyczaiła się do tego określenia, mimo, iż pragnęła być biała, pragnęła lśnić w blasku poranka. Całe noce spędzała obserwując żółtym światłem skraj ziemi. Patrzyła na czarne wody, które w delikatnych objęciach transportowały niezliczone ilości stateczków, sunących nieprzerwanie ku niej. Ku jej żółtemu oku. Jakież musiało być ich rozczarowanie, gdy w końcu przybijali do brzegu szarej latarni. Ostatni dom po lewej wyglądał nawet bardziej żałośnie niż latarnia. Przekrzywiony szyld informował, iż właśnie zbliżasz się do „Raju Przemytników”. Na wpół zatrzaśnięte okiennice i dość oszczędnie podreperowane drzwi nie zostawiały jednak złudzeń. Kolor szary byłby dla tego budynku wielkim wyróżnieniem, podobnie jak para desek, która zasłoniłaby chociaż kilka dziur. U wejścia zebrała się codzienna klientela tego przybytku, jak i również „puls miasta”, jak nazywał Jack grupkę panien obdarzających swoimi wdziękami każdego, któremu ciążyła w kieszeni moneta. Podchodząc usłyszał przytłumione szepty, jak rozemocjonowane, o czymś zaciekle dyskutowały. - Witam miłości nocy – z uśmiechem rzekł idąc w ich kierunku. Szepty natychmiast ustąpiły, gdy cztery bujne fryzury jednocześnie odwróciły się w kierunku słów. - Jack! – krzyknęła panna w kiedyś-za-dużo-lepszych-czasów-to-była-różowa-suknia. – Chodź, chodź. Słyszałeś ?! - Nie … - z udawanym brakiem zainteresowania odparł. - Znowu. Znowu się stało. Wczoraj w nocy. – słowa padały jedno za drugim. Włosy aż bulgotały z emocji, a dłonie kreśliły swój własny język w powietrzu. - Ale co się stało? – dopytywał się Jack. - Mary, ona … zginęła. To był on, to na pewno znowu był on. Przeklęty bękart. Czarny szatan. Tfu … - teatralnym gestem wydęła usta i z nieukrywanym obrzydzeniem splunęła prosto na buty jednej z koleżanek. Oczy obu w jednej chwili zrobiły się ogromne, jeden z oburzenia, drugiej z zaskoczenia własną niezdarnością. - No naprawdę Sussan, musisz nauczyć się pluć jak dama a nie jak byle wywłoka. Inaczej tylko obleśne świnie będą biły się o twoje wdzięki. No chyba, że właśnie oni są w twoim typie – uśmiechnęła się złośliwie, prezentując jedną albo dwie luki w zestawie zębów. - Ty szmato! – Sussan nie należała do bardzo elokwentnych kobiet. Dużo lepiej rozmawiała rękami, czy to przy okazji kłótni w porcie czy też podczas nocnych spotkań w ciemnej ulicy. Jack przez chwile zastanawiał się nad potrzebą ćwiczenia „plucia jak dama” i jakie korzyści może przynieść taka umiejętność pannie Sussan. Ona, zaś tłumaczyła Kathy, najlepiej jak potrafiła, że docinki odnośnie jej klienteli są zupełnie nie na miejscu. Czupryny obu pań nastroszyły się jeszcze bardziej, a drobne fragmenty i tak już znoszonych sukienek dołączyły do resztek ryb leżących na ziemi. Dwoma szybkimi ruchami Jack złapał za nadgarstki nastroszone kwoki i lekkim ruchem odepchnął je od siebie, siła była odrobinę za duża, dawała jednoznacznie do zrozumienia, że kłótnia właśnie się zakończyła. Obie spojrzały na niego ze zdziwieniem, nigdy nie widziały aby ktoś potrafił poruszać się tak szybko i nie podejrzewały aby to wątłe ciało było w stanie wygenerować taką siłę. Zyskał w ich oczach wielkie uznanie, silny mężczyzna, który wie co robić, to byłby łakomy kąsek. Dwie pary oczy przymrużyły się przymilnie. A okoliczne koty podniosły głowy, aby znaleźć pochodzenie tego dziwnego mruczenia. - Czy na chwilę możecie uciszyć wasze pretensje i wytłumaczyć mi o co chodzi z Mary? - Nie żyje. Rano Robert powiedział, że znaleźli jej ciało na Willingston. – tłumaczyła Katchy rozcierając bolący nadgarstek – to samo co zawsze. Brak śladów, nikt niczego nie widział. Rozcięte gardło. I tyle … - Nikt niczego nie widział … - Jack bezwiednie wyszeptał tych parę słów. - Mówię wam, to szatan, diabeł wcielony. On czegoś szuka. Ja mam dosyć, nie zamierzam być znaleziona w ciemnej ulicy z bladym uśmiechem i podciętym gardłem. Mówię wam! – Sussan wyraźnie oburzona, niemalże krzyczała – ja się wynoszę z tego parszywego miasta. Ot Co! Tfu … Tym razem w ostatniej chwili udało jej się cofnąć ze splunięciem na buty Katchy, ale napędzona emocją twarz nie zdoła utrzymać ładunku, który zebrała z taką zapalczywością. Ciecz poleciał prostą droga i trafiła w lewe oko, milczącą do tej pory Hellen. Wielka suknia aż zagotowała się z oburzenia. Trzeba przyznać, iż „milcząca” Hellen nie należała do grupy zbytnio gadatliwej. Samą swoją posturą zazwyczaj powodowała należyty szacunek, a komu

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%