Rodzina · 1 godz. 22 min czytania
Ona
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Ile dzieli miłość od nienawiści? Ile komedię od dramatu? Ile sen od rzeczywistości? Nic. Tyle, co ziarno piasku…
Stałem na szczycie klifu, przed sobą mając tylko wielkie morze a wiatr łagodnie muskał moją twarz. Na taką chwilę czekałem chyba całe swoje dotychczasowe życie. Wiatr i morskie fale szu-iąc w duecie, sprawiały mi największą rozkosz; były najpiękniejszą muzyką, jaką tylko moje uszy mogły sobie wyobrazić. Mewy skrzeczały i śmiały się ponad moją głową, nadając jednak tylko tej chwili jeszcze większego uroku. Wreszcie czułem się wolny. Zupełnie jak te mewy, mogłem szybować w nieskończonej przestrzeni mojej wyobraźni. Chciałem wziąć długopis i zacząć pisać, wiedziałem, że mogłem; wiedziałem, że teraz mogłem pisać, ale czy chciałem? Teraz wreszcie, gdy wena powróciła, chyba nie chciałem pisać. Czekałem tylko na jedno, bo to dopełniłoby moje szczęście i wtedy mógłbym już nie żyć. Zostać tutaj na zawsze, na tym morskim klifie; jak posąg wpatrywać się nieruchomo w statki, porywane w taniec przez morskie fale. Byłem wolny i czekałem tylko na moją Sonię…
Dostojewski. Jak ja mu zazdroszczę… I nie jest to lekka zazdrość, delikatna i ulotna, skry¬wana za najskrytszymi kurtynami własnego serca, często tak właściwa wielu artystom niższej klasy, którzy swoją zazdrość usiłują tłumić śnieżnobiałym uśmiechem od ucha do ucha. Ukazują podziw, graniczący niemal z czystą miłością, wyginają swoje usta w krzywe pozy, by tylko nikt nie poznał się na ich zazdrości, nienawiści, którą nierzadko darzą obiekty swojego pozornego uwielbienia. To przecież nie wypada zazdrościć, nawet, jeśli zazdrość i niechęć jest w pełni uzasadniona draństwem osoby, której nie cierpimy. Ja jednak Dostojewskiego darzę szczerą zazdrością i może jeszcze bardziej szczerą nienawiścią, mimo iż przecież moje półki uginają się od tych jego cholernych książek… Ale jak ja mam tego człowieka nie nienawidzić i nie zazdrościć mu tak bardzo? Typowy drań, wróg Polski, niby gorliwy prawosławny, jednak wiara ta nie przeszkadzała mu, by być mężczyzną, który jedyną radość znajdował w hazardzie i temu oddał duszę; a pisał… pisał dla pieniędzy, pisał na zamówienie – bez potrzeby twórczej, bez weny, był tak utalentowany, że tego nie potrzebował i ileż napisał! A ja? Piszę z potrzeby serca, nie dla pieniędzy, nie dla sławy, lecz z chęci wyrażenia emocji, przekazania czegoś ważnego i cóż mam? Nic. Nawet wena mnie opuściła – czy ty też kochasz tylko drani?
Dzisiaj znów było pochmurno; nie padało, lecz na mój nos ten stan niepewności nie mógł trwać nazbyt długo, zresztą – nigdy nie trwał. Odkąd pamiętam padało tu zawsze, a jak nie padało, to przynajmniej się na deszcz zanosiło. Słońce widać podzieliło los weny i nie miało zamiaru tu zaglądać; czasem się zastanawiam czy to nie moja obecność odstrasza wszystkie te miłe rzeczy i czy czasem nie wyprowadzić się stąd, ratując tym samym okolicznych mieszkańców od ciągłego deszczu. To byłby dobry pomysł, gdybym tylko miał gdzie się przenieść i miał, za co tam żyć, jednak tak nie jest, bo i życie nie jest takie proste jak kiedyś, gdy artysta nie potrzebował własności i mógł jak Homer wędrować i tworzyć, korzystając z gościny a potem i tak zostać wpisany w karty historii. Gdyby Homer żył dzisiaj sądzę, że prędzej martwiłby się, czy rachunki są zapłacone i czy jest, co do lodówki włożyć, niż tym, co by było gdyby Patrokles nie przywdział zbroi swojego kuzyna. Chciałbym żyć w czasach Homera… może tam moja ukochana wena wreszcie by mnie odnalazła. Może tam…, bo tutaj na pewno nie…
- Umyj okna… - powiedziała tym swoim władczym głosem Daria. Daria była moją żoną. Nie umiem opisywać kobiet, więc powiem tylko, że miała 171 cm wzrostu, dość długie blond włosy i niebieskie oczy. Dodam także, że była piękna. Przynajmniej dla mnie. Resztę musicie wyobrazić sobie sami… I jeszcze jedno… Kochałem ją. - Jak było w pracy? – spytałem nieco naiwnie, badając czy ma dobry humor czy może tym razem przytrafił się jeden z tych, których ciemna strona Mocy zawładnęła jej duszą. Z drżeniem rąk oczekiwałem teraz odpowiedzi; właściwie drugiej jej części. - Ciężko… - odparła rzeczywiście zmęczonym głosem; tak… pierwsza część odpowiedzi brzmiała tak samo każdego dnia. Było „ciężko”. Jak każdego dnia przez te 6 miesięcy, kiedy pracowała w tej nowej firmie jako… jako… chyba pracowała w księgowości, ale nie jestem pewien. Nie śmiałem spytać. Właściwie to bałem się spytać, bo Daria często bardzo drażliwie reagowała na takie szczegóły, jak moja niewiedza, co do jej pracy. – Ciężko… - powtórzyła i westchnęła cicho, teraz miało nastąpić to, co najważniejsze: albo zacznie opowiadać, co działo się dzisiaj w pracy, co jestem w stanie znieść w miarę dobrze albo też stanie się coś znacznie gorszego, coś, czego bałem się stokroć bardziej i co nigdy nie wróżyło nic dobrego… - Jesteś zmęczona? – próbowałem wtrącić, żeby może zbić ją nieco z tropu. Od dwóch tygodni nie zapytałem czy jest zmęczona. To ją może zmylić. To był dobry pomysł. Postanowiłem kontynuować. – Może chciałabyś… - Ludzie, którzy chodzą do pracy zazwyczaj są po niej zmęczeni – odrzekła sucho, niemal całkowicie ignorując moje ostatnie słowa. – Ale ty nic o tym nie wiesz, prawda? – nie, to nie był dobry pomysł. To zdecydowanie nie był dobry pomysł. – Prawda? – powtórzyła głośno i tak ostro, że w pewnym momencie bałem się czy mój młoteczek z wrażenia nie roztrzaska kowadeł-ka. Na szczęście chyba strzemiączko zapanowało nad sytuacją. Słyszę nadal; choć może to i gorzej… Pokiwałem tylko nieznacznie głową, na żaden inny gest, nie mówiąc już o słowach nie było mnie stać; jej głos często wprost mnie paraliżował. Stała w kuchni, jeszcze w płaszczu, z cudownie rozpuszczonymi blond lokami, w których dziesięć lat temu tak szaleńczo się zakochałem. Położyła torbę na drewnianym krześle, które w moich oczach niemal ugięło się pod ciężarem. Teraz jednak w moich oczach obrazy tragiczne i piękne łączyły się z surrealizmem w jedną całość. A najbardziej surrealistycznie tragicznie piękna była w tej chwili Daria, której błękitne oczy przypominały teraz dwa małe palniki acetylotlenowe, gotowe by spalić moje biedne zielone oczęta – w tym momencie podobne zupełnie do niczego. - Przeglądałeś gazetę? – zaczęła spokojnie, jak z wolna rozpędzający się czołg mający niebawem zmiażdżyć w swoim zabójczym pędzie ofiarę. Teraz ja stałem sparaliżowany przed tym sunącym czołgiem i nic nie wskazywało na to, żebym przełamał ten paraliż i rzucił się do ucieczki. – Przeglądałeś gazetę? – spytała się raz jeszcze, płomienie jej oczu zdawały się coraz mocniej płonąć, choć to może mój strach je tak wyolbrzymiał. Milczałem. Ona zaś położyła dłoń na sto-liku kuchennym, który od lat chciała wymienić, lecz nigdy nie miała na to ani czasu ani pieniędzy. Ten stolik kuchenny był symbolem jej irytacji z całego dotychczasowego życia, a że teraz leżała na nim wczorajsza gazeta z ogłoszeniami o pracę, których nie przejrzałem – nabierał jeszcze większego znaczenia. Zaczynałem żałować, że pewnej deszczowej soboty odmówiłem jej wspólnego wyjazdu do marketu meblowego po nowy stolik… Ona patrzyła się na mnie, a ja na nią. I tak staliśmy w naszej małej kuchni, której rozmiary nie przekraczały 8m2 jak dwa wieczne posągi, wykute przed wiekami rękami Fidiasza. Nie miałem sił się odezwać, a Daria świdrowała mnie wzrokiem, wyraźnie oczekując odpowiedzi. Niby była spokojna, lecz ja znałem ten pozorny spokój, zdążyłem go poznać przez lata i wiedziałem, że nie mogę widzieć w nim najmniejszej nadziei. Panowała tak straszna i tak niezręczna cisza, że wydawało mi się, że słyszę każdy krok małej czarnej muchy dreptającej właśnie po blacie stolika. Tup. Tup. Że słyszę każde najmniejsze naciągnięcie sprężyny w kuchennym zegarze w kształcie do-rodnego zielonego jabłka. Tik. Tak. Usłyszałem nawet pierwszą, najmniejszą kroplę deszczu, która spadła na metalowy parapet za oknem. Chlup. Westchnąłem cicho. Widziałem, że ręka mojej żony drży nieprzyjemnie, zaciskając się na jednym ze znanych polityków wznoszących ręce w geście tryumfu na pierwszej stronie gazety. Jego zwycięstwo jeszcze silniej naznaczyło piętno mojej klęski… - Kochanie… - nie wiem jak to się stało, ale przemówiłem, głosem cichym, łagodnym, lecz wyraźnym… Moja tyrada nie trwała jednak długo. - Przeglądałeś tą cholerną gazetę czy nie?! – ryknęła na mnie i uderzyła w drewniany stolik z taką siłą, że jego stare nogi cudem przeżyły to spotkanie. – Zrobiłeś to, co ci kazałam?! - myślałem, że nie może już krzyczeć głośniej, lecz myliłem się. – To, co ci kazałam dzisiaj rano?! - bardzo się myliłem. – Dzisiaj! I wczoraj! I przedwczoraj! I cały czas! Pochyliłem nieco głowę i spuściłem wzrok. Nie miałem tyle odwagi, żeby patrzeć w jej oczy; w te oczy, które kochałem. - Zejdź mi z drogi! – krzyknęła, choć nawet nie miałem zamiaru jej dotykać – bałem się; stało się to, czego najbardziej się obawiałem. W tonie jej głosu słyszałem żal, nie tylko gniew, lecz żal… Rzuciła w kąt trzymaną w rękach gazetę i pośpiesznym krokiem, mijając nieruchomo stojącą rzeźbę mojego mizernego ciała, wyszła z kuchni. Po chwili usłyszałem, jak zatrzaskują się drzwi od salonu. Później okazało się, że od tego trzaśnięcia pękła mała szybka umieszczona w nich dla ozdoby na specjalne życzenie Darii. Stałem sam w pustej kuchni, tępo wpatrując się w pomiętą gazetę leżącą na podłodze. Czułem się okropnie. Pękło też coś we mnie.
16. 17. 18. Ile można czekać? Stałem przed drzwiami do salonu już trzecią godzinę, cały czas zastanawiając się, co mam powiedzieć, jednak nic nie przychodziło mi do głowy. Racjonalna rozmowa nie wchodziła nawet w grę; znałem własną żonę, nawet 3-godzinny odpoczynek nie sprawiał, że była skora do rozmowy. Każda próba wyjaśnienia mojej postawy od razu spotykała się z ostrą ripostą z jej strony. Nie mogłem zatem walczyć, mogłem tylko i wyłącznie się ukorzyć, paść na kolana i błagać o przebaczenie; niczym Henryk IV w 1077 r. Miałem tylko nadzieję, że podobnie jak cesarz niemiecki ostatecznie zwyciężę w tym pojedynku i tryumfująco wkroczę do salonu, lecz ta nadzieja, znając Darię, miała bardzo słabe podstawy. Zbliżyłem się nieco do drzwi; było już ciemno i przez szparę zauważyłem migocące światło bijące od telewizora. Musiała siedzieć na kanapie. Lecz właściwie czemu miałem wątpliwości? Przecież zawsze, gdy wkraczałem skruszony do tego pokoju, telewizor był włączony a ona sie-działa z podwiniętymi nogami na kanapie, wpatrując się nieco bezdusznie w to migocące pudło. Uchyliłem nieco drzwi, modląc się cały czas, aby czasem nie zaskrzypiały, co lubiły robić nader często. Cel był prosty i klarowny. Zanim rozpocznę moją pokazową ekspiację muszę zbadać grunt, co sprowadzało się do sprawdzenia, jaki to program ogląda moja wybranka. Od tego, jaki będzie to serial zależy przecież intensywność i wylewność moich wyznań. Ostrożnie wsadziłem głowę między drzwi a futrynę. Nie zaskrzypiały. Spojrzałem chłodnym analitycznym okiem na ekran telewizora i… zdałem sobie sprawę, że w tych warunkach oświetlenia – jedynym źródłem światła był właśnie odbiornik – widzę naprawdę słabo. Okulary zostały w drugim pokoju, a ja musiałem działać dość szybko, zanim moja małżonka będzie chciała się położyć spać, bo wtedy będzie już za późno a ja z poczuciem winy będę musiał żyć aż do następnego ranka; co gorsza musiałbym wstać o 5 nad ranem, żeby jeszcze złapać ją w domu przed pójściem do pracy, co mimo najszczerszych chęci wydawało mi się zadaniem nad wyraz trudnym. Wiem, co sobie pomyśleliście. Tak, jestem głupkiem… Wytężyłem nieco wzrok, żeby przebić się przez mglistą zasłonę dorodnej mieszanki różnokolorowych plam. Wtem zdałem sobie sprawę, że gdy zawodzi jeden ze zmysłów, natychmiast wzmacniają się inne. Stwierdzenie to może nie było ani nazbyt odkrywcze, ani błyskotliwe, jednak historycy, a takim jestem z wykształcenia, nie myślą zbyt szybko, skupiając się raczej na przekrojowości swoich myśli. Niestety w relacjach z Darią przekrojowość myślenia nie zdawała egzaminu – tu liczyła się szybkość, a brak jej u mnie, rodził dość często przykre nieporozumienia i konflikty. Kiedy przed sobą nadal widziałem różnobarwną plamę, przez natłok myśli do mojego mózgu zaczęły docierać pierwsze sygnały dźwiękowe. Teraz to właśnie słuch był moim ratunkiem. Wzrok zawodził, a smak, węch czy dotyk w sytuacji jakiej się znalazłem były raczej nieprzydatne. Zawsze pragnąłem wykształcić w sobie szósty zmysł, który niekoniecznie ukazywałby mi zmarłych ludzi po stołem czy w szafie jak w tym filmie z Brucem Willisem, lecz służył znacznie bardziej użyteczniej, czyli mówił mi, co akurat myśli moja żona. Kilkugodzinne ćwiczenia nad koncentracją, które nazwałem nawet jogadamą od swojego imienia nie dały jednak zadowalających efektów. Nadal nie wiem, co Darii w głowie siedzi. I nadal mnie to martwi. Wytężyłem słuch. Teraz moje uszy były niczym dwa radary nasłuchujące każdego sygnału dźwiękowego, który do nich dotrze. Język programu był kluczem. Brazylijski i płaczliwa telenowela oznaczała nastrój bardzo melancholijny i wtedy przeprosiny musiałyby równie płaczliwe, jednak mógł się trafić amerykański ze swoim banalnym „hey, dude” i sztucznym śmiechem sztucznej widowni zza planu, który oznaczał nastrój komediowy i taki też rodzaj przeprosin, ze-zwalał więc na drobne żarty, najlepiej takie które ośmieszają mnie samego. Stało się jednak coś nieoczekiwanego, usłyszałem bowiem język ojczysty i bynajmniej nie był to niski głos lektora. Był to głos piękny, tak delikatny i zdecydowany zarazem; zawsze kiedy go słuchałem ciarki przechodziły mnie po plecach. Można było powiedzieć, że był nad wyraz seksowny, nawet jeśli słowo „seksowny” w ustach czterdziestojednoletniego absolwenta historii o wyglądzie przystającym raczej do słowa „brzydki” może się wydawać nieco nie na miejscu. Jej głos jeszcze przez chwile pieścił moje zakończenia nerwowe, póki nie przeszła przez nie dość zaskakująca myśl – Daria ogląda Dziennik! Przepraszam, że potrzebowałem aż 453 słów, żeby wam to powiedzieć. Wiem, może i nie zabrzmiało to nazbyt tragicznie, ale nigdy nie chciałem urastać przecież do roli współczesnego Sofoklesa. Po prostu Daria nigdy nie oglądała Dziennika i teraz byłem skołowany, bo nawet nie wiedziałem, jaki ma nastrój. Przed chwilą przecież jeszcze leciał materiał o wojnie gdzieś w Afryce – czy to zatem znaczy, że ma bojowy nastrój? Moment później jednak dzielny reporter badał działanie burdeli w jednej z dzielnic Berlina – czy to znaczy, że mam przestąpić próg w samych bokserkach? Zupełnie zgubiłem trop, cały mój wieloletni plan runął w jednej chwili, jak domek z wyjątkowo delikatnych kart. Musiałem zatem iść na żywioł, zaryzykować i liczyć, że jakoś się uda. Odwagi, Adamie – pomyślałem i wszedłem…
Część 22 / 3
Mewy śmiały się bardzo donośnie i trudno było cokolwiek innego usłyszeć, bo tej symfonii natury dopełniały przecież jeszcze wiatr i morze, lecz nagle przez moją głowę przemknął cichy głos, który byłem gotów rozpoznać w każdej chwili mojego życia, nowego życia, zaczętego ledwie kilka miesięcy temu. Odwróciłem się i zobaczyłem Ją, biegnącą ku mnie z podniesionymi rękami; nie mogłem dostrzec jej twarzy, lecz moja wyobraźnia doprawiła jej szeroki uśmiech. Tak wyobrażałem sobie tą chwilę i tak śniłem o niej, leżąc w ciemnym pokoju na kozetce, słuchając melodii Zimmera. Ja – stojący tutaj wolny, nad brzegiem morza i ona - biegnąca ku mnie po zielonej łące, szczęśliwa i również wolna. Moja bezimienna Sonia, moja wyzwolicielka z sideł nie-mocy; ona, która wyrwała mnie ze szponów ponurej rzeczywistości. Teraz biegła do mnie z rozłożonymi rękami, żeby spotkać się z moim ciałem w magicznym uścisku wolności. Postąpiłem krok do przodu i usłyszałem obok siebie cichy i daleko brzydszy niż Sonii, głos. Dochodził jakby z daleka, lecz ja słyszałem go wyraźnie; znałem go. - Adamie… - to była Daria; po chwili dekoncentracji, znowu spojrzałem przed siebie, żeby zobaczyć, gdzie jest Sonia. Widziałem ją, jednak nie tak wyraźnie jak przedtem, nie miała rozłożonych rąk – teraz zwisały jej bezwiednie wzdłuż ciała, stała w miejscu i patrzyła się na mnie, jakby bojąc się podejść. – Adamie… słyszysz mnie? Słyszałem dokładnie.
- Przyrzekasz? – zapytała, ściągając nogi z kanapy i nachylając się nade mną. Miałem chwilę wątpliwości. Teraz też wierzyłem w to, co przed chwilą powiedziałem, ale tak naprawdę nie ufałem swojej wierze i przekonaniu. Nie wiedziałem, czy jutro z rana tak ochoczo, jak jej to przed chwilą opisałem wezmę się za przeglądnie ofert o pracę. Prędzej zamknąłbym się w pokoiku, zasłonił zasłony jak to zawszę robię i włączył cichą i spokojną muzykę, próbując od-naleźć natchnienie, które pozwoliłoby mi dokończyć moje dzieło. Spojrzałem jednak jej w te łagodne, błękitne oczy i moja wątpliwość minęła tak szybko jak się pojawiła. Bo co może powiedzieć mężczyzna klęcząc przed tak piękną kobietą i trzymając ją za rękę, przez którą czuje jej niesamowite ciepło? - Przyrzekam! – odparłem tak zdecydowanie, jak tylko mogłem; niemal tak zdecydowanie jak uczył mnie tego pewien major w wojsku wiele lat temu. Daria uśmiechnęła się łagodnie; zwykły człowiek mógłby się nie nadziwić, że twarz tej kobiety może aż tak się zmienić – od ciskającej gromami matrony, do delikatnej i dobrodusznej łani, jednak ja znałem to dokładnie. Znałem i nieustannie od lat podziwiałem. Z tego też wynikała miłość, którą od lat ją darzyłem. - Pod parapetem w kuchni leżą gazety, które kupiłam w zeszłym tygodniu. Tam powinno być dużo ogłoszeń. Na pewno coś dla siebie znajdziesz; może na początek nic wielkiego, ale coś może tam być. Ja poszukam w pracy, jak znajdę czas, żeby poszperać w Internecie. Jak się razem do tego weźmiemy, to na pewno wkrótce dostaniesz jakąś pracę. I może wreszcie wyjdziemy na pro-stą… - rzekła a jej ostatnie słowa wydawały się rozpływać w delikatnej sferze marzeń, których przecież nie miałem zamiaru rujnować. - Na pewno – przytaknąłem, bo co innego mogłem zrobić klęcząc przed nią i patrząc w jej niebiańskie oczy, jednak jej plan wcale nie wydawał mi się taki oczywisty. Chwyciła mnie za rękę, tak lekko jak robiła to, gdy mieliśmy 10 lat mniej. Wstałem, a podnosząc się zbliżyłem się do niej i ucałowałem ją w policzek, na którym po chwili rozlał się delikatny różowy rumieniec. - Kocham cię… - szepnąłem tak czule jak tyle pozwalał mi na to mój zazwyczaj suchy i gderliwy głos zgryźliwego absolwenta najnudniejszego wydziału Uniwersytetu.
Hydraulik? Nie. Cała dzielnica zalana. Monter instalacji elektrycznych? Nie. Cała dzielnica bez prądu. Pracownik działu obsługi klienta w hipermarkecie? Nie. Cała dzielnica kupuje w konkurencyjnym markecie lub sklepikach osiedlowych. Czy ja naprawdę nie nadaję się do żadnej pracy? Ilekroć zadaje sobie to pytanie, przerzucając te suche i nie zawierające absolutnie nic strony gazet, nie znajduje na nie odpowiedzi. Daria powtarza mi, że praca jest, tylko ja nie potrafię po nią się-gnąć. Kiedy pytam, jaka praca, pierwsza odpowiedź jest zawsze identyczna - …szkoła. Ale ja mam już tego dosyć, nie chce pracować w miejscu, w którym na metr kwadratowy przypada więcej ignorantów historycznych, nie wiedzących kim był Napoleon czy Aleksander, niż w każdym innym miejscu na ziemi. Szkoła zawodowa na naszym osiedlu to po prostu kopalnia idiotów, fabryka robotników, których przyszłością będą nieprzyszłościowe zawody; kolejną niby-wykształconą grupą młodzieży, którą będzie można śmiało wpisać w odpowiednią rubrykę rocznika statystycznego. Pracowałem tam rok, później zrezygnowałem i nie mam zamiaru tam wracać. Lecz jak to powiedzieć Darii? Ona uważa, że muszę gdzieś pracować, gdzieś zarabiać, żeby także utrzymywać tą naszą dwuosobową rodzinę. Ona nie widzi sprzeciwów, dla niej moja praca jest oczywistością, do której chyba tylko ja na tym świecie nie potrafię się dostosować. Bo ja nie jestem robotnikiem; nie mogę przenosić worków z cementem na budowie, bo mam chory kręgo-słup, który jak zapałka – pod większym ciężarem może się po prostu złamać; nie mogę być ani monterem ani hydraulikiem, bo się na tym nie znam; nie mogę być pracownikiem działu obsługi, bo większość ludzi na tej ziemi brzydzi mnie i brzydzi się mną. Jedyne co potrafię robić, to pisać. To moja pasja i moje życie. Nawet historia, w której jestem przecież wykształcony i obeznany, nie jest mi tak bliska, jak długopis i kartka papieru. Nie jestem jednak Dostojewskim, nie piszę za pieniądze. Piszę dla własnej li tylko przyjemności i za nic mam sławę, majątek czy ilość wydanych powieści z moim nazwiskiem nad tytułem. Serce każe mi przelewać na papier swoje myśli, opowiadać dla potomnych wielkie historie, nad którymi zastanowią się młodzi a starzy zapłaczą, wspominając dawne lata. Chce zabrać ludzi do świata, w którym ważne są wartości, w którym podstawowym prawem jest perski manicheizm. Pragnę opowiadać, uczyć, wzruszać a nie zarabiać po prostu pieniądze. Nie chce być kolejnym ślepym dzieckiem kapitalizmu, dla którego moneta i świstek papieru ważniejsze są niż wszystkie cnoty greckie, chrześcijańskie i konfucjańskie razem wzięte. Nie chce naprawiać kranów, gniazdek, nie chce wykładać dziesiąty raz jakiejś starej i rozpadającej się w oczach wiedźmie, że po odejściu od okienka reklamacji nie przyjmuje się i że jest to wyraźnie napisane; nie chce wreszcie tłumaczyć kilkunastoletnim dzieciom, że najważniejszą cechą Aleksandra Macedońskiego nie był wcale jego homoseksualizm. Po prostu nie chce…
- Szukałeś? – zapytała, już nie tak romantycznym głosem, jaki miała jeszcze wczoraj wieczorem; może to z powodu dwóch reklamówek wypchanych zakupami, które usiłowała usadowić na stoliku tak, żeby nic z nich nie wypadło. - Tak – nie skłamałem. - I jak? – drążyła dalej, wypakowując zakupy i rozdzielając je między szafki a wybitnie mającą swoje lata lodówkę, na którą ciągle narzekała. - Dobrze – tym razem już musiałem skłamać; może dlatego, że nie chciałem jej martwić – to byłoby wytłumaczenie altruistycznie albo może dlatego, że po prostu bałem się o swój tyłek – to wytłumaczenie zasadniczo egoistyczne. Myślę, że prawda leżała gdzieś pośrodku. - Znalazłeś coś? – dziwne, że w ogóle na mnie na patrzyła, przekładając ser w lodówce z jednej półki na drugą, a miałem wrażenie, że wykazuje zainteresowanie większe niż zwykle. - To znaczy… - zająknąłem się, a ona od razu wyczuła niepewność w moim głosie, podniosła głowę znad lodówki i spojrzała na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem. - Co znaczy? – jej pytanie było krótkie i ostre -jak sztylet; najgorsze, iż wymagało natychmiastowej odpowiedzi. - Jest kilka ofert, które pasują… - Jakie? Kiedy człowiek myśli bardzo szybko do głowy przychodzą tylko skojarzenia, których absurdalności według własnego mniemania później sam przed sobą się wstydzi. - Pracownik działu obsługi klienta – strzeliłem. - Aha… - mruknęła i zamknęła lodówkę. – Cieszę się. Może to nie nazbyt wygórowane stanowisko, ale jakieś pieniądze z tego są. Dzwoniłeś tam już? Dlaczego tak kobieta zadaje takie trudne pytania? Nie mogło się skończyć na samej radości z mojej zaradności? Nie. Ona musi drążyć, zawsze drąży; zawsze musi wiedzieć wszystko, nic nie może jej ominąć. Widocznie jedyną rzeczą, którą ją omija naprawdę szerokim łukiem jest moja twórczość, samo napomknięcie o sztuce pisania, jaką uprawiam, powoduje u niej zniechęcenie, graniczące czasami niemal z pogardą. - Nie, jeszcze nie. - Zrób to jutro. Z takimi sprawami nie można czekać – obwieściła stanowczo, wiedząc za-pewne, że jestem ostatnią osobą, która by nie czekała z podjęciem się tego zadania. Znała mnie na wylot; prędzej wyruszyłbym na poszukiwanie św. Graala niż nowej pracy. Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałem teraz pokazać, że też mam coś do powiedzenia. „Zrobię to, kiedy będę chciał, kochanie” – tak… tak właśnie miałem zamiar jej powiedzieć. Zebrałem się, więc w sobie; wyciągając z każdego zakątka mojego ciała tyle stanowczości, ile tylko mogłem. Wziąłem głęboki oddech i władczym głosem… jęknąłem. - Tak? – chciała się upewnić, czy zrozumiałem dość jednoznaczne polecenie; uwielbiała się upewniać, pastwić nad moją ułomnością, przedłużać tą chwilę tryumfu tak, żebym ja - pokonany jeszcze dobitniej przekonał się o swojej klęsce. Tym razem jednak miało tak nie być… - Jasne - …lecz było.
Następne dni były coraz cięższe. Daria wypytywała się o moje starania w znalezieniu pracy, a ja spławiałem ją coraz to nowymi kłamstwami na ten temat. Otóż, dwa dni temu niestety już zna-leziono pracownika działu obsługi klienta i oferta, do której nadawałem się przecież tak znakomicie, nie była już aktualna. Nie mogłem być niestety także być przyjęty jako sprzątacz w jednej z firm spożywczych, gdyż nie miałem jakiegoś zaświadczenia od lekarza, którego jednak ze względu na mój stan kręgosłupa nie mogłem otrzymać. Kłamstwo za kłamstwem. Niby skutkowało, jed-nak przeczuwałem, że Daria coraz bardziej traci cierpliwość, co do moich porażek w tej dziedzinie; a co gorsza ja także czułem się z tym nie najlepiej – po prostu nie lubiłem jej oszukiwać, rzadko to robiłem, a jak już się zdarzało, to towarzyszyły temu, nawet w najmniejszych sprawach, wielkie wyrzuty sumienia. Ona w końcu zawsze była wobec mnie uczciwa. Poznałem ją dziesięć lat temu. Mieszkałem wtedy w jednym z wynajętych mieszkań, niedaleko budynku Uniwersytetu. Nie pracowałem, utrzymywałem się z pieniędzy jakie zostały mi z odszkodowania po śmierci matki. Często wychodziłem na spacery, bo nie mogłem wytrzymać w tej zatęchłej noże, za którą płaciłem. Wystarczyło, że wytrzymuje tam podczas obiadów i snu. Wówczas, podczas tych wędrówek po uniwersyteckim parku, często przesiadywałem na ławkach i pisałem. Wymyślałem różne historie, pierwsze szkice fabuł, zarysy bohaterów, plany zakończenia mojej powieści. Świeże powietrze i zapach drzew, w tym przepełnionym samochodami i smrodem mieście pozwalał mi nieco odetchnąć. Brałem ołówek, lekko zdezelowany zeszycik i mimo, iż często pogoda na to nie pozwalała, pisałem. Był piątek, wczesne popołudnie – jak zwykle padało, ale ja twardo siedziałem na mokrej ławeczce z zeszytem na kolanach i skrobałem kolejne stronice mojej powieści. Miałem wenę, a to trzeba było wykorzystać, nawet jeśli pogoda nie ułatwiała sprawy. I kiedy tak pisałem, nagle po-czułem, że przestało mi padać na głowę; podniosłem wzrok i zobaczyłem, że nade mną wisi rozłożysty czerwony parasol. Spojrzałem w bok i zobaczyłem najpiękniejszy widok, jaki można sobie tylko wyobrazić. Daria stała tam, uśmiechając się do mnie – bujne, dłuższe niż teraz kręcone blond włosy łagodnie opadały jej na ramiona. Anioł zstąpił na ziemię, żeby ochronić biedaka od deszczu… - Nie za mokro na pisanie? – spytała głosem, który pamiętam do dziś. Uśmiechnąłem się nieco pokracznie (ona twierdziła, że uroczo)… i tak to się zaczęło. Jak ja tęsknie za tymi czasami. Nie mogę jej oszukiwać. Nie jej.
- Muszę ci coś powiedzieć… - zacząłem nieśmiało; zawsze tak zaczynałem, kiedy miałem się do czegoś strasznego przyznać a ona zawsze to wyczuwała, jednak tym razem nie wykazała zainteresowania; krzątała się po pokoju chyba szukając czegoś. – Słyszysz? – chciałem się upewnić, czy w ogóle mój przekaz dotarł na częstotliwości, na których nadaje moja żona. - Słuchaj, śpieszę się… - odparła naprędce, cały czas nerwowo przerzucając papiery – Nie widziałeś takiej niebieskiej teczki z gumką? Miałam tam ważne dokumenty i… Nim zdążyła zareagować podniosłem z kanapy niebieską teczkę. Moja matka, jak jeszcze żyła zawsze powtarzała mi, że mam talent do znajdowania różnych rzeczy. Kiedyś w dzieciństwie zna-lazłem nawet portfel w domu, który ku przerażeniu matki i własnym zdumieniu, ojciec nie zidentyfikował jako swój. Jaki był koniec tej historii nie wiem, bo Hanna, czyli moja mama błyskawicznie wygoniła mnie na dwór do zabawy, co było wtedy tym bardziej niezwykłe dla mnie, że miałem akurat szlaban na wychodzenie na podwórko. Kiedy wróciłem ojca co prawda już nie było, ale wrócił po tygodniu i wszystko powróciło do normy. Daria niemal wyrwała mi z ręki teczkę i ucałowała w policzek, jednak zrobiła to tak szybko, że nawet nie poczułem jej warg na skórze. - Dziękuję… - wysapała i pobiegła do przedpokoju ubierać buty. - Gdzie idziesz? - Do pracy. Muszę donieść parę dokumentów – odpowiedziała szybko; tak szybko, że zanim dotarło do mnie, co powiedziała, ona już zamykała drzwi wejściowe do domu – Zadzwoń do M.… - rzuciła i zamknęła drzwi, a ja nieco nieprzytomnie przekręciłem górny i dolny zamek. Że też musiała to dodać! M. był jej jakimś tam znajomym, jeszcze z czasów ogólniaka; Daria była taką kobietą że z większością dawnych czy niedawnych znajomych utrzymywała stały, raz bardziej raz mniej, intensywny kontakt, co przejawiało się w ciąganiu mnie co jakiś czas na jakieś spotkania towarzyskie, na których musiałem wysłuchiwać peanów na cześć nowomiejskiego kapitalistycznego życia przedsiębiorców, twórców średniego i małego biznesu i innych im podobnych szumowin. I jak się okazało wczoraj owy pan Ireneusz M., właściciel sieci małych marketów, które zasłynęły tym, że nie płaciły za nadgodziny swoim pracownikom szuka właśnie pracownika na stanowisko po-mocnika biurowego – coś w rodzaju żywego ksero, maszyny do pisania, komputera, ekspresu do kawy i odkurzacza w jednej osobie. Daria, jak to Daria, bardzo żywiołowo zareagowała na tą wiadomość i zaraz stwierdziła, że ma idealnego kandydata na to stanowisko. Kogo? Mnie oczywiście. I oczywiście ja, wbrew swojej woli, miałem zadzwonić do M., żeby porozmawiać o przyjęciu mnie do tej pracy. Wyobraźcie sobie jak mogłem zareagować na tą wiadomość? Ja – artysta, który takiej pracy nie może zdzierżyć, który nie znosi siedzieć za biurkiem, kserować papierów, przepisywać bezdusznych dokumentów bez żadnej nutki sztuki. No jak? Naturalnie przytaknąłem swojej żonie. A że wczoraj było już późno to telefon miałem wyko-nać dziś, późnym popołudniem. Wizja ta przeraziła mnie zupełnie. Gdybym był nieco mniejszy, to chyba schowałbym się do szafy i liczył na to, że przez najbliższy miesiąc nikt mnie tam nie znajdzie…
Część 33 / 3
- Powiedział, że przykro mu, ale już znalazł kogoś na to stanowisko. Po prostu za późno się zgłosiłem... Jakim ułomnym człowiekiem jestem. Mógłbym się usprawiedliwiać, twierdzić, iż każdy przecież ma chwile słabości, jednak nawet nie miałem ochoty tego robić. Czułem się nie jak ktoś, kto właśnie sprytnym sposobem kolejny raz wymknął się sidłom przedsiębiorczości, lecz jako moralny przegrany, zupełnie jak Robert Bruce u boku Henryka Długonogiego pod Falkirk w filmie Gibsona. Tylko kiedy ja będę miał swoje Bannockburn? Szczerze powiedziawszy, wcale nie wi-działem tej perspektywy przed sobą, ale teraz nie mogłem nic zrobić – słowo się rzekło. Gdybym teraz powiedział jej, że wcale nie dzwoniłem do M., tylko wprawiłbym ją w szał, a tego nie chciałem za wszelką cenę. - No trudno… - westchnęła i łyknęła kolejny łyk herbaty – ja swojej nawet nie ruszyłem. Nie denerwowała się, przyjęła to ze spokojem i pewnie z rozczarowaniem a to tylko pogrążało mój stan, choć i tak, pełen wewnętrznych sprzeczności, znajdowałem się w sytuacji niegodnej pozazdroszczenia. – Nie pijesz? – zapytała, widząc, że od kilku minut bezradnie wpatruje się w szklankę. - A tak… - uśmiechnąłem się i spiłem brązowawy kożuch; była to chyba najbardziej gorzka herbata, jaką piłem od lat. - Dzisiaj był straszny kocioł. Wcale nie koniec miesiąca a tyle bieganiny… Tutaj jakieś druki, tam pisma – oszaleć można! I jeszcze ksero siadło gdzieś koło południa! Wyobrażasz sobie? Mu-sieli przyjechać technicy… czekaliśmy na nich całe dwie godziny. I jeszcze do tego… - kolejne słowa brzmiały coraz ciszej w mojej głowie; aż wreszcie patrzyłem jak Daria zafrasowana porusza ustami, lecz nie słyszałem już żadnego zdania, wyrażenia, słowa… mój mózg pracował coraz wolniej i wolniej aż wreszcie przeszedł niemal w stan błogiej hibernacji… Zgasłem zupełnie.
Włożyłem klucz w zamek i przekręciłem w lewo, lecz ani drgnął. Pociągnąłem za klamkę. Drzwi były otwarte. Z początku bałem się, że może ktoś się włamał, ale na drzwiach nie było żadnych śladów włamania, a że w przedpokoju zauważyłem płaszcz Darii na wieszaku, domyśliłem się, że po prostu musiała wrócić wcześniej. Jej torebka była rzucona gdzieś niedbale na ziemi, więc podniosłem ją i położyłem na szafce. - Daria? – zawołałem, ale nikt nie odpowiedział. Może była na balkonie i nie słyszała. Wszystko było na tyle logiczne, że nie miałem podstaw, żeby podejrzewać, że coś się stało. Położyłem reklamówkę z zakupami w kuchni. Rzadko wychodziłem na dwór, lecz tym razem kompletny brak pożywienia i nieokiełznany głód zmusiły mnie do tego. Włożyłem chleb do chlebaka, bułkę z makiem do ust a mleko oraz ser do lodówki; przeżuwając niepierwszej już świeżości pieczywo zrzuciłem z siebie kurtkę i powiesiłem szalik na wieszaku. Drzwi od salonu były zamknięte, lecz wydawało mi się, że słyszę jej głos…
- Adamie, posłuchaj mnie… - mimo całego hałasu jaki panował wokół, słyszałem ją dość wy-raźnie i wydawało mi się, że mówi przez łzy; lecz nie widziałem ich – nie chciałem na nie patrzeć, ale nie dlatego, że bałem się ich, były mi po prostu obojętne. – To nie musi być tak jak teraz… Możemy zacząć od nowa… Huk silnika zagłuszył na chwilę jej głos, mała awionetka właśnie przeleciała nad klifem kierując się nad morską toń. Niedaleko stąd było małe lotnisko, skąd wycieczkowe samoloty startowały zabierając turystów na przelot nad niziną a później nad morzem i małymi wysepkami, którymi usiane było ujście Rzeki. Gdy ryk silnika ucichł, wrócił głos Darii. - Wiem, że nie wszystko było dobre. Wiem, ile błędów popełniłam, ile razem ich popełniliśmy, ale przecież wszystko da się naprawić – mówiła moja żona, lecz mnie – temu kto powinien jej najbardziej ufać – przychodziło najtrudniej w to uwierzyć. – Były kryzysy, są i będą, kocha-nie… ale czy nie jesteśmy po to, aby je przezwyciężać? Razem. – jak może teraz tak mówić? Ona chce być razem? Razem?! Zaczerpnąłem powietrza. Te morskie powietrze było takie cudowne, gdy człowiek je wdychał czuł niemal jakby wracał do korzeni; do miejsca nieskażonego cywilizacją – jej brudem, smrodem i kłamstwami, które tak bardzo mnie doświadczyły. Ono pozwalało mi na nowo spoglądać na pewne sprawy, odnajdować nowy punkt widzenia, którego próżno szukać w moim małym zaku-rzonym pokoiku, pełnym nic niewartych z tej perspektywy książek tego plugawcy Dostojewskie-go, więźnia swego talentu. Byłem teraz lepszy od niego, wreszcie zwyciężyłem naszą odwieczną potyczkę – stałem się wolny, mogłem wznieść skrzydła i ulecieć jak anioł ku nieskończonej kra-inie wyzwolonej świadomości. Byłem Demiurgiem! Mistrzem! Jak Samson zrywałem kajdany, które mnie więziły. Wszystko dzięki niej…
- Jak mogłeś mi to zrobić?! – krzyknęła głosem, którego nie mogłem znieść, pełnym gniewu i żalu jednocześnie; najchętniej jak małe dziecko zatkałbym uszy, zamknął oczy i udał, że mnie tutaj nie ma, wybiegł gdzieś do świata, gdzie rozumiem wszystko, gdzie wszystko jest takie proste. Milczałem. Gdyby w moich żyłach płynęło nieco więcej odwagi, pewnie próbowałbym się bronić, lecz ja byłem tchórzem – człowiekiem, pragnącym zamknąć się w swoim własnym świecie, gdzie nikt prócz niego nie ma dostępu. Dlatego tylko milczałem; patrząc na nią tępym wzrokiem pacjenta szpitala psychiatrycznego nafaszerowanego lekami psychotropowymi. - Tyle starań! Chodzę, pytam się, niemal żebrze, żeby tylko coś znaleźć, a ty… Niszczysz to wszystko! I jeszcze kłamiesz mi prosto w oczy! Jak możesz?! Milczałem. - Czy wiesz jak ja się czułam?! Dzwonię do kolegi z liceum; robię mu wyrzuty, że obiecał tobie tą pracę a później dał ją komuś innemu i co się okazuje?! Że mój mąż, który zapewniał mnie, że dzwonił do niego, po prostu kłamał! Wyszłam na idiotkę! A poza tym, po tym, co mu nagada-łam, zanim dałam mu dojść do słowa, to już możesz zapomnieć o tej pracy! Masz mi coś do po-wiedzenia?! – jej głos dobijał się jak młot, do najgłębszych zakątków mojego umysłu, mimo to jednak nie potrafiłem nic z siebie wykrztusić. Milczałem. - Właśnie! – ciągnęła dalej i wiedziałem, że nic nie może teraz zatrzymać tego monologu – Zawsze tylko milczysz! A ja już mam dość! Od tylu miesięcy, ba lat, mówię ci, żebyś sobie znalazł pracę, bo ja sama nas nie utrzymam, a ty co sobie z tego robisz?! Nic! Za każdym razem traktu-jesz to jakby problemu nie było! Bo go nie ma prawda? Ty sobie żyjesz normalnie, przecież ciebie to nie dotyczy! To ja haruję jak wół, żebyś miał co do ust włożyć! A ciebie to nie obchodzi! – tak naprawdę nie wiedziała, co czuję; nie wiedziała czy mnie to obchodzi czy nie – przecież nigdy o tym nie rozmawialiśmy, nigdy też mnie nie słuchała, więc jak mogła wiedzieć co myślę? Rosła we mnie irytacja, jednak ciągle milczałem. - Tylko jedno masz mi zawsze do powiedzenia: że twoją pasją jest pisanie! I co z tego?! Coś dzięki temu osiągnąłeś?! Przesiadujesz całe dnie w swoim pokoju, przeglądając te swoje papiery i nic innego nie robisz! Jesteś żadnym pisarzem! – nie cierpię, kiedy ktoś rozpatruje pisarstwo w dostojewskim rozumieniu pisana – Jesteś żadnym mężem! Jesteś żadnym mężczyzną! Jesteś ni-kim! – najmocniej zaakcentowała to ostatnie słowo, żeby jak najsilniej dotarło do mnie; żeby nie było wątpliwości, że tego nie usłyszałem… i nie zrozumiałem. - Nikim! – szczerze powiedziawszy, nie wiem czy Daria to powtórzyła, jeszcze dobitniej chcąc mnie pogrążyć, czy to tylko w mojej głowie jej ostatnie słowo zabrzmiało raz jeszcze, lecz czy tak czy siak zabolało mnie znowu. Cały czas dotąd milczałem, lecz ostatnie słowa mojej żony coś zmieniły. Są takie granice, po których przekroczeniu coś w człowieku odblokowuje się; czasem całkowicie zmieniając go. Kruszeją niewidoczne mury mentalności, niszczone przez potężne buldożery gniewu, wściekłości i agresji, których niezliczone pokłady są w każdym z nas. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że nic nie mogę zrobić, nie mogę się przeciwstawić, jedyne co mi pozostaje to unikanie konfrontacji i tak robiłem. Stałem, milczałem i wewnętrznie znosiłem niepokój swojej stłamszonej duszy, buntującej się cicho przeciw otaczającemu ją światu. Dziś jednak w tej chwili Daria zmieniła to, rzuciła kamyk, który miał poruszyć kolejne kamyki i wywołać lawinę… - Mylisz się! – rzekłem, lecz nie tak jak zwykłem to robić do tej pory – cicho, niewyraźnie i bojaźliwie; mój głos był silny i wyraźny. Przez moment obawiałem się, czy nie robię źle, jednak już w następnej chwili wiedziałem, że nie. Pękło naczynie, w którym chowałem swoje przekonania, irytacje i gniew – teraz to wszystko rozlewało się szerokim strumieniem po naszym salonie.
- Nie znasz mnie… nie znasz moich obaw, potrzeb i pragnień. Żyjesz w swoim świecie, w którym tak naprawdę nie ma dla mnie miejsca; nie ma miejsca dla wartości, które są dla mnie na-prawdę ważne. Cały czas pracujesz, nie zważając na nic innego. Chcesz mieć tylko więcej i więcej i więcej… Więcej pieniędzy, lepsze mieszkanie, lepsze meble, lepsze sprzęty, lepszy samochód, lepsze ubrania – wszystko chcesz mieć lepsze. Jesteś sama więźniem własnych pragnień, bo tak naprawdę nic poza nimi nie widzisz. Ja chce być wolnym; od otaczającego świata, od pieniędzy, od mitu kariery, czyli od tego wszystkiego, czego ty jesteś więźniem. Chce pisać, chce tworzyć coś wartościowego; coś ważniejszego od wszystkich papierów, jakie wytworzyłaś przez wszystkie te miesiące swojej pracy. Chce stworzyć coś wielkiego, a ty chcesz mi tego zabronić. To ty jesteś nikim, jesteś tylko jedną z milionów takich jak ty; jesteś klockiem Lego, z którego inni budują swoje nic niewarte plastikowe imperia. Pniesz się coraz wyżej i wyżej, lecz nawet gdy dotrzesz na szczyt wieży, którą tworzysz, będziesz i tak klockiem Lego – takim samym jak te, które są na samym dole. Pragnę dostrzec coś ważniejszego, lecz ty mi tego wzbraniasz; chcesz, żeby dołączył do ciebie i razem z tobą tworzył te plastikowe budowle, uwięziony na zawsze pomiędzy miliona-mi podobnych ludzi, którzy w tej roli widzą swój pozór szczęścia. A ja? Ja chce mieć swoje imię w historii, a nie tylko numer w roczniku statystycznym. Chcesz mnie sprowadzić do poziomu numeru, zwykłej jedynki dodanej do milionów innych jedynek w tym świecie…
Pomimo brzydoty całego osiedla, na którym żyłem wraz z Darią, jedno miejsce było napraw-dę niezwykłe. Krótka, mierząca ledwie kilkadziesiąt metrów uliczka schowana była między wysokimi blokami i tak naprawdę odkryłem ją dopiero niedawno, lecz od tej pory spacerowałem nią każdego wieczoru. Po obu stronach asfaltowej uliczki rosły klony, których liśćmi cała drogą była teraz usłana. Niezwykły był to widok, asfaltu zasypanego setkami żółtych liści, które każdy naj-drobniejszy nawet podmuch wiatru przesuwał falą od jednego krawężnika do drugiego. Po prawej stronie w niedużej odległości od drzew wysoko pięły się betonowe