Inne · 12 min czytania
Ona żyje!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdyby ktoś mnie dziś zapytał, kogo chce zabić, bez wahania odpowiedziałbym, że tego, kto wymyślił telefon komórkowy. Ten bezduszny kawałek elektroniki dzwonił i dzwonił, a ja wcale nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Zwłaszcza teraz. Jednak odebrałem, ale bardziej po to, żeby skończył się ten koszmarny sygnał, wwiercający się w skacowaną głowę. - Gdzie ty do cholery jesteś!? – Uderzyło mnie na dzień dobry. - Ja...? – Zapytałem zdziwiony. – W domu... Chyba... - Dlaczego mnie to nie dziwi? – Odparł mój rozmówca.
Teraz go rozpoznałem. To był Karol. Mój przyjaciel. Ale, po jaką cholerę dzwonił? Starałem się przypomnieć sobie, czy nie istniał ku temu jakiś powód, a przy okazji jakieś szczegóły z dnia poprzedniego. Tymczasem milczenie po drugiej stronie słuchawki się przeciągało. Karol, widać doszedł do wniosku, że mu nie pomogę, wiec podjął ponownie. - Miałeś mi pomóc z nowymi meblami, pamiętasz? - Tak, jasne... Zaraz będę.
Starałem się jakoś ratować i tak już przegraną sytuacje. Milczenie Karola powodowało tylko wzrost poczucia winy. Rozłączyłem się i wstałem. Półprzytomny jeszcze poszedłem do kibla. Po krótkich oględzinach i zapachu stwierdziłem jednak, że to ostatnie miejsce, w którym chciałbym być, a tym bardziej siadać na muszli. Poszedłem wiec do łazienki. Szybki prysznic i byłem nieco świeższy. Ze śniadania zrezygnowałem, bo mój żołądek dawał mi do zrozumienia żebym go dziś nie wkurzał. Setki razy powtarzałem sobie, że przestanę pić, wezmę się za siebie, wrócę do pracy. I zawsze to miało być „jutro”, a to „jutro” nadchodziło od ponad roku. W miejscu, w którym się umówiłem z Karolem byłem po 30 minutach od telefonu. Co było chyba rekordem świata, ale mój przyjaciel zdawał się nie podzielać mojego entuzjazmu, a tym bardziej pochwalić za szybką reakcje. Z jego miny wyczytałem, że najlepsze wyjście dla mnie to siedzieć cicho i wykonywać wszystkie polecania. I tak też zrobiłem. A biorąc pod uwagę, że w roli woła spisywałem się rewelacyjnie, to załadowanie wszystkiego zajęło nam bardzo mało czasu. Udaliśmy się do jego nowego mieszkania. W samochodzie miałem okazje wysłuchać wykładu na temat tego jak się odnosi sukces. Jak praca i pieniądze rządzą światem, a kariera to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. O tym, jaki to jestem słaby i jak się stoczyłem. Czasem zastanawiam się jak my mogliśmy zostać przyjaciółmi. Mamy zupełnie odmienne charaktery i hierarchie wartości. Ale on od zawsze był, od kiedy sięgam pamięcią. Wiem, że ja za nim skoczyłbym w ogień i on za mną też. To mi wystarczało. W końcu dotarliśmy. Piękne, strzeżone osiedle dla VIP-ów. Musiałbym być ślepy żeby nie zauważyć dumy Karola. A gdybym nawet i był ślepy to nie dałoby się tego nie wyczuć, bo wręcz promieniował zadowoleniem, a jego postawa krzyczała, że on tutaj jest panem i z nas dwojga on jest tym lepszym. Jego marzenie się spełniło. Ekskluzywne mieszkanie w okolicy gdzie psa zastrzelą jak się wysra na trawnik, a właściciela jak natychmiast nie posprząta. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co takiego było w tym stylu życia, że tylu do niego ciągnęło. Ale to nie moja sprawa. Wypakowaliśmy z samochodu cały ładunek i pozanosiliśmy do jego mieszkania. Tzn. ja pozanosiłem, bo Karol z przyzwyczajenia, pracą fizyczną rąk sobie nie brudził. Zszedłem jeszcze na dół po papierosy, które zostawiłem w samochodzie, spaliłem na dole, żeby znów się nie nasłuchać kolejnego wykładu, pt. „papierosy, a moje zdrowie”, a później wróciłem. Na piętrze, na którym mieszkał Karol natknąłem się na kobietę. Z tego spotkania w pamięć zapadło mi jedno – miała najpiękniejsze oczy, jakie widziałem. Wspaniałe, jak ocean, w których chce się utonąć. - Czyżby to mój nowy sąsiad? – Zapytała, uśmiechając się. - Bardzo bym chciał, ale niestety jestem przyjacielem pani nowego sąsiada. – Chciałem się również do niej uśmiechnąć, ale chyba ten uśmiech wyszedł drętwo i sztucznie. - Szkoda. – Powiedziała po cichu, kokieteryjnie, odchylając głowę w teatralny geście.
Pożegnałem się i wróciłem do Karola i składania mebli. Zabawne, że człowiek, który mógłby, co pół roku wymieniać Merca na nowego, był tak skąpy, że nie chciał zamawiać profesjonalnej ekipy z salonu. Zrobiliby mu to duży szybciej, a przy tym sam nie kiwnąłby palcem (chociaż w tej chwili również się nie przemęczał, bo cała robotę odwalałem ja) i skasowaliby go tyle, że nawet by nie poczuł. W jego psychice jednak czaiło się coś, co podpowiadało mu żeby oszczędzał na wszystkim, na czym tylko się da, a czym i tak nie mógłby otwarcie szpanować. Z tego powodu miał najdroższe samochody, ubrania i mieszkanie, a także piękną wille za miastem. Z drugiej jednak strony meble kupił w sklepie dla przeciętnych zjadaczy chleba. Zaoszczędził nawet na transporcie i montażu. Miałem też okazję wysłuchać kolejnej części wykładu na temat tego jak się odnosi sukces w życiu prywatnym i zawodowym. Karol uwielbiał takie momenty, kiedy mógł komuś zasugerować, że jest lepszy. Ja wręcz przeciwnie. Nie znosiłem go takiego, ale tolerowałem przez wzgląd na przeszłość. Błagałem jednocześnie los o to żeby żona Karola – Zosia – wróciła z pracy. Przy niej nigdy taki nie był. Zawsze zastanawiałem się jak kobieta o duszy i wyglądzie anioła mogła kochać tak zapatrzonego w siebie faceta. Ale nie dociekałem, nigdy nie dopytywałem, bo nawet jako przyjaciel rodziny nie miałem do tego prawa. Ich życie, ich małżeństwo, ich sprawa. Zosia w końcu wróciła, a ja miałem ochotę nosić ją za to na rękach. Zresztą zasługiwała na to, bo była wspaniałą kobietą. Po skończonej robocie usiedliśmy razem i pogadaliśmy o głupotach, wypiliśmy kawę, a ja zacząłem się zbierać do domu. Pożegnałem się więc i zostałem znów sam, na cichej klatce schodowej. Kiedy wsiadałem do samochodu spotkałem znów piękną sąsiadkę Karola. Nie miałem ochoty z nią rozmawiać, wiec tylko uśmiechnąłem się przelotnie