Duchy · 9 min czytania
Oni jej nie strzegą cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Oni, jej nie strzegą. Po prostu czekają.
24-Styczeń-2011
„Przeze mnie droga w miasto utrapienia, Przeze mnie droga w wiekuiste męki, Przeze mnie droga w naród zatracenia. Jam dzieło wielkiej, sprawiedliwej ręki. Wzniosła mię z gruntu Potęga wszechwłodna, Mądrość najwyższa, Miłość pierworodna; Starsze ode mnie twory nie istnieją, Chyba wieczyste — a jam niepożyta! Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją..." Dante Alighieri „Boska Komedia”.
Prolog Oto otwarto ją przede mną. W tym pięknym mieście, tutaj w Polsce, na Lubelskim, jest prócz ruin murów i innych zabytków, stara brama. Jedna z trzech bram, które w średniowieczu odgrywały ważną rolę, gdyż tylko nimi można było się dostać do miasta. Miasto było całe otoczone wielkim murem, a za nim była głęboka na siedem metrów fosa. Jednak coś nie tak było z bramami. Były trzy, z czego tak naprawdę tylko dwie były używane. Brama trzecia, ta największa i najpiękniejsza, była zamurowana. Myślano, że zbudowano ją tylko dla ozdoby, lecz to raczej było by nie możliwe, bo brama stała w strategicznym miejscu i umieszczanie tam ozdoby było by nie mądre. Kilka dni temu, jakiś starszy człowiek zaniemógł jadąc samochodem. Stracił przytomność pędząc jakieś siedemdziesiąt kilometrów na godzinę i wjechał w bramę. Siła z jaką w nią uderzył odsłoniła jej wnętrze. Mur się rozłupał jak skorupka ugotowanego na twardo jajka, gdy stuknie się w nią łyżeczką. Staruszek tego zderzenia nie przeżył. Ja byłem blisko tego miejsca wypadku. Brama mnie już od dawna ciekawiła. Teraz kiedy jej wnętrze stało otworem, po prostu musiałem je zwiedzić jako pierwszy. Nie wiedziałem wówczas, że będę żałował tej ciekawości.
Rozdział 1 Gdzie mnie szukałeś? 1 Zawsze nosiłem w plecaku ze sobą latarkę. Myślałem jednak, że mi się nie przyda, a tu masz. Egipskie ciemności na pewno ukrywają jakieś skarby. Światło ze szczeliny przez którą wszedłem, wcale nie oświetla środka. Promień światła jednak nie ujawnił nic ciekawego. Wszędzie jest pusto. Na jednej ze ścian jest jakaś korbka. „Do czego tutaj może być korbka?” – myślę. Przecież tutaj nic niema. Władca musiał być jednak głupcem. Ta brama jest na pewno tylko ozdobą. Teraz jestem tego pewny. Zawiodłem się, ale nic nie zaszkodzi mi po prostu przekręcić korbki. Może jest tutaj jakieś ukryte przejście? Gdy już podszedłem i złapałem korbkę, poczułem mrowienie w prawej ręce – tej w której trzymałem korbkę, w drugiej miałem latarkę. Mrowienie nie przeszkodziło mi jednak w przekręcaniu. Korbka szła jak nowa. To dziwne, że w tak starej budowli mechanizmy działają jak nowe. Wraz z chwilą w której robiłem już szósty przekręt i traciłem nadzieję, że cokolwiek się stanie, poczułem na plecach ogromny chłód. Jeżeli to policja przybyła na miejsce wypadku? Dlaczego nikt, żaden przechodzień nie podchodził do miejsca wypadku; do bramy? Nie słyszałem żadnych syren, ani policyjnych, ani karetki pogotowia. Nie martwię się tym jednak. Teraz tylko zbadanie bramy się dla mnie liczy. Wraz z kolejnymi przekrętami, na plecach odczuwałem coraz to większy chłód. Przy jedenastym przekręcie zaczęło mnie już dusić w głowie, uciskało mi mózg! Nie mogę przestać, muszę kręcić. Dwunasty przekręt był dla mnie ostatnim, bowiem straciłem najprawdopodobniej przytomność. 2 Głowa mi pęka jakbym dostał obuchem. Jeszcze oczyma nie widzę niczego, prócz rozmazanego światła. Byłem ostatnio wewnątrz bramy, a tam nie było światła. Może zostałem porwany, a w głowę oberwałem od bandyty? Moje ręce macają ziemię. To nie może być normalna ziemia. W dotyku przypomina spleśniałą, kilku-tygodniową kanapkę. Nawet śmierdziała jak ona. Odzyskałem wzrok. To jakieś pustkowia. Suche drzewska wyrosłe ze spleśniałej ziemi, bez jakiegokolwiek listka lekko zasłaniały mi słońce. Samo słońce wyglądało jak przez szkiełko spawacza: było bardzo ciemno żółte i nie raziło w oczy. Widok był przerażający. Przerażenia dodawały mi myśli o pustyni jaka kryła się za tymi drzewami, lub jakimś krwiożerczym stworzeniu, które mogło zamieszkiwać tę pustkę leśną. Pustka wyglądała jak las, była tylko po prostu taka pusta. W znanym mi lesie jest mech, igły z drzewa na ziemi, ziemia nawilżona, a tutaj nie ma liści, mchu, czy nawilżonej ziemi. Przerażony nie mogłem się przez chwilę ruszyć, ale już stałem na nogach. Szedłem na przód. Nagle twardy ryk poruszył moje uszy. Na zachmurzonym, dziwnie jasno żółtym niebie pojawiło się ptactwo – ciemne kosmate wrony, albo kruki.