Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Historia · 29 min czytania

Operacja Walkiria

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mariusz Sepioło OPERACJA WALKIRIA

- Jest pan człowiekiem, jakiego potrzebujemy. – oświadczył generał Olbricht, wręczając Clausowi czarną teczkę, opatrzoną odręcznym tytułem „Operacja Walkiria”. Jak szybko domyślił się Claus hrabia von Stauffenberg, teczka musiała zawierać dokładny, rozpisany na każdą minutę plan, który miał przynieść wielką zmianę dla III Rzeszy i Europy. W pokoju przy Bendlerstrasse w Berlinie dało się wyczuć atmosferę podniosłości. W małym gabinecie na trzecim piętrze, którego adres był najpilniej strzeżoną tajemnicą wśród spiskowców, siedzieli przy obitych zielonym materiałem biurkach trzej mężczyźni, palący cygara i popijający wytrawne Grenache. Byli to gen. Friedrich Olbricht, płk. Werner von Haeften oraz nowy członek tajnego komitetu – Claus Stauffenberg. - Proszę słuchać mnie uważnie, panie pułkowniku. – zwrócił się do Stauffenberga generał. – Plan na dzisiejszy wieczór powinien być panu dobrze znany. Mam pana za człowieka odpowiedzialnego i roztropnego, dlatego nie przypominam o przymusie przestrzegania bezpieczeństwa, po wyjściu z tego gabinetu. - Rozumiem generale – odparł Stauffenberg. – po zamknięciu drzwi do tego pomieszczenia udam się niezwłocznie w kierunku mojej kwatery. Tam, po zamknięciu drzwi i odcięciu linii telefonicznej, otworzę teczkę i przejrzę jej zawartość. - Doskonale pułkowniku. Przejdźmy zatem do meritum. Jesteśmy tu dlatego, że łączy nas jedna idea, czy się nie mylę? - Skądże, generale. - Podobno idee najczęściej wpędzają ludzi do grobu… Ale ufam, że przychodząc tu i odbierając sygnały, które już dużo wcześniej do pana docierały, wiedział pan, że działanie, którego się podejmujemy, może przynieść nam śmierć. Niech pan pamięta, panie pułkowniku, śmierć nie będzie w tym przypadku karą. Będzie konsekwencją. – tu generał Olbricht zrobił większy łyk wytrawnego Grenache. – Jeśli natomiast nasza operacja się powiedzie - ciągnął Olbricht. - spełnimy do końca obowiązek wobec Niemiec. My ten kraj uwolnimy. - Doskonale rozumiem pański tok rozumowania, panie generale, i proszę mi uwierzyć, że ja, jako Niemiec, a przede wszystkim jako oficer niemiecki, mam takie samo zdanie. – odpowiedział Stauffenberg i nachylił się nad biurkiem generała. Teraz jego twarz oświetliła lampka, stojąca na brzegu blatu. Olbricht mógł dostrzec długą bliznę na policzku pułkownika. Była to blizna zadana przez „nieprzyjaciela”. Jeszcze w 1940, gdzieś w Holandii, od uciekającej na wschód armii Maczka, oderwał się jeden Polak. Młody chłopiec, który dla ideałów marnował sobie życie w walce z nazistami – tak przynajmniej sądził wtedy Stauffenberg. Został na tyłach, a kiedy przez przypadek dogonił go gdzieś w lesie pod granicą oddział Stauffenberga, chłopak postawił na patriotyczną śmierć. Krzyknął „Jeszcze Polska!” i rzucił się na Stauffenberga z jedyną bronią, która mu pozostała - z nożem. Stąd ta budząca podziw wśród kolegów blizna, dzięki której Stauffenberg otrzymał medal dla zasłużonych. „Co za bagno” – myślał pułkownik, przyjmując medal z rąk tego, który wprowadził ten porządny kraj w wielki, wiekowy, krwawy blamaż. Teraz pułkownik stał pochylony nad biurkiem gen. Olbrichta i patrzył mu głęboko w oczy. Przyszedł czas na jednoznaczne potwierdzenie decyzji – najważniejszej decyzji w jego życiu. - Może pan na mnie liczyć, panie generale. Jestem gotów. – rzekł Stauffenberg i cofnął się do elegancko wyściełanej sofy. Tym razem, pogrążając swą twarz w mroku. - Tak też myślałem, panie pułkowniku. Historia o nas nie zapomni, to jedyny profit w przypadku porażki. Przejdźmy jednak do omówienia planu, który przyjdzie nam realizować w przypadku zwycięstwa. – generał wstał i utykając, przeszedł obok Stauffenberga w kierunku okna, którego pod żadnym warunkiem nie mógł otworzyć. Na zniszczonych ulicach wrzało; domorośli rewolucjoniści już przyłączali się do Stalina. Był rok 1944 i wszystko miało się wkrótce rozwiązać. Generał kontynuował: - W razie pokonania przeciwnika przyjdzie nam stawić czoła problemom natury polityczno – militarnej. – generał mówił jak polityk, chociaż każdy z nich wiedział, że chodzi o zorganizowanie zabójstwa. Byłaby to jednak chyba najważniejsza śmierć w historii. Generał mówił: - Pierwszym problemem będzie przejęcie kontroli nad Wehrmachtem oraz zdobycie sojusznika wśród aliantów. Jest to zadanie trudne, ale wykonalne. Jego realizacją mają zająć się oficerowie, podlegający bezpośrednio mi i pułkownikowi Haeftenowi. – tu Haeften skinął nieznacznie głową w kierunku Stauffenberga. – Kolejnym etapem jest natomiast likwidacja SS, co nie powinno sprawić większych kłopotów. Oficerowie SS zostaną osądzeni i skazani już według nowego prawa, prawa Republiki Niemiec. Następnie należy utworzyć rządy wojskowe, ale to już nie nasze zadanie. - Doskonale rozumiem, herr General. – powiedział Stauffenberg i zwrócił się do Schlabrendorffa: - Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna i przyniesie temu narodowi upragnioną wolność. W imię wolnych Niemiec! – po tych słowach pułkownik uścisnął ręce obu oficerów i opuścił gabinet przy Bendlerstrasse. W Berlinie zbierało się na burzę.

* * *

Pułkownik Claus von Stauffenberg zmierzał teraz pośpiesznie w kierunku kwatery głównej, jadąc na tylnym siedzeniu samochodu, kierowanego przez Ludwiga, szeregowego Wehrmachtu. Człowiek ten nie mógł nawet domyślać się co kryje teczka, którą teraz mocno przyciska do piersi jego szef. Kiedy tylko samochód zatrzymał się przed drzwiami domu, w którym stacjonował pułkownik Stauffenberg, Ludwig wysiadł z maszyny i sprawnym gestem otworzył drzwi przed Stauffenbergiem. Następnie wyprężył się i szybkim ruchem uniósł rękę w nazistowskim pozdrowieniu. - Heil Hitler! – krzyknął, ale nie otrzymał odpowiedzi. Stauffenberg skinął głową i odszedł, co dla Ludwiga, prostego wyznawcy kultu wodza, było nie do pomyślenia. „Już nic nie będzie takie samo, chłopcze” – pomyślał Stauffenberg i wszedł do budynku.

* * *

Stauffenberg siedział teraz przy swoim biurku i palił kolejnego papierosa. W drżącej ręce trzymał kilka dokumentów, urzeczywistniających coś, co dotąd było jedynie ideą. „Idee szybko wpędzają do grobu” – słowa generała Olbrichta kołatały się teraz w głowie Clausa. Próbował je zagłuszyć i skupić się na roli, którą czytany plan mu przypisywał. Claus von Stauffenberg czytał dokładny plan zamachu na fuhrera III Rzeszy, Adolfa Hitlera. Rola jaką miał odegrać, była ogromna. To on, według dokumentu, który właśnie czytał, miał być tym, który zada ostateczny cios nazizmowi. To on miał być tym, który podłoży bombę w pobliżu Hitlera i zgładzi go na wieki. Teraz od pułkownika Stauffenberga i jego zimnej krwi zależy, czy Niemcy odzyskają wolność. Myśli pułkownika przerwał głośny grzmot, burza znajdowała się dokładnie nad Berlinem. „Burza nad Berlinem” pomyślał Claus i uśmiechnął się do siebie, bo zabrzmiało tak jak tytuł dobrego kryminału, opowiadającego o zamachu na Hitlera. Lecz to nie jest kryminał, a Stauffenberg nie jest jego autorem. Jest raczej autorem klęski fuhrera. Plan mógł wypalić, to był ten moment.

* * * Nazajutrz, generał Olbricht, płk von Haeften i płk Stauffenberg spotkali się w tym samym miejscu o 10 rano. Ustalono ostateczny dokładny przebieg akcji, potwierdzono role, jakie poszczególni szeregowi w kwaterze Hitlera mieli odegrać. Stauffenberg wiedział, który oficer jest spiskowcem, znał wszystkich, którzy będą mu ułatwiać jak najbliższe dojście do fuhrera. Płk Haeften został zaopatrzony w szybki samochód, którym wraz ze Stauffenbergiem ewakuują się z bazy po dokonaniu zamachu. Obaj oficerowie wiedzieli, że strażnicy, stojący w bramie, pozwolą przejechać zamachowcom, po czym niezwłocznie zamkną przejazd. Ostatnia komenda generała, głośne i pełne pasji „Nasz czas nadszedł” i Stauffenberg mógł rozpoczynać dzieło. Dzieło przywrócenia normalności.

* * *

O godzinie 9.20 następnego dnia, płk Stauffenberg znajdował się na pokładzie samolotu łączącego Berlin z Rastenburgiem, kwaterą główną. Miał ze sobą teczkę, w której znajdowały się liczne notatki z informacjami na temat sytuacji na frontach. Ponadto teczka zawierała kilogramową bombę z heksanitu i cukierki mleczne, z najlepszej cukierni w Berlinie. - Jak samopoczucie, herr Stauffenberg? Trzęsie co? – spytał kpt. Hans von Klemcke, mało znaczący oficer, podróżujący do Rastenburgu, w celu spotkania Wodza. Dotąd von Klemcke widział go tylko podczas długich i pasjonujących wieców, na placu głównym w Berlinie, oczywiście nocą, przy blasku świec. Pytanie skierowane do Stauffenberga było tylko grzecznością, przymusem. W samolocie panował nastrój, odpowiadający w dużym stopniu nastrojowi społecznemu. Kompletne przygnębienie, w którym trudno zdobyć się na uprzejmość. A jednak. - Dziękuję, bardzo dobrze. Z reguły loty nie działają na mnie negatywnie, ten zaś podziała, na co bardzo liczę, dalece pozytywnie. – von Klemcke odwdzięczył się gorzkim uśmiechem i powrócił do lektury „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. „Podziwiam” - pomyślał z pogardą Stauffenberg, być może dlatego, iż sam nigdy nie przebrnął przez tę powieść. Von Klemcke natomiast znów poczuł chęć zajęcia czasu rozmową z pułkownikiem. - No, panie pułkowniku – zawołał, odrywając się od książki. – długo nasza Rzesza nie pożyje. – słowa te wywołały konsternację wśród pasażerów „Fryderyka Wilhelma”, którymi byli w większości najwyżsi oficerowie Wehrmachtu, zmierzający na spotkanie z Hitlerem. Klemcke najwyraźniej poczuł wzrok współpasażerów na swoich plecach i na dobre pogrążył się w lekturze. O godzinie 10.15 Stauffenberg był już przed bramą kwatery. Spojrzał przez szybę samochodu, którym jechał wraz z płk Haeftenem, na strażników, podnoszących szlaban. Haeften nawet wyjrzał z wozu i odezwał się do żołnierzy: - Czołem żołnierze, jak tam służba w ten piękny, lipcowy poranek? – głos Haeftena brzmiał wesoło, Haften był w dobrym humorze. Ale poranek wcale nie był piękny; dzień był pochmurny i parny, ze Stauffenberga lał się pot. - Służba nie drużba, jak to mówią. Ale dzień rzeczywiście piękny. – odparł szybko jeden ze strażników i znacząco spojrzał w oczy pułkownika. Haeften pozdrowił raz jeszcze wartowników i ruszył w kierunku budynku B.

* * *

Po wejściu do pierwszego budynku kwatery, w którym znajdował się pokój odpraw, Stauffenberg od razu zauważył stojącego przy lewym boku feldmarszałka Keitela, generała Becka, człowieka, który po udanym zamachu na fuhrera miał podjąć się misji rozbrojenia SS w Berlinie i przygotowania żołnierzy Wehrmachtu na złamanie przysięgi, którą składali narodowosocjalistycznemu przywódcy. Beck spojrzał w kierunku Stauffenberga, poruszył się lekko i głośno przełknął ślinę. Był zdenerwowany. - Witam, panie pułkowniku, w naszych skromnych progach. – zawołał do Stauffenberga. Po tym znaczącym, według Clausa, powitaniu, towarzysze generała odwrócili się i zmierzyli Stauffenberga chłodnym, zmęczonym wzrokiem. – Mam nadzieję, że pański lot odbył się bez zakłóceń. – tu generał podszedł do Stauffenberga i mocno uścisnął mu rękę. Potrząsając prawicą pułkownika, mówił, a raczej syczał, wprost w twarz Stauffenberga: - I co, Stauffenberg, przywiózł pan dobre wieści? – jedyną możliwą odpowiedzią w tej chwili było dla Clausa krótkie zdanie, które rzekł niemal szeptem: - Mam nadzieję, Herr General, mam nadzieję… Po tej krótkiej, ale męczącej rozmowie, po której pot wystąpił na czoło Stauffenberga grubymi kroplami, pułkownik odszedł do przedsionka, który prowadził już tylko do drewnianego baraku. To tam znajdował się Hitler. Wraz ze Stauffenbergiem szedł ramię w ramię Haeften. Bał się, tak samo zresztą jak Stauffenberg. Za kilkanaście minut miało nastąpić wydarzenie, które diametralnie odmieni życie ich i całego narodu. Są tylko dwa wyjścia: powodzenie misji i wolność dla Niemiec, albo odkrycie przez któregoś z asystentów Hitlera zawartości walizki i niechybna śmierć przez rozstrzelanie. Stauffenberg nie był gotowy na śmierć, już dawno między bajki włożył historie o heroizmie i odwadze w obliczu otrzymania okrągłej i lśniącej, ołowianej kulki w łeb. Bał się zawsze, kiedy był wysyłany na front, bał się Polaka, bolszewika, rozwścieczonego, doprowadzonego do ostateczności Żyda. I był pewien, że każdy z żołnierzy taki strach odczuwał. Teraz bał się tak samo, ale tak samo jak nie wycofywał się z pola bitwy, tak teraz nie mógł uciec z miejsca, w którym ma się dokonać historyczny przełom. To nie będzie zwykłe zabójstwo, zwykły zamach; to będzie zakończenie pewnego ciemnego rozdziału, zamknięcie. I to on, Claus von Stauffenberg, ostatni zgasi światło. Przedsionek prowadził na tyły wielkiego hangaru, opatrzonego wielkim znakiem „B”, któremu towarzyszyła ogromna swastyka. Po wyjściu na swego rodzaju dziedziniec, Stauffenberg zachłannie łapał powietrze. Nie wiedział, czy to te ciasne przejścia, którymi szedł w kierunku przedsionka działały na niego w ten sposób, czy po prostu strach, który paraliżował mu w tej chwili nogi. Spojrzał w niebo. Zobaczył szare chmury, które z pewnością tego dnia zwiastowały kolejną w tym gorącym lipcu burzę. A burze w tym rejonie były niespotykanie gwałtowne. Zaczynały się od mocnego, porywistego wiatru, którego świst wdzierał się przez nieszczelne okiennice lub zwyczajnie przez otwory, w których kiedyś były okna. Trwały dobrych kilka godzin, a grzmoty, które jej towarzyszyły były porównywalne do eksplozji w centrum miasta – zawsze głośne i przerażająco głuche, wyrywające z mieszkań zwęglone ciała ludzi i wyrzucające wysoko w górę nawet najcięższe samochody. Teraz wiatr ucichł, wilgoć powietrza dusiła astmatyków i nie dawała pracować. Stauffenberg otarł spotniałe czoło. Do baraku, w którym odbywała się właśnie narada na najwyższym szczeblu, było jakieś 20 metrów. Stauffenberg spojrzał na Haeftena. Był blady i często przełykał ślinę, schylając przy tym głowę, co przypominało nerwowy tik. Widok poważnego i doświadczonego oficera Wehrmachtu, który przeżywa katusze w drodze na najważniejszą misję swojego życia, jeszcze bardziej sparaliżował Stauffenberga. Ale na rozterki duchowe zwyczajnie nie było teraz czasu. Nie teraz, kiedy wszystko jest już dopięte na ostatni guzik. W torbie Stauffenberga zaszeleściły wyborne, trudne do zdobycia w stolicy III Rzeszy, cukierki mleczne. Od kilku minut nikt nie stawał na drodze dwóch oficerów z Berlina, nikt ich nie zatrzymał, nikt nie sprawdzał zawartości teczki…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Operacja Walkiria — czytnik · opowiadania