Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 11 min czytania

Opowiadania z Wieloświata: Matka Zieleń cz.2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Bezkształtne myśli wędrowały powolnie, wybudzając ospałe synapsy z wymuszonego letargu. Świadomość stopniowo odnajdywała wszystkie kończyny, a zmysły zapragnęły informacji.

Jest miękko, pomyślał Berg. Jego uszy wychwyciły delikatny śpiew, coś w rodzaju kołysanki splecionej z kojącego altu. Zapach ziół przywołał wizję: lubczyku, kopru, tymianku i szczawiu.

Otworzył oczy. Obraz ściskał i rozciągał przestrzeń, jak galaretę. Mózg wydał rozkaz mięśniom: wstawaj, ale nogi tylko drgnęły. Potworny ból rozdarł mu tors i rozlał się po ciele.

Teraz był już pewien, że żyje, ale nie wiedział, jak długo to potrwa.

– Aghh… – jęknął, zaciskając powieki.

– Nie! Nie ruszaj się! Szwy są jeszcze świeże – nakazał silny kobiecy głos. Germanin poczuł dotyk delikatnej dłoni w epicentrum cierpienia; była jak chłodny okład dający wytchnienie poparzonemu.

– Men hedaj, selitaras sesmadail – wyszeptała nieznajoma. Berg nie rozpoznał języka, ale ból zelżał do poziomu mrowienia. Otworzył oczy. Obraz był stabilny i wyraźny, pomimo panującego półmroku.

– Kim jesteś? – spytał parę szmaragdowych oczu, spoglądających na niego z góry.

– Leśną wróżką królewiczu, a teraz leż spokojnie, bo rana się otworzy. Musiałam włożyć w to sporo… – zrobiła dźwięczną pauzę, szukając odpowiedniego słowa – pracy. – Jej głos był stanowczy, ale przyjemny zarazem.

– Dziękuję – wyszeptał Berg i zasnął.

*******************************

Słowiański wojewoda zebrał starszyznę w centralnej chacie. Choć nazywano ich starszyzną, to żaden z mężczyzn nie przekraczał czterdziestki. Czekali w milczeniu na przybycie germańskiego wodza Angerena, który starł ich obronę w pył, a większość Słowian, którzy stanęli do walki, zaszlachtował jak świnie.

Angeren odchylił skrzydło drewnianych drzwi i stanął w progu. Nie bał się ataku: Starszych osady otaczał kordon germańskich siepaczy. Wchodząc, obrzucił podbitych pogardliwym spojrzeniem i podszedł do podłużnego stołu, który oddzielał go od posępnych wołchwów.

– Warunki są takie… – podjął, wspierając masywne ramiona na blacie – Mój syn zaginął gdzieś w waszej zasranej „Świętej Puszczy”. Pójdziecie razem z moimi, żeby go odnaleźć i jak wróci… to zastanowimy się nad warunkami kapitulacji.

– A jeśli nie wróci? – spytał wojewoda Radogost. Angeren wyprostował plecy i rzucił mu mordercze spojrzenie.

– Wtedy kapitulacja nie będzie konieczna.

– Nie możesz tu wchodzić! – wygrzmiał wartownik pilnujący wejścia.

– To mnie zabij barbarzyńco! – zachrobotał, damski głos. Próg chaty przekroczyła mała, garbata postać, ubrana w znoszoną lnianą tunikę, przyobleczoną w różne zioła, mikstury i amulety. Idąc, wspomagała się powykręcanym kosturem z uwieszoną zbielałą czaszką wiewiórki, a przy pasku ze skręconych lian opasającym jej talię, zwisały zasuszone fragmenty innych zwierząt.

– Wanga… – odezwał się jeden z wołchwów. Jego oczy wyrażały mieszankę szacunku i przerażenia. Starszyzna padła na kolana.

– A to, co to znowu za chodzące truchło! – Oburzył się Angeren. – Wyprowadzić mi to pogańskie dziwadło! – Dał znak Siepaczowi stojącemu za Wangą. Strażnik zrobił krok w stronę staruszki. Kobieta rzuciła młodzikowi pogardliwe spojrzenie, po czym splunęła mu pod nogi przeżutą korą. Siepacz zatrzymał się skonfundowany: w germańskich oddziałach krążyły legendy o pogańskiej magii i klątwach z nią związanych.

– Mam wieści o twoim synu – wyrzęziła starowina.

Germański wódz stanął naprzeciw niej.

– Oby były dobre – pogroził.

– Matka Zieleń udzieliła mu łaski i schronienia; wróci za dwa dni.

– Nie drażnij mnie, spróchniały babsztylu! – Dowódca dostąpił do Wangi, złapał za tunikę i uniósł do góry jak pokraczne dziecko. Wołchwowie, drgnęli gotowi rzucić się z pomocą, ale straż zagrodziła im drogę.

– Gadaj gdzie on jest! – Angeren potrząsnął nią gwałtownie. Wanga tylko mlasnęła beznamiętnie, memłając coś w pomarszczonych ustach. Splunęła w bok i spojrzała oprawcy prosto w rozwścieczone oczy.

– Za dwa dni; polana nad brzegiem rzeki – oznajmiła bez przejęcia.

************************

Berg, w pełni przytomny, siedział przy omszałym, spróchniałym stole. Milczał. Całą jego uwagę pochłaniała postać, krzątająca się przy niewielkim palenisku. Piękna, zadbana kobieta; mocno kontrastowała z otaczającą go sypiącą się izbą. Przypominała wycięty fragment pięknego portretu naklejony na zbutwiałe płótno. Przez dziury w ścianach i dachu przebijały wątłe snopki dziennego światła, a zapach ulatujący z bulgoczącego kociołka wywoływał u niego ślinotok. Niestety przy każdej próbie zaczerpnięcia ziołowego oparu, jego tors rozdzierał rwący ból.

Mimowolnie przełknął ślinę i jęknął.

Nieznajoma zwróciła wzrok w jego stronę. Te oczy, pomyślał, te nieziemsko szmaragdowe oczy. Na ich widok rana przestawała dokuczać – a przynajmniej tak mu się wydawało.

Kobieta podeszła do niego, wstępując w jeden ze świetlnych prążków, przeciskających się przez strzechę. Jej zwiewna, prosta suknia mieniła się różnymi odcieniami zieleni i błyszczała jakby pokryta całunem z porannej rosy.

– Możes

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowiadania z Wieloświata: Matka Zieleń cz.2 — czytnik · opowiadania