fantastyka · 10 min czytania
Opowiadania z Wieloświata: Matka Zieleń cz.3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Berg przysiadł na ziemi, opierając się o coś, co uznał za drzewo. Przetarł oczy, ale pozostawił powieki zamknięte: w ostatnich dniach za każdym razem, kiedy je uchylał, czekała na niego nowa niespodzianka okraszona sporą dozą cierpienia.
Wpierw badawczo zaczerpnął powietrza; pachniało rzeką. Wokoło pohukiwał trel ptactwa podszyty ciągłym szumem wartkiego potoku.
Wreszcie odważył się spojrzeć; siedział przy młodej topoli rosnącej tuż przy skraju lasu, a kilka metrów przed nim pędziła przewężona rzeka. Po chwili dotarło do niego, że nie czuje już bólu przy oddychaniu.
Pośpiesznie rozchylił koszulę i spojrzał na pierś, w której utkwiła strzała, przebijając mu płuco. Po ranie pozostała jedynie owalna, różowa blizna.
– Nie dziękuj – oznajmił rozmyty kobiecy głos dochodzący zza pobliskich krzewów. Berg poderwał się gwałtownie i rozchylił zarośla. Po drugiej stronie nie zastał nic prócz typowego dla tego lasu mchu i kolonii muchomorów.
– Nie wysilaj się – rozbrzmiało echo za jego plecami.
Odwrócił się i jęknął z bólu: przecenił swój stan.
– Ostrożnie; jestem dobra w leczeniu, ale to była potworna rana.
Część 22 / 4
– Dziękuję ci pani, Areteme – wycedził przez zaciśnięte bólem zęby.
– Nie dziękuj, powiedziałam. Życie za życie: oszczędziłeś kobietę, a ona powierzyła cię mnie. Nie mogłam odmówić. – Echo wypowiadanych słów biło z każdej strony, zaburzając percepcję rycerza.
– Jak mogę się odwdzięczyć? – zapytał leśną gęstwinę.
– Nie pozwól tatulkowi wyrżnąć osadników. Muszą dalej się modlić i czcić mój las… czcić mnie.
– Zaklinam się na najświętszą panienkę! Zrobię co w mojej mocy, choćbym walczyć z nim musiał.
– Uważaj co obiecujesz: las słucha, drzewa pamiętają. – Głos Zielonej Matki pohukiwał ledwie słyszalnym echem, ale dźwięk brodzących w rzece koni wyparł ten pogłos i zdominował przestrzeń.
– Berg… Synu? Czy to ty? – zawołał Angeren, gdy stanął na skraju puszczy. Młody rycerz obrócił się i zaczął powoli człapać w jego stronę. Dowódca germanów zeskoczył z rumaka, dopadł do syna i chwycił w ramiona.
Dopiero drugi bolesny jęk skłonił go, żeby nieco poluźnić uścisk.
Część 33 / 4
************************************
Po roku od bitwy na Jagodowym wzgórzu Wódz zjednoczonych Germanów oficjalnie oddał podbity gród pod władanie Angerena i wcielił osadę do granic swojego młodego, drapieżnego kraju.
Pomimo upływu czasu Słowianie nie przejawiali chęci do integracji z napływającą falą zachodnich osadników. Trudno im się dziwić: koloniści zajmowali domostwa i majątki poległych w bitwie o Wzgórze. Zresztą Germanie również nie inicjowali socjalizacji: uważali Słowian za dzikie, pogańskie plemiona, odprawiające krwawe rytuały w leśnych ostępach.
To właśnie wiara stała pomiędzy oboma ludami niczym mur oddzielający dwa światy. Wódz Angeren przychylił się do prośby syna i nie narzucił miejscowym Nowej Wiary – co było nie w smak kapłanom żyjącym z datków wiernych. Każdej niedzieli z ambony niewielkiej drewnianej świątyni, padały słowa pogardy wobec panoszących się pogan oraz przestrogi o gniewie Jedynego Pana, który na nich sprowadzą. Całe szczęście, jak do tej pory, groźby pozostawały bez pokrycia.
Ziemia była tu wyjątkowo żyzna, a ludziom żyło się wygodnie i dostatnio. Słowianie ograniczali modły do pogrzebów i cyklicznych zgromadzeń w lesie, po których wracali ze sporą ilością upolowanej zwierzyny – co nigdy nie było dane germańskim łowcom. Ilekroć koloniści wchodzili do kniei, wracali z niczym, zupełnie jakby las był dla nich martwy. Ponoć nawet ptaki przestawały śpiewać – choć to pewnie przesada. Niemniej jednak rozczarowanie i zazdrość tworzyły mieszankę wybuchową, która sączyła nienawistne myśli na widok każdej upolowanej sarny, skórowanej w pogańskim domostwie.
***********************************
– Angerenie, domagamy się stanowczych działań! – wykrzyczał kapłan Nowej Wiary i pogłaskał brzuch wystający spod białej sutanny ze złotym haftem. Wódz rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.
– I co ja mam niby zrobić? Co? Zakazać im polować!? Przecież was też żywią!
Część 44 / 4
– Bo sami polować nie możemy! Demony zwierzynę gonią, a przed naszymi myśliwymi tylko żaby rechoczą.
Angeren spojrzał na żonę i córeczkę, która kryła się za jej sukienką, potem łypnął na starszego syna i westchnął pociągle.
– Czy jeżeli zakażę im obrzędów w lesie, to ojczulek udobrucha ludzi?
– Ojcze!
– Milcz Berg! Nie może być tu buntu, bo stary Helmut gotów innego rządcę na moje miejsce przysłać. To jak będzie, kapłanie?
– Powinno nam to kupić łaskę Pana… na razie – wysyczał klecha.
– Wołać mi tego wołchwa, Radogosta – nakazał strażnikom. – Ma tu natychmiast przywlec swoje pogańskie dupsko!
***************