Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 10 min czytania

Opowiadania z Wieloświata: Matka Zieleń cz. 5 - za

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Korytarz w jaskini był wąski, a podłoże ohydnie grząskie, jednak widok ścian porośniętych fluoroscencyjnym mchem, pozwalał zapomnieć o tym, co pod nogami. Przy każdym dotyku skały rozbłyskiwały pasami turkusowych szmermeli, zupełnie jakby porosty przekazywały sygnały o czyjejś obecności.

Im głębiej do wnętrza groty wchodziły, tym Malit odzyskiwała więcej siły i w pewnym momencie Areteme nie musiała prowadzić dziewczynki za rękę: szła żwawo, a jej policzki przybrały zdrowy, rumiany kolor. Czarownica stanęła naprzeciw wejścia do komory, przesłoniętego kotarą ze zwisających porostów.

– Jesteśmy – oznajmiła stanowczym tonem. Jej oczy opalizowały żywą zielenią. Malit trochę się bała: babcia często opowiadała jej o demonach czyhających w dzikich ostępach bezbożnej ziemi. Jednak fakt, że fizycznie poczuła się lepiej, sprawił, iż zyskała więcej pewności siebie i nieco zaufania wobec dziwnej znajomej brata.

Czarownica rozchyliła pnącza. Pieczara, którą skrywały, była ogromna – ale nie to stanowiło jej najwspanialszy element: pośrodku, otoczone karmazynową sadzawką, rosło drzewo. Nawet z daleka wydawało się bardzo wysokie i grube na kilka metrów. Jego obecność w tak ciemnym miejscu przeczyła logice: światło wpadało tu jedynie bardzo wąskimi strużkami, a wokół nie rosło nic prócz jaskiniowych grzybów i karłowatych plech wodnych roślin. Mimo tak znikomej ilości dziennego blasku grotę wypełniała dziwna poświata, coś jakby mgła z rozproszonego światła o czerwonawej barwie.

Areteme ruszyła w stronę olbrzyma, którego górne konary podpierały sklepienie, wyściełając je ornamentem ze szkarłatnych liści. Malit podążyła za nią i weszły na wąską groblę, wiodącą wprost do ogromnego drzewa. Dziewczynka dostrzegła niewysoką, staruszkę podpierającą plecy o poprzecinany głębokimi bruzdami pień.

Uczucie wilgoci w trzewiku wywołało u Malit potrzebę spojrzenia pod nogi.

– Aaaa! – krzyknęła i wyrwała nogę z czerwonego, gęstego bajora. – Cz-cz-czy to krew!? – wyjąkała. Areteme zaśmiała się kobieco.

– Nie dziecko, to glony: tak dla lepszego efektu wobec pielgrzymów. Chodź, Wanga odprawi rytuał oczyszczenia od środka, a my musimy zrobić naszą część – oznajmiła czarownica i wyciągnęła z mankietu, niewielki kord z drewnianą klingą.

Malit wzdrygnęła i zrobiła krok w tył.

– No tak… należą ci się wyjaśnienia – orzekła Areteme i spoczęła na grubym, wykręconym korzeniu, wystającym z czarnej gleby. – Wszystko działo się już tak dawno temu… Uciekałyśmy razem z orszakiem Bachusa. Uciekałyśmy przed gniewem, przed rozpaczą, które zrodziły nienawiść. Była nas garstka: on i jego oddane Menady. Wszystkie wygnane, wszystkie przeklęte przez uosobienie Wiedzy, ukochaną córkę Pioruna.

Dopadła nasz orszak daleko na północ od pierwotnego morza. Bachus poległ przebity włócznią Sprawiedliwej Wojny. Jego krew zbryzgała dwie z nas, które walczyły do końca. – Areteme spojrzała na Wangę. – Reszta posoki spadła krwistym deszczem, wysycając ziemię boską mocą. Ale Liber nie zginął – a przynajmniej nie całkiem.

Szkarłatne strumienie spłynęły potokami, gromadząc jego esencję właśnie tu… W tej grocie. Niebawem spomiędzy skał wykwitło życie; kiełek krwawego Buku – czarownica pogłaskała omszałą korę. – Boski zalążek Bachusa. – Zeskoczyła z korzenia i podeszła do dziewczynki. – Żeby mógł cię oczyścić, musisz się na niego otworzyć – wyszeptała, głaszcząc jej policzek. Malit nawet nie zauważyła, jak chwyta jej dłoń aż do momentu, gdy poczuła ostry ból.

– Ałła! – Germanka cofnęła rękę.

– I po krzyku – oświadczyła oschle Areteme, – Wanguan! Możesz zaczynać!

Starowina obróciła się do Buku i wyszeptała inkantację. Łyko zafalowało, jakby drzewo coś przełykało; dwa wiekowe płaty kory rozstąpiły się, tworząc przejście do wnętrza pnia. Baba Wanga weszła do środka, a amarantowy floem zasklepił szczelinę, niczym zamykające się wargi ogromnej ryby.

– Chodźmy! – Areteme wyciągnęła rękę do Malit, która tylko rzuciła w nią podejrzliwym spojrzeniem.

– No już… gdybym chciała ci zrobić krzywdę, nie zadałabym sobie tyle trudu, żeby cię tu sprowadzić. – Nie był to zbyt pokrzepiający argument, ale zadziałał. Dziewczynka, za wskazaniem czarownicy, podeszła do pnia i przycisnęła krwawiącą dłoń do kory. Drzewo było zaskakująco ciepłe. Malit wyczuła przyjemny zapach bzu i świeżo ściętej trawy. Zamknęła oczy. Jej dłoń oplotły nitkowate pędy. Czyjaś świadomość, otoczyła ją bezpiecznym kokonem.

Nagle zapach się zmienił, a ciepło odeszło. Teraz pachniało wilgocią i grzybem. Potworny ból przeszył jej kości, a wnętrze ust zapiekło dotkliwie.

Otworzyła oczy.

Wszędzie panował półmrok. Oderwała rękę od zimnej, oślizgłej ściany. Chciała gwałtownie odskoczyć, ale nogi odmówiły posłuszeństwa, a kolana zagruchotały niczym pękające gałęzie. Przewróciła się, uderzając plecami o przeciwległą ścianę. Fluorescencyjny mech zareagował, wypełniając…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowiadania z Wieloświata: Matka Zieleń cz. 5 - za — czytnik · opowiadania