Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 15 min czytania

Opowiadania z Wieloświata: Siostra Czerwień cz.2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Świadomość rozgoniła sen Suli już przy pierwszym pianiu; kogut, zwierzę opętane, darł się, jakby go Nocnice z pierzy na żywca obdzierały. Ptaszysko okrutne jeszcze dwakroć ciemność nocy przegnało, nim Pomianowa westchnęła ciężko i delikatnie zsunęła się z małżeńskiego posłania. Nie chciała zbudzić Rasława, żeby sobie jeszcze pospał, odpoczął i ciało życiem nakarmił, bo przy pracy się nie oszczędzał.

Kobieta przeciągnęła się jeszcze leniwie, obeszła łoże, które jednocześnie ciepłe i lodowate było, spojrzała na męża, uśmiechnęła się miło i przykryła go pościelą.

Mężczyzna sapnął coś do sennej mary, pomamrotał bez sensu i przewrócił się na bok.

Suli zadrżała. Sykliwy głos wypełzł z trzewi i wcisnął się do głowy: „Oczy otworzy i jurny będzie, jak to każdy chłop o poranku, a ty dać musisz, bo się należy, jak wiernemu psu ochłap z pańskiego stołu”, ale Suli nie słuchała już tych strachów, które skarłowaciała dusza często do uszu szeptała. Co to za strachy, które są i będą, bo były zawsze; człowiek od nich nie ucieknie, a żyć trzeba, no bo co innego robić.

Odstąpiła od Rasława, zrzuciła halkę, obmyła się w balii, zajrzała do dziewczynek i wyszła do kurnika. Lubiła poranne obowiązki, dawały jej namiastkę celu i pozwalały zapomnieć o innych powinnościach; tych, które oskrobywały ciało z duszy, chęci i pragnienia.

– No macie. – Sypnęła ziarnem, a wdzięczne kwoki zagdakały, chwaląc poranną karmicielkę. – Powoli, bo się pokrztusita! – zaśmiała się Suli: szczerze, w głos. Potem popatrzyła tak na te kwoki i smutek serce jej ogarnął, bo nielepsza od nich była: przydatna, dopóki jaja zdrowe nosi, a jak już uwiędnie od środka, to łeb jej zetną i na drzewie powieszą. – Jajka…! – pomyślała na głos i oprzytomniała, bo myśl o tu i teraz zawsze z marazmu cuci. Rzuciła kilka garstek na zapas i zajrzała do kurnika. – No to macie jeszcze, bo dobrze się niesiecie. – Suli pochwaliła gdaczki, sypnęła ziarnem i sama trochę żyta do ust włożyła, po czym zaśmiała się groteskowo i przysiadła na pniaku.

Zza kurnika uszu jej sylabiczny świst doszedł. Suli wyjrzała zza węgła kwoczego domku. Na ganku, przy wejściu do sieni, skąpana w resztkach porannej mgły siedziała babka Wisława Pomian z domu Bogorja, a przez rodzinę Wicia wołana. Staruszka okutana w znoszone łachy, chustę i buty wypchane, bujała się w fotelu, przewracając paciorki. Ale koraliki jej inne były niż wiedźmowe, te od kapłana Boga Jezusowego dostała, kiedy jeszcze z dalekich Siemnic nawracać przyjeżdżał. Wisława tedy dała mu się przekonać i paciorki przyjęła, modlitwy też się nauczyła. Niedługo potem krew jej pod czaszką rozum zalała i wtenczas czucie po części straciła, a mowę całkowicie. Rasław z ojcem psami kapłana poszczuli, a Wicię chcieli do Bachusa zanieść, o pomoc Matkę Zieloną poprosić, ale babka wyła straszliwie, chrypiała, pluła i różańcem ich okładała, gdy tylko do lasu się zbliżali. Po kilku razach odpuścili, a pani Areteme powiedziała, że sługom Drzewa tylko pomaga i noga jej w pogańskim obejściu nie postanie.

Suli podeszła do Wisławy, fartuch z bioder odwiązała i na zziębnięte kolana staruszce wyłożyła. Wiedziała, jak to być więźniem ciała – zdrowego czy chorego, różnicy żadnej. Podziwiała też Wicię za wiarę w tego Ojca Jezusowego, bo jak to tak wierzyć można w coś, czego zobaczyć się nie da.

Babcia świszczeć przestała, wykrzywiła usta w słaby uśmiech i Sulihnę po dłoni zimną ręką pogłaskała. Wnuczka przysposobiona babcię w czoło cmoknęła, rączki żylaste pomasowała i do kur wróciła. Wicia kilka łez za Sulihną uroniła, bo babcia nie mówiła i słabo czuła, za to widziała więcej niż ci, co mówią i czują wszytko. Widziała cierpienie, które za Sulihną jak chochoł kroczy i szczęście odstrasza.

Pomianowa podwinęła lnianą suknię i weszła do ptasiej chaty, żeby jaj na śniadanie, a może i na targ uzbierać. Nie zdążyła nawet do połowy ciała w kurzym mieście zanurzyć, a mocny chwyt za pas wyciągnął ją na zewnątrz.

– Tu się chciałaś schować. Koguta szukałaś? Powiedz, w czym opierzony kur lepszy od takiego gołego? – pożartował Rasław i uśmiechnął się do żony.

– A może ja pióra lubię, i dziób twardy. – Suli podjęła zabawę, dusząc śmiech: szczery, nawet zalotny. Jakoś tak jej na chwilę lekko i wesoło się zrobiło: na duszy i w sercu.

– Dziób to ty wiesz, że ja mam długi i twardy, a o pierzu się pomyśli, jak tak lubisz. – Przyciągnął ją do siebie i zaczął całować, łapczywie, ale z miłością. To nawet lubiła, ale gdy za bardzo się rozochocił i macać zaczynał, strach wrócił wespół ze wstrętem i obojętnością, a wiadomo przecież, że oba te czucia, to dla pożądania martwota.

– Przestań, kurnikiem śmierdzę! – Odsunęła go stanowczo, acz delikatnie. – A i dzieci też zaraz wstaną.

– Dla mnie to ty możesz i krową capić, a i tak konwaliami pachnieć będziesz.

Brał ją, nie było ucieczki. Przez suknię czuła, że Rasław nie odpuści, że musi mu dać, bo żona dawać powinna, inaczej do drugiej polezie i babę z córkami porzuci, wepchnie w kościste głodu ramiona. Dała się więc do izby prowadzić, nawet niespecjalnie zła. Tedy babcia rozkaszlała się paskudnie. Rasław chuć w nogawkę schował i do babki dopadł bez wahania, z troską w oczach.

Dobry to był chłop, Suli nie mogła narzekać, bo i pracowity, i rodzinę miłował, a ona jego… kochała. Nie chciała, żeby cierpiał przez nią i jej myśli ręką czarcią zasiane.

Pomianowa doszła do babci i starowinę uspokoić pomogła. Powietrze poniosło zapach moczu. Wicia szarpnięta przez spazm kaszlowy popuściła i wstyd jej było tak, że brodą z nerw trzęsła i łez nie szczędziła.

– Już, ćśś… Babcia się nie nerwi. Wypiorę – obiecała Suli i babcię przytuliła.

***

Wartki potok Złotej Łączy szumiał nieopodal, a słońce mocno wbiło się w błękit wiosennego nieba. Suli szła nieśpiesznie, a w misie babcine łaszki i pokrwawioną halkę Ludzi niosła. Najmłodszą z dziatwy ze snu ból potworny wybudził, a gdy krew w pościeli i w kroku Ludzia dojrzała, rozwrzeszczała się potwornie. Trzeba było ją uspokoić, przekonać, że nie umiera, że na pomirki nie musi iść, bo jeszcze młoda jest i ta krew naturalnie płynie, i teraz jest kobietą w pełni, choć wcześnie.

Suli uśmiechnęła się, bo komiczna to była scena.

Po chwili zboczyła z drogi piaskowej i weszła w ledwie widoczną ścieżkę wydeptaną przez kobity pomiędzy chaszczami. Dróżka w zieleni prowadziła w miejsce, gdzie chłopy tarę zatachali. A zatachali nad ten kawałek rzeki, bo tu Złota nieco odpoczywała i nie cwałowała już w wąskim korycie, tylko szerokim garbem w ląd się wgryzała.

Pomianowa przyklękła na brzegu. Ziemia jeszcze zimę pamiętała i chłodem po kolanach ciągnęło, ale na szczęście wiosna już od góry przyjemnym ciepłem plecy głaskała. Suli nie było śpieszno, lubiła przyrodę, lubiła uciekać myślami w fantazje rozmaite, wyobrażać sobie, jak zrzuca jarzmo życia ludzkiego i biegnie przed siebie niczym nimfa wolnością upojona. Dzięki myślom radosnym nawet nie czuła wody rześkiej ani znoju w ramionach, bo plamy z moczu to zeszły szybko, ale krew to siły, tarcia i tłuczenia wymagała. Pomianowa chciała coś zanucić, żeby pracę sobie osłodzić, i gdy już usta i umysł do piosnki szykowała, to inna melodia poniosła się po rzece.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowiadania z Wieloświata: Siostra Czerwień cz.2 — czytnik · opowiadania