Fantasy · 12 min czytania
Opowiadania z Wieloświata: Siostra Czerwień cz.6
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Suli jak zwykle w las czegokolwiek nazbierać poszła. Nie o dary puszczy jej chodziło, bo tych jej Wanguan zawsze nadawała krocie: a to betków, a to jagód lub poziomek słodkich, więc zbierać już nic nie musiała. Pomianowa z wiedźmą swoją rdzawą spotkać się wyszła, bo odkąd Wan poznała, to żyć się jej jakoś bardziej chciało, życia pragnęła i w końcu w tym życiu na coś z utęsknieniem czekała. Nawet rodzinę mocniej kochała – nie to, żeby przedtem obojętną jej była, nie. Zawsze córki uczuciem matczynym darzyła, a Raska szacunkiem i sympatią, ale odkąd dusza w sercu ozdrowiała, to Suli intensywniej, wyraźniej sobą obdarowywała.
Rasław wcale jej teraz nie wadził, bo mu Wan magią chuć łagodziła, więc i strach przed przymusem łóżkowym zniknął, a i dziewczynki grzeczniejsze się zrobiły, bo matka milsza i rozpromieniona po obejściu chadzała, melodyjki nuciła, radość oczom i sercu dawała. Tak to jest z tym szczęściem, że się na wszystkim odciska i po ludziach się niesie, kolorem szarość męczącą rozprasza. W Pomianowej chacie częściej też woń ciasta się rozchodziła, bo jakoś trza było te wszystkie jagody, poziomki i jeżyny spożytkować, a konfitur na miodzie to już cała spiżarka stała, tak że głód zimą ni Pomianom, ni sąsiadom nie groził, zębami nie kłapał.
Zatem Suli szła nieśpiesznie, piosnkę nuciła, piękno lasu od zieleni soczystego podziwiała, zapachem lata duszę karmiła i cuda przyrody chłonęła niczym dzieciątko łakocie.
Wan pojawiła się jak to Wan: znikąd, tylko ciepłem i aromatem słodkim zapowiedziana.
– Już myślałam, że zapomniałaś o mnie. – Sulichnę ramionami objęła i do pleców ciepłych twarz przytuliła.
– A ktoś ty, pani? – spytała Suli, obróciła się i dziwnie na Wan spojrzała: z obojętnością, jak na obcego.
– Ty się wygłupiasz, prawda? – Wiedźma już się zacietrzewiła i wzrokiem taksującym Suli omiotła; a blada się przy tym zrobiła jak mleko jeszcze wodą rozwodnione.
Część 22 / 5
– Nie wiem, pani, o czym mowa. – Pomianowa odstąpiła od wiedźmy i czoło w zdziwieniu zmarszczyła. – Ja po jagody przyszłam, a nie na jakieś figle babowe. – Uśmiechnęła się głupio, bo już nie wytrzymała.
– To ja tu za tobą wstążę, a ty… – Suli zaśmiała się i betkiem rozmemłanym w wiedźmę rzuciła. – Czekaj ty! – Wan do biegu się zerwała, a Pomianowa kosz wyrzuciła i w te pędy przez las pobiegła, chichocząc wniebogłosy. – Jak ja cię dorwę, to w krzak jagodowy zmienię!
– Probaj, pro… – Suli o gałąź się potknęła i na nogach zachwiała, jakby na krańcu urwiska stała.
Wanguan więcej czasu nie potrzebowała i rzuciła się na Pomianową niczym wilk wygłodniały na owcę zalęknioną. Razem na glebę upadły i razem śmiechem wybuchły, ale Wan po chwili przestała się zanosić i w oczy Sulichnie spojrzała. Twarz przy tym jak z kamienia wyciosała, więc się Suli zaniepokoiła lekko.
– Miła mi jesteś – wyszeptała ciężko wiedźma, zupełnie jakby ktoś głaz w te słowa obtoczył i przez gardło kazał przeciskać.
Suli oczy zeszkliła, na ramionach chudych się wsparła i w oczy wyczekujące spojrzała. Tam, głęboko w środku, duszę zobaczyła, tę ludzką, która za boską się zawsze chowała: malutką, płochliwą i skrzywdzoną.
– Ja ciebie też miłuję – wyznała pewnie. – Już od stawu, od pierwszego spojrzenia, słów… – Wan ustami ciepłymi do warg Suli dopadła, ale opamiętała się w porę i delikatnie pocałunek na nich złożyła. Cisza gęsta niczym miód spadziowy w powietrzu zawisła. – Co teraz?
Część 33 / 5
– Nie wiem… Naprawdę nie wiem.
***
– Oszalałaś, Wan!
– Może, ale co to zmienia!
– Czy ty sama siebie słyszysz, menado?! – Areteme nie panowała ani nad głosem, ani nad magią; moc dudniła, drzewo drżało, a babki pochowały się w konarach, żeby gniew wiedźmowy przeczekać.
– Powiedz, siostro, powiedz: co jest takiego potwornego w tym, co mówię? – Wan niby spokojnie pytała, ale czerwień mistyczna po włosach rubinowych płynęła, pukle rude rozświetlała. Ognie chtonowe przybyły na Furii bezwiedne wezwanie, powietrze i sadzawkę zagotowały, krew w żyłach wściekłością wysyciły.
Areteme wdech głęboki zrobiła, spokoju do płuc nabrała i wypuściła przeciągle, dając ciału chwilę wytchnienia, czas na ułożenie myśli gniewem podpalonych.
Część 44 / 5
– Już, usiądź. – Wskazała Wan korzeń miękkim mchem obrosły. – Porozmawiamy jak siostra z siostrą.
Furia też się opamiętała, magię w duszy schowała, chtony pogoniła i spokojniejsza obok Zielonej Matki przysiadła. Nie patrzyła jej w oczy; wiedziała, że Areteme ma rację. Wiedziała, ale wiedzieć nie chciała, a jej duma wielka, bo boskością okutana, rozsądek w głowie tłamsiła, zastraszała, a i nie raz dotkliwie obiła za to, że ogień pierwotny tłamsi, plany krzyżuje.
– Wiem, że będziesz chciała mnie odwieść, ale ja… – Odwróciła się do Diany, oczy zeszklone w nią wbiła. – Ja nie chcę już tak dłużej bez celu żyć, siostro… Jak lalka, która chodzi, gada, ale w środku tylko wióry zbutwiałe i powietrze zatęchłe.
Areteme dłoń kruchą pochwyciła, skórę siostrzaną pogładziła i kolejny raz westchnęła, żeby myśli zebrać.
– Powiedzmy, że wy razem na odludziu jakimś zamieszkacie, że się Sulichna córek i męża wyrzecze.
– Nie musi! – Wan i głos, i ciało w proteście uniosła. – Nie musi się córek wyrzekać, mogą z nami mieszkać, a Pomian chłop jest niebrzydki, znajdzie sobie drugą, ja mu żal załagodzę, pamięć przemieszam.
Część 55 / 5
– Powiedzmy… że to wszystko się uda – kontynuowała Areteme. – Zamieszkacie sobie jak rodzina prawdziwa, i co dalej?
– Jak to: co dalej?
– Przecież ona śmiertelna jest, Wan: zestarzeje się i zemrze jak każdy z duszą w Urobora niezakleszczoną. Co wtedy?
Wanguan usta otworzyła, żeby wylać potok zapewnień desperackich, ale prawda do tej pory pragnieniem przygnieciona, wdarła się do głowy i obrazy smutne w umysł wsączyła. Po policzkach Furii łzy czerwone spłynęły i wiedźma wzrok smutny, zgaszony w korzeń Bachusa wbiła.
Tak to już jest z tą prawdą: rzadko bywa miła, ale zawsze szczera jest i prawdziwa.
– No…