fantastyka · 13 min czytania
Opowiadania z Wieloświata: Siostra Czerwień cz.7
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Przyroda w jesienny letarg powoli wchodziła: słońce nie paliło, pola w większości po zbiorach ugorem łysym straszyły, a lasy i sady żółcić się zaczynały. Natura znaki dawała, że równonoc blisko już na kalendarzu życia stoi, przeto Sulisława córki na targ zabrała, żeby się do święta w nowe sukienki opatrzyły; w szczególności najstarsza, bo już znoszoną po matce na czuwanie zakładała.
Rasław mniej w polu roboty miał, to czas wykorzystał, żeby przy oborze dechy popróchniałe wymienić. Zima różna mogła być, a z reguły, jeśli lato było takie jak to upalne, to potem Marzanna mrozem dotkliwie gryzła, śniegiem obficie sypała i do chat niegrzanych chętniej chorobami zaglądała, żeby ludzi w pochód żałobny zabrać.
Całe szczęście jakoś to drewno, z którego Pomian oborę zbił, hardo się trzymało i tylko kilka bel źle łojem nasmarowanych pogniło. Rasław przypominał sobie, że Drogo mu drzewa wybierał, więc przez bogów pewno pobłogosławione. Raz-dwa Rasław z robotą się uporał, czoło otarł i z dumą na efekt spojrzał.
– No to mućki żadnej już przeciąg zimowy nie pokąsa – westchnął, oczy zamknął i w ciszę się wsłuchał.
– Kra!! – Ptaszysko jakieś zaskrzeczało strasznie.
Pomian aż wzdrygnął się cały i spojrzał za siebie. Tam kruk opasły na płocie przysiadł, łepek wykręcał dziwacznie i chłopu się przyglądał.
– Pójdziesz stąd, czarcie!
Część 22 / 5
– Kra!! – popyskowało ptaszysko i nadal się patrzyło.
– Ja ci dam: kra! – pogroził, badyl w rękę wziął i na ptaszysko ruszył. – Bałuch mi tu będzie robił! – Zamach wziął.
– Stój, to mój wroniec jest! – krzyknął Drogo i zza węgła obory wyszedł. Kosturem się podpierał, a tam, gdzie Welesowy kij ziemi dotknął, to trawa suszą przymarła zieleń odzyskiwała.
– Żem nie wiedział, że to twój chowaniec. – Rasław badyl wyrzucił, do wołchwa podszedł i jak druha przywitał, po garbatych plecach poklepał. – Co cię sprowadza?
– Sprawę mam – warknął Drogo i obejście wzrokiem przeczesał.
– Chodź! Miodu dobrego poleje; robotę co dopiero skończyłem, a robota nieopita to na biesie knowania nie jest odporna.
Drogo widocznie się zawahał, bo miodu nigdy nie odmawiał, ale czasu nie było. Mruknął coś pod nosem i mały amulet pod nogi Pomianowi rzucił. Rasek zdziwił się i odruchowo podnieść strugańca chciał, ale Drogomił nie pozwolił:
Część 33 / 5
– Zostaw! To żeby nie widziała! – Od krzyku aż się zaniósł i kosturem o glebę rąbnął.
– Kto, żeby nie widział?
– Wiedźma przeklęta – warknął i do ptaszyska swego nerwowo podszedł. Wroniec grzecznie łebka nadstawił, a wołchw polecenia wyszeptał i szturchańcem ptaszysko do lotu ponaglił. – Słuchaj mnie, Rasław, bo w tobie Sulichny cała nadzieja. – Dokuśtykał do Pomiana i mu rękę z pazurami przerośniętymi na ramieniu położył. – Wiedźma czerwona za twoją Sulichną biega, w głowie jej miesza i ciebie też magią mami.
– Co ty wygadujesz, Drogo? Suli szczęśliwa jak nigdy…
– Milcz i słuchaj. Co zrobisz z tym, to twoja sprawa, a ja sumienie będę miał czyste. Furia wam po izbach chadza, wy jej wszyscy nie widzicie, bo magią olipiańską zmysły tobie i córom mami, ale ona jest, czuję ją wszędzie: na ziemi, na strzechach, na zwierzętach. Wszędzie! W glebę wsiąka jak trucizna, teren znaczy, Perun raczy wiedzieć, do czego się szykuje.
Pomian zastygł osłupiały, jeno usta rozdziawił.
– Drogo…
Część 44 / 5
– Słuchaj, nie przerywaj. To się dobrze dla was nie skończy, bo Furia to czart potężny w ciele ludzkim uwięziony, kiedy w szał popadnie, to wszystkim wam biada. Ja nic nie zrobię, bo sam za słaby jestem, a reszta naszych wiedźmowego łgania usłuchała i na układ poszła.
– To co ja mam czynić, Drogo? Ja nawet nie wiedziałem, że ona…
– Nie wiedziałeś i lepiej, żebyś wszystkiego nie wiedział, bo wiedza o tym, co ona wyprawia, obrzydzeniem cię do własnej baby wypełni. A co masz robić, to ja ci powiem. W Cymanach jest kaplica ku czci Ojca Jezusowego, poproś tamtejszego habiciarza o pomoc.
Rasław aż się wzdrygnął, jakby mu z cebra wodę lodowatą kto na plecy wylał.
– Na Bachusa, prędzej członki sobie poobcinam, niż do obcego boga po pomoc pójdę! Tfu!...
– Powiedziałem: zrobisz, co chcesz, wiedz jednak, że mi z Ojcem Jezusowym też mocno nie po drodze, ale oznaczonych przez ciało Syna Poświęconego Wiedźmy tykać nie mogą. Taki pakt pradawny, przez bogi zawarty. – Wołchw w kieszeń rękę wsadził, idolka pucołowatego z buźkami czterema wyciągnął i Pomianowi prawie na siłę wcisnął. – Zaśnij z tym blisko ciała, to zobaczysz… Zobaczysz, co się wyrabia, kiedy myślisz, że śpisz, albo jak Sulichna do lasu idzie. Wiedźma tylko czeka na nią w gąszczu, jak lis na kwokę, co się od kurnika oddaliła.
Rasław pobladł, na drewnianego ludka spojrzał i chciał coś Drogowi powiedzieć, ale wołchw zniknął, jeno kilka piór czarnych po sobie zostawiając.
Część 55 / 5
***
Grota Bachusa rozbrzmiewała modlitwą, skały pieśń świętą ku czci Nocy i Jutrzenki niosły, bo obie boginie tego dnia równe sobie były i tańcem nadejście Marzanny niechybne zapowiadały. Jesienią Morowa Panna jeszcze z wiankiem na głowie i uśmiechem na ustach przez świat kroczy, ale jeno patrzeć, kiedy mrozy przyjdą, wtedy Marzanna wianek przegniły zrzuca, koszyk z betkami odstawia, maskę kościstą przyodziewa i w przemarsz po świecie rusza.
Suli wraz z córkami – i resztą kobit z Chojników – na ścieżce do boskiego buku stanęła i jak wszystkie baby suknię podwinęła, trzewiki zdjęła i do sadzawki krwistej weszła. Wiedźmy pod pniem czuwały, jedna zielona przez Dianę dotknięta, druga szkarłatna, Furią, córą Nocy i Styksowego Pana zaklęta. Obie modły wznosiły do Bachusa w drzewo Welesowe zaklętego, do pana wina i życia, poety boskiego okrutnie orszaku pozbawionego.
Babki na konarach wyrosłe wargami korowymi tarły, słowa szeptały, twarze zdrewniałe przekrzywiały i oczy upiorne wywracały. Suli kubeczki gliniane córom rozdała i z sadzawki świętej wody szkarłatnej kazała nabrać. Czuła wzrok na sobie, chciała spojrzeć w te oczy ogniste, ale dziś święto, przeto ludzi wkoło dużo, a kumy na cudze życie zawsze łase, plotować lubią.
Dwie Pomianówny wodę szkarłatną wypiły, tylko Ludzia się chwilę wahała, bo z krwią jej się ta woda skojarzyła, ale najstarsza siostra syknęła do ucha, że głupia i dzieciak smarkaty jeszcze jest i że to woda zwykła jeno ziołami barwiona. Ludzia się odgryzła, język wystawiła i wodę z obrzydzeniem wychłeptała.
W końcu wszystkie