Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 13 min czytania

Opowiadania z Wieloświata: Siostra Czerwień cz.9

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Szła bardzo powoli, acz pewnie, bo szlak wydarty czerwonej sadzawce aż pod samo drzewo prowadził. Bała się, ale Wan za rękę ją trzymała, palce w dłoni głaskała i strachu trochę zabierała. Babki pod sklepieniem na konarach rozwieszone pradawne melodie nuciły, bo Bachus już wiecznemu orszakowi nie przewodził, po ziemi nie stąpał, cór nowych boską dłonią osobiście nie błogosławił – ale był. Dusza jego w pniu od wieków siedziała, korzeniami aż po Styks wierciła i stamtąd moc czerpała, żeby boga w świecie śmiertelnym utrzymać, gdyż świat śmiertelnych coraz bardziej ich prawami się wypełniał, a magia praw nie lubiła, prawom przeczyła i przed prawami nieistnieniem się ukrywała.

W zawiniątku Sulisława bukiew niosła: owoc, dar od Bachusa, zaproszenie do wiecznego tańca. Bała się… Drżała, ale szła, bo za nią już niczego nie było. Wszystko od żalu spłonęło i wrócić nie mogła, nie miała do czego, do kogo, bo Rasław ją przeklął i wypędził do lasu.

Areteme welon jej długi niosła, żeby krwistą wodą nie nasiąkł. Diana wyglądała, jakby Pomianową do ślubu prowadziła, bo i to ślub na pewną modłę był.

Pod pniem się zatrzymały. Suli woal z twarzy na głowę zarzuciła: cienki niczym z pajęczyny utkany. Owoc mocą tętniący na dłoń wyłożyła i na Wanguan spojrzała. Furia oko jej puściła i karminowymi ustami całus lekki posłała.

Areteme do Suli podeszła, jej rękę z darem pod twarz uniosła i bukiew pocałowała, magią lasu pogłaskała. Potem Wan wargami skórki musnęła, zaklęcie olimpiańskie wyszeptała i Suli też rytuał odprawić nakazała. Soczysty pąk pojaśniał, rozpękł się jak kwiat dojrzały i orzech piękny pokazał, jeno ten był mięsisty.

– Tak jak rozmawiałyśmy – szepnęła Wan.

Matka Zielona jeszcze raz do Suli dostąpiła i za policzki złapała, w oczy zalęknione spojrzała.

– Czy ty nie masz innego pana ponad naszego w drzewie Bachusa świętego, Diona Tancerza, Pucharu Życia Dzierżyciela?

– Nie mam.

– Zatem przyjmij dar i w Urobora duszę zawiń, siostro. – Pocałowała Pomianową w czoło.

Suli orzech miękki i ciepły ze skórzastej skorupki wyjęła. Tętnił jak serce nieduże ze zwierza jakiegoś wydarte. Czuła to, czuła, że drzewo pulsuje tym samym rytmem, co owoc w dłoni trzymany.

Połknęła, nie gryzła.

– A teraz do drzewa, żeby Bachus duszę i ciało odmienił, z boskością wymieszał – oświadczyła Areteme.

Wan przy lubej swej już stała.

– Jak się czujesz? – spytała troskliwie i czuprynę czerwoną do ramienia przytuliła.

– Dobrze.

– Odprowadzę cię pod pień. – Wiedźma rękę miłej swej podała.

Babki chórem modlić się zaczęły; imię nowej Pani Pod Drzewem syczały, korę i drewno święte tym imieniem wysycały.

Wanguan pomogła Suli szaty ceremonialne zrzucić. Po chwili Pomianowa nagusieńka stała i rozpromieniona, wzniosłością urzeczona. Już się nie bała; nie bała się, bo strach jest domeną śmiertelnych, a nie Pani Pod Drzewem. Magia już w niej żyła, mocą ciało i duszę wzmacniała.

Wan delikatnie ją obróciła i plecami o mech ciepły oprzeć się nakazała. Pień bachusowy miękki był i miły, życiem tętnił, jakby krew z korzeni ku koronie pompował. Kora ruszać się zaczęła, rozstępować i ciało Pomianowej oblekać, wchłaniać, aż już prawie cała w pniu zniknęła, jakby się z tym drewnem w jedno stopiła.

– Będę czekać – szepnęła Wan do znikającej twarzy. – Długo to potrwa? – rzuciła do Areteme jakby z pretensją.

– Ty tam dwa dni siedziałaś – syknęła Zielona Matka.

– Bo ja zasnęłam; leniwa jestem.

– O północy powinna wyjść. Nowa, świeża, życiem ociekająca; może trochę skołowana, ale nie martw się. Pójdę, naparu kojącego zrobię.

– Dziękuję. Ja będę czuwać.

***

Bliżej poranka babki zaczęły korą rzęzić, wargi zdrewniałe w grymasy zgorszenia wyginać. Wan oczy otworzyła, bo sen ją zmógł od czekania, i spod korzenia wstała.

– Brudna… – wysapała najbliższa z gąb.

– Ścierwo! – zasyczały nienawistnie: wszystkie, co do jednej.

– Co wy gadacie!? – Wan w lęk wpadała i po babkach wzrokiem skakała.

– Brudna! Dusza innemu oddana! – Gęby rzęziły, żywicą pluły, a grota pogłos niosła; rozmyty, bo słowa od skał się odbijały, mieszały i do uszu zniekształcone wpadały: jedne wzmocnione, a inne wygaszone.

Pień zatrząsnął się u nasady. Kora mchem porosła szczerbę niby paszczę rozdziawiła i ludzką szczapę zeschłą jakby z obrzydzeniem wypluła.

Czas zamarł, obraz wynędzniałej kobiety w serce wiedźmowe się wbił, płuca ścisnął, wątpia skręcił.

– Suli!! – wrzasnęła przeraźliwie i do truchełka zasuszonego podbiegła.

U wejścia Areteme stanęła, oczy rozwarła, gliniankę z wywarem wyrzuciła i pod drzewo pobiegła.

– Suli! Słyszysz mnie, miła!

Wan twarz pomarszczoną klepała, ale lico starowiny włosami niczym śnieg okryte, martwe pozostawało. W końcu Pomianowa oczy otworzyła i oddech desperacki złapała. Jakby się topiła i na powierzchnię dopiero dotarła. Spazmem ciało poderwała i na ramionach o klepisko wsparła. Włosy opadały niczym szron witek wierzbowych uczepiony. Cała jak kościotrup była: same gnaty jeno skórą obciągnięte. Wanguan plecy zimne dłonią dotknęła, ale konwulsja Sulichną szarpnęła i do wymiotów ciało zmusiła.

Diana patrzyła z trwogą – już wiedziała, już się bała.

Suli posoką na ziemię chlusnęła i kawałki mięsa ze skórą ludzką wypluła. Chude ciałko na bok opadło, wprost na wiedźmę przerażoną. Wan nic nie mówiła, głos jej odebrało. Rozpacz gardło zacisnęła i emocjom zaczekać nakaz dała, a gniew wzbierał, spiętrzał się jak woda przed tamą, jak cisza przed szkwałem.

Areteme kawałki ciała wyplute do sadzawki kopnęła. Woda zaskwierczała.

– To ciało Chrysta. Musiała komunię jego przyjąć, Jezusowemu Ojcu duszę oddać.

Wan siostry nie słuchała, Furia już duszy jej ostatni fragment pożerała: ten ludzki, ten ogarek na tle boskości się tlący.

– Ona do drzewa wstępu nie ma – wyrzęziła gęba korowa.

– Ona brudna jest, bogiem innym naznaczona! – syczała reszta.

Wanguan czoło Sulichny pocałowała. Pomianowa ledwo oddychała. Już prawie z Marzanną była, ale jeszcze się tego świata na gałązce z woli trzymała. Wiedźma oparła truchełko o korzeń, po czym wstała: powoli, bez gniewu. Ale Areteme czuła moc z podziemi zawezwaną i o kilka kroków się wycofała.

– Brudna! Nieczysta! – rzęziły twarze zdrewniałe.

Czerwona magia eksplodowała. Gniewną falą po grocie się przetoczyła. Babki ogień…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowiadania z Wieloświata: Siostra Czerwień cz.9 — czytnik · opowiadania