Akcja · 56 min czytania
Opowiadanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
WSZELKIE POSTACIE I OSOBY OPISANE W TYM OPOWIADANIU SĄ TYLKO STWORZONE PRZEZ MOJĄ WYOBRAŹNIĘ. PODOBIEŃSTWO DO JAKICHKOLWIEK OSÓB I MIEJSC JEST PRZYPADKOWE.
1.
Ciężkie krople rzęsistego deszczu kończyły z hałasem swoją długą podróż na dachu czarnego forda zaparkowanego przy jednym z kilkunastu jednorodzinnych domków w dzielnicy słynącej z najpiękniejszego parku w mieście. Dzień zapowiadał się od samego początku deszczowy, lecz nikt, za wyjątkiem może tylko meteorologów, nie wierzył, że rozpada się na dobre. Drzewa pod wpływam uderzających w ich liście kropel deszczu sprawiały wrażenie marionetek poruszających się bezwładnie, a struga światła sącząca się niewinnie z jednej tylko działającej na tej ulicy latarni dodawała splendoru i blasku każdej małej kropli znajdującej się w jej objęciach. Człowiek w samochodzie zapalił papierosa i uchylił do połowy okno. Zimne powietrze wdarło się do środka i zmieszało się z długo gromadzonym ciepłem nadmuchanym z jeszcze nie wystudzonego silnika. Zaciągnął się powoli i wypuścił dym nie spuszczając wzroku z drzwi dwupiętrowego domu znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Przełożył papierosa do drugiej ręki. Nacisnął na przycisk starego radia zmieniając stację na grającą stare przeboje lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pozbawiając się w ten sposób wątłej przyjemności wysłuchania do końca kolejnego przeboju jakiejś nowo wschodzącej gwiazdy. Pociągnął dźwignie znajdująca się pod fotelem i odsunął go do końca. Oparł łokieć o kierownicę i podparł dłonią głowę. „Mogłem się chociaż ogolić” pomyślał i uśmiechnął się przejeżdżając dłonią po twarzy. Trzy mocne uderzenia w szybę wyrwały go gwałtownie z tej pozycji. Spojrzał przez okno od strony pasażera lekko podenerwowany. Pociągnął za klamkę i otworzył drzwi. - Jezu, ale mnie wystraszyłeś. I jeszcze fajkę upuściłem – powiedział opuszczając dłoń na podłogę i wymacawszy papierosa podniósł go do góry – W mordę, to była ostatnia. - Nie śpij, bo ci dziecko podrzucą albo co gorsze samochód ukradną, he he. Przyniosłem Ci żarcie – to mówiąc pukający człowiek znalazł się momentalnie w samochodzie, zatrzasnął drzwi i ściągnął kaptur, spod którego wyskoczyła mokra czupryna – Masz, Big Maca jak chciałeś, jakąś zeszłoroczną sałatkę i frytki. - Duże? - No a jakie. Pierdziele, tak późno a ludzi jakby niedziela była.. Papierowa torba zaszeleściła i do rąk palacza trafiła małe papierowe pudełko zawierające pachnącą kanapkę. - I jak? Zmieniło się coś – zapytał z pełnymi ustami - Taa...coraz mniej sałaty dają.. - Poważnie pytam! - Nic. Siedzi cały czas w domu. Przez chwile na drugim piętrze paliło się światło. Chodzi po domu. - No to nockę znowu mamy z głowy...- powiedział pasażer podkurczając kolana. – Chcesz kawy? Potężny cios w ramie był bezpośrednia przyczyną wylądowania kubka z kawą na spodniach człowieka który przyniósł jedzenie. Zdążył jeszcze tylko krzyknąć, gdy mocne szarpnięcie powaliło go na fotel. - Wychodzi! - Co!? - Kurwa, wychodzi. Dawaj lornetkę. Szara, wojskowa lornetka po chwili przylegała do oczu kierowcy. Nerwowo ruchami palców ustawiał jak najlepszą ostrość. - To on?? - On, a niby kto? Prezydent? Dawaj, idziemy. Gdyby ktoś siedział na tylnym siedzeniu zobaczyłby jak po chwili czarny pistolet P-83 ląduje w dłoni człowieka wychodzącego dynamicznie z czarnego Forda. Usłyszałby zapewne i dźwięk przeładowania oraz spóźnione o kilka sekund wyjście drugiej osoby. Gdyby ktoś siedział na tylnym siedzeniu i spojrzał za siebie, po chwili straciłby z oczu dwie postacie przechodzące na druga stronę ulicy udające się w stronę mężczyzny wychodzącego pośpiesznie z domu nr 31.
2.
Nastał poranek w tonacji dur. Wiązka światła wdarła się niczym intruz do ciemnego, przysłoniętego żaluzją królestwa kuchni. Przenikała szklankę napełnioną wodą, łagodnie rozświetlając w nieładzie rozrzucone białe pastylki na stole. Słoneczny blask delikatnie pieścił białą, porcelanową filiżankę, stojącą w pełnej gotowości tuż obok ekspresu do kawy i zachłannie podążał w stronę sypialni gdzie spała ona. Po deszczowym, pełnym irracjonalnego niepokoju wieczorze, widok słońca był tak energetyczny i pozytywny, że odsuwał wspomnienie wczorajszych, czarnych myśli niemal bezpowrotnie. Przenosił je w jakiś miniony, bardzo odległy bezczas. Niespodziewanie ciszę i błogość poranka rozdarł dźwięk dzwonka do drzwi. Berenika spojrzała na zegarek. Było zbyt wcześnie na wizyty. Zamknęła oczy, czujnie nasłuchując, co dzieje się pod drzwiami. Kogo pogięło – zaspana i półprzytomna pomyślała. No przecież to nie on... - Ziemniaki, jajka, cebula, buraki, ziemniaki, jajka, cebula, buraki... – dobiegła jej uszu znana mantra recytowana co ranka przez domokrążcę. Jeszcze przez chwilę leżała nieruchomo, zbierając całą swoją energię by wreszcie wstać. Miała do skończenia projekt mieszkania dla Mikiewiczów. Był prawie gotowy. Brakowało tylko oświetlenia łazienki. Pani Mikiewiczowa wymyśliła sobie, że chce mieć niemal wszędzie lustra. Widocznie lubi patrzeć na siebie zawsze i wszędzie – pomyślała. Ta jej niegroźna, trochę narcystyczna fanaberia piętrzyła przed Bereniką problem oświetlenia. Bo jak tu pogodzić intymność miejsca z przejrzystością widzenia jak w domu Wielkiego Brata? Termin na wczoraj, a w głowie pustka. Miał wczoraj przyjść. Zadzwonił, że nie może, że coś mu wypadło, gdzieś musi jechać. W taką pogodę? Co można robić w taką pogodę? Z kim? Po co? Postanowiła nie bombardować się żadnymi myślami, na które odpowiedzi i tak nie udałoby jej się w tych okolicznościach odnaleźć. Podeszła do okna. Tylko w kałużach na ulicy pozostało wspomnienie wczorajszego, pogodowego koszmaru. Dzień zapowiadał się ciepły i przyjemny. Podniosła rozrzucone na podłodze projekty, odsłoniła pozostałe okna, przyniosła codzienną prasę z kolporterskiej skrzynki. Ciepły prysznic w połączeniu z czarną kawą obudził ją do reszty. Spojrzała na tytuł krzyczący z pierwszej strony. „Strzały na Ogrodowej” Dziki zachód nie Poznań – pomyślała przenosząc wzrok na kolejne artykuły. Nic tu nie piszą mądrego. Otworzyła na stronie kulturalnej. Paulina ma dziś wernisaż. Skończyła studia z wyróżnieniem - masa propozycji, Paszport Polityki, mecenasi i krytycy sztuki u jej stóp. Święta Paulina od odważnych instalacji. Ha, kiedyś nawet próbowała poderwać Eryka - przypomniała sobie, uśmiechając się z nieukrywanym triumfem...Taa... A mama zawsze mówiła - lepszy Zorro. Ten przynajmniej nie zdradzał. Ciszę, którą wypełniały myśli kłębiące się zbyt hałaśliwie w jej głowie, postanowiła przerwać jakaś przyjemną muzyką z radia „…wczoraj w godzinach późnowieczornych na ul. Ogrodowej w Poznaniu został postrzelony znany pisarz. Sprawców zdarzenia nie udało się zatrzymać. Na uwagę jednak zasługuje fakt, że poszkodowanego znaleziono kilkanaście ulic od miejsca strzelaniny, na dworcu kolejowym Poznań Garbary. Śledztwo w tej sprawie prowadzi policja. Szczegóły podamy w najbliższym serwisie. A teraz prognoza pogody…” Głuchy trzask pękającej filiżanki przerwał roztaczającą się dookoła muzykę.
3.
Dom o numerze 31 przy ulicy Ogrodowej nie należał do najnowszych. Wybudowany w latach siedemdziesiątych, zaprojektowany przez znanego architekta i projektanta wnętrz Janusza Sokoła wyróżniał się jednak na tle innych swoja prostotą oraz otaczającym go pięknym ogrodem. Na parterze znajdował się stylowy, w brązowej tonacji salon, pokój sypialny oraz kuchnia, która przez ścianę sąsiadowała z garażem. Po drewnianych schodkach użytkownik tego domy był w stanie przemieścić się na piętro, skąd mógł rozkoszować się widokiem na ogród z pokoju z tarasem, wziąć kąpiel w wannie z masażem lub siedzieć w gabinecie za dębowym biurkiem w otoczeniu setek książek leżących bezwładnie na ogromnym regale ściennym. Było późno i padał rzęsisty deszcz. Noc już rozłożyła swój płaszcz nad światem, co sprawiło, że ogród przed domem nabrał tajemniczości i cudownego czarno-szarego wyostrzenia. Krople deszczu rozbijające się o kwiaty wprawiały je w ruch tworząc wrażenie jakby cały ogród tańczył, jakby słyszał pieśń deszczu i oddawał się nieziemskiej rozkoszy obcowania z nim. W oddali słychać było szczekania psa. Mężczyzna w ciemnych spodniach i błękitnej koszuli stał przed szklanymi drzwiami prowadzącymi na taras i powoli zdjął krawat rozpinając kołnierzyk. Leniwie rzucił go na fotel, włożył ręce do kieszeni i przyglądał się tańczącym kwiatom. Ulica była pusta i tylko jedna latarnia tętniła życiem wydając z siebie smętne promienia światła. Co dalej z tym zrobić? – pomyślał – hm, nikt się nie odzywa, Gospodyni nie dzwoni. Tak dobrze szło. Jakiś człowiek z postawionym kołnierzem i trzymając w ręku dwie papierowe torby przebiegł druga stroną chodnika i zniknął we wnętrzu czarnego forda, jedynego samochodu zaparkowanego przy ulicy. Dlaczego nie odjeżdża? – zastanowił się przez chwile, zapominając na kilka sekund o tym, co go dręczyło. - Chodź do łóżka, Eryku – cichy szept kobiecy wytrącił go z rozmyślań. Nawet nie usłyszał jak podeszła. Ubrana w cienki, granatowy szlafrok przewiązany na wysokości pasa szarfą chwyciła go czule od tyłu za brzuch i pocałowała w szyję. – Nie każ mi dłużej czekać. Odwrócił się i spojrzał w jej oczy. Uśmiechnęła się. Wyciągnął ręce z kieszeni i zaczął rozwiązywać pasek w końcu zrzucając z niej szlafrok odkrywając niepowtarzalna urodę jej ciała. Pocałował ją, całował piękną twarz, dotykał rąk. Zrobili kilka kroków do przodu i objęci upadli razem na łóżko. Dłonie mężczyzny poczuły aksamitny urok pięknych nóg. Jej przyspieszony oddech pozwolił mu poznać, że jest coraz bardziej podniecona, że coraz bardziej go pragnie. Ale wcześniej czekała ją mała niespodzianka, którą tak bardzo uwielbiała. Pieszczenie jej piersi, będących ideałem kobiecości, piersi o pięknym kształcie, które przyprawiały go o utratę zmysłów, doprowadziło Nicole do coraz większego podniecenia i wówczas jego gorący język zaczął drażnić jej nabrzmiałe już lekko sutki, potrącając je, liżąc, ssąc, delikatnie przygryzając. - Uhmm...uh...mmmm...cudownie Eryku. Objęła go mocno rękoma drżąc nieskończenie długo w uniesieniu. - O Boże, jesteś cudowny...aaa.. Głośny dźwięk telefonu dotarł do uszu Eryka powodując gwałtowną reakcje. Poderwał się na nogi i złapał obiema rękami za głowę. Kątem oka zobaczył naga Nicole, której zaskoczona jak i w pewnej mierze wystraszona twarz mogła dużo powiedzieć. - Kto to? – zapytała – o tej porze? Spodziewasz się telefonu? - Nie – skłamał – nie... Telefon nie przestawał dzwonić. - Może odbierzesz? – powiedziała lekko podenerwowana i zła na ten głupi wynalazek, który w ciągu sekundy pozbawił ją takich pięknych chwil, na które czekała cały dzień. Podszedł do stołu. Złapał za słuchawkę i chwile przytrzymał. - Podnieś! Powoli przyłożył ją do ucha - Tak, słucham - Za pół godziny na dworcu Garbary. I weź ze sobą zdjęcia a nie to gówno co chciałeś mi wcisnąć. Nie ma cię, Berenika nie żyje, rozumiesz?! - Ale.. Trzask rzuconej słuchawki nie pozwolił dokończyć Erykowi zdania. Kurwa! – pomyślał. - Wychodzę! – rzucił do Nicole – Kurwa! – walnął pięścią w stół. Oddychał głęboko. Odwrócił się w stronę gabinetu i energicznym krokiem skierował się w jego stronę. Wszedł do środka i zapalił światło. Odkręcił ryjek małej różowej świnki stojącej na biurku i wyciągnął z niej mały kluczyk, którym otworzył drzwiczki. Brązowa teczka momentalnie znalazła się w jego dłoni. Zbiegł po schodach chwytając płaszcz. - Eryk, dokąd?! – głos kobiecy dogonił go przy drzwiach. Otworzył drzwi, stanął w progu, spojrzał na nią i wyszedł. W ostatniej chwili spostrzegła w jego dłoni znajomię wyglądającą teczkę. - Ty draniu! Nie możesz tego zrobić – zniknął w strugach deszczu – Ty pieprzony draniu!! Kilkadziesiąt metrów dalej z zaparkowanego czarnego forda wysiadło pospiesznie dwóch mężczyzn. W dłoni jednego z nich spostrzegawczy człowiek mógłby dopatrzyć się przedmiotu do złudzenia przypominającego pistolet. Minutę później dwa krótkie strzały wytrąciły płaczącą, nagą Nicole ze złości w jaką wpadła po jego wyjściu. Podbiegła do okna i krzyknęła.
4. - Studencki do Gniezna, poproszę, Głos młodego mężczyzny wytrącił z równowagi kobietę siedzącą za jedynym, otwartym okienkiem dworcowym. Nie bez widocznej złości na twarzy, spowodowanej wytrąceniem jej z rytmu fabuły oglądanego właśnie piątego sezonu „Gotowych na wszystko”, wklepała w komputerze kilka słów kluczowych, po czym na ekranie jej i tym mniejszym skierowanym w stronę klienta, pojawiła się cena. Człowiek przed kasą wydobył portfel z tylnej kieszeni spodni, zapłacił, schował bilet do kieszeni i narzuciwszy plecak odszedł powoli w stronę peronu. Miał jeszcze sporo czasu. Kobieta, rozejrzawszy się najpierw dookoła, z zadowoleniem stwierdziła, że nie ma więcej osób chcących właśnie w tym momencie wybrać się w kolejową podróż w sobie tylko znanych kierunkach. Odwracając się w fotelu w stronę srebrzystego ekranu, rzuciła okiem po hali dworcowej, zauważając coś, co już nie pozwoliło jej rozkoszować się do końca perypetiami głównych bohaterek serialu. Para siedzących na ławce naprzeciwko okienka dworcowego mężczyzn, ubranych na czarno, od początku wydała jej się dziwna. Widząc ich tylko od pasa w górę zaciekawiło ją to, że pierwszy z nich siedział, patrzył się cały czas na wprost i nieustannie coś mówił. Drugi zaś, pochylony w jego stronę, siedział bokiem do okienka i w nienaturalny sposób miał opuszczoną lewą rękę. Kiwał się. Jakiś pijak pewnie – pomyślała w pierwszej chwili, lecz wstawszy z fotela sięgając po leżący na blacie wyżej długopis, zaciekawiło ją coś, co było pod ławką. A pod ławką, jak gdyby nigdy nic, z każdą chwilą rosła sobie coraz to większa kałuża krwi.
Część 22 / 3
- Masz? - Ktoś do mnie strzelał – powiedział Eryk z trudem zasiadając na dworcowej ławce obok wysokiego mężczyzny wpatrzonego w rozkład pociągów umieszczony nad dworcowymi kasami - A co myślałeś że wciśniesz mi taki szajs – odpowiedział niewzruszony, nie oglądając się nawet w jego stronę –Nie lubię jak ktoś mnie chce oszukać. To gówno co mi dałeś nic nie jest warte. Co to za zdjęcia, z komunii? Pamiątki z wesela? Dupę możesz sobie nimi podetrzeć! Ale dość tego filozofowania. Chciałeś mnie oszukać, tandetny pisarzyno. Nie obchodzi mnie to czy tutaj wykitujesz, czy nie, ale wiedz, że jeżeli nic nie masz dla mnie, na twojej śmierci ta maszyna się nie zatrzyma. Berenika, twoja kochanka Nicole…- w tym momencie przygryzł wargi - Kto? – udał zdziwionego - Przestań, ja wiem dużo, bardzo dużo „Bardzo dużo to nie znaczy że wszystko” – pomyślał Eryk układając swe usta w lekko zauważalny szelmowski uśmieszek. – Bierz – to mówiąc wyciągnął zza płaszcza brązową, lecz już trochę poplamioną krwią teczkę, która spoczęła bezwładnie na kolanach mężczyzny – Udław się tymi zdjęciami – zakaszlał - Grzeczny chłopiec – nie odwracając się w stronę Eryka, zajrzał do środka i przekartkował dokumenty. Zakłady Cegielskiego w końcu oddadzą mu to, co się należy. – A teraz zdychaj tu sobie w spokoju – to powiedziawszy wstał i nie spoglądając na przewracającego się na ławkę swojego rozmówcę, zniknął za przesuwanymi drzwiami.
Kobieta siedząca w fotelu kasy nie mogła usłyszeć tej rozmowy. Ten czas jednak wykorzystała podnosząc słuchawkę telefonu wykręcając numer, po którym w słuchawce mogła usłyszeć głos oficera dyżurnego komisariatu policji. Po krótkiej rozmowie siadła głęboko w fotelu, chcąc zapomnieć od razu o tym wydarzeniu.
Po drugiej stronie dworca, czekający na pociąg student, otworzył plecak i wyciągnął z niego dwa pudełka. W jednym były trzy kanapki z szynką a w drugim aparat fotograficzny. Położył aparat na plecaku przysłaniając go tak, że jego większa część schowana była za pudełkiem z kanapkami. Przegryzając drugą kanapką naciskał co jakiś czas przycisk i na ekranie cyklicznie pojawiało się zdjęcie dwóch, ubranych na czarno mężczyzn, siedzących naprzeciwko okienka dworcowego.
5.
Kontakt z zimnym deszczem przywrócił go momentalnie do trzeźwego myślenia. Odgłos spadających kropel nie pozwolił mu usłyszeć tych okrzyków, jakie za nim wykrzyczała młoda, naga kobieta, zbiegająca ze schodów. Postawił wysoko kołnierz swojego czarnego płaszcza, przycisnął mocniej do piersi szarą teczkę i ruszył w stronę jedynej palącej się latarni. To właśnie jej blask nie pozwolił mu spostrzec dwóch idących w jego kierunku mężczyzn. Padało coraz mocniej. Schylił trochę głowę, żeby chociaż przez chwile mieć złudzenie, że opad nie jest aż tak wielki jak się wydaje. Zrobiwszy kilka kroków, pieśń śpiewająca przez spadające krople przerwał nagle głośny huk. W tym samym momencie poczuł mocne ukucie w lewym ramieniu i jego ciało momentalnie skręciło się w lewą stronę. Ten odruch uratował mu życie, gdyż pół sekundy później, drugi strzał okazał się przez to niecelny i kula utkwiła w przydomowym drzewie nie robiąc mu najmniejszej szkody. Gdy po sekundzie zrozumiał co się dzieje, pierwszą jego myślą było wstać i uciekać. Do jego uszu dobiegły niezrozumiałe krzyki i pewnie przykrywany coraz to większą liczbą spadających kropel deszczu w jego ciele znalazłoby się jeszcze więcej pocisków, gdyby nie przejeżdżająca ulicą ciężarówka oświetlająca w całej okazałości dwóch atakujących go mężczyzn. Ci, zmieszani tym zdarzeniem, nie biorąc go pod uwagę wcześniej w swoim planie, gwałtownie pobiegli w przeciwną stronę dopadając stojącego po drugiej stronie ulicy czarnego forda. Znikając w jego ciemnym wnętrzu, mężczyzna leżący na trawie mógł po chwili usłyszeć pisk opon i zobaczyć jak samochód znika z pierwszym zakrętem. Spróbował wstać, i o dziwo okazało się to łatwiejsze niż przypuszczał. Wyprostowawszy się, ściągnął płaszcz z lewej ręki robiąc oględziny rany. Kula przeszła kilkanaście centymetrów nad łokciem przebijając biceps na wylot. - W dupę – powiedział pod nosem i naciągnął płaszcz na siebie. Prawą dłonią przykrył ranę a pod pachę wcisnął teczkę. Spojrzał na zegarek. „Mam niewiele czasu” pomyślał, i zrobiwszy na początku kilka chwiejnych kroków, złapał właściwy rytm i ruszył w przeciwnym kierunku niż kilka minut wcześniej odjechał pojazd z agresorami. Po kilku minutach zatrzymał się, wyciągnął z kieszeni telefon, w książce telefonicznej wybrał szukany numer. Dźwięk łączenia rozmowy przerwał nagle męski głos - No cześć. Co tam? - yyhmm..cześć. Wszystko się spieprzyło. Nie złapał się na przekręt …yyhhm. - Ej, nic ci nie jest? - Nie – skłamał – idę się z nim spotkać, za kwadrans na Garbarach. - Sam idziesz? - Tak…yhmm..potrzebuję sokoła - Ok., będziesz miał plecy - Dzięki, to może być to. Może się dzisiaj udać. I jeszcze jedno, przyślij karetkę na Garbary za pół godziny. - Co się dzieje?? Nic ci nie jest? Eryk?! - Daj mi sokoła i karetkę. Musze kończyć…yhhmmm Piiiii… Ręka zaczęła krwawić coraz bardziej. Upływ krwi dał się we znaki Erykowi. Powoli robił się coraz bledszy, co kilka kroków gubił pion i broniąc się przed upadkiem robił chaotyczne kroki. Zrobił kilka głębokich oddechów. Zatrzymał się. Podniósł głowę by zlokalizować swoje położenie i przed jego oczami ukazał się plac, po którego drugiej stronie, na budynku z lat osiemdziesiątych świecił się neon Poznań Garbary. Ciemne drzewa sąsiadującej z dworcem poznańskiej cytadeli były dla niego doskonałym schronieniem przed zdradliwym światłem piętrzących się przed budynkiem latarni. Powoli znikając raz po raz w ich cieniach dotarł do małych schodków prowadzących do poczekalni. Oparł się o drzwi i zmrużył oczy. Po chwili wzrok przyzwyczaił się do jasności panującej wewnątrz hali i rozejrzawszy się, po kilku sekundach znalazł człowieka, przez którego stał tutaj teraz cały przemoczony i pół-żywy. W tym samym momencie ktoś potrącił go w ramię i przez jego ciało przeszedł ogromny ból. - Przepraszam bardzo – powiedział młody człowiek z plecakiem i ruszył w stronę okienka. W normalnych okolicznościach każdy człowiek poczułby się trochę zdenerwowany i miałby ochotę chociaż coś odpowiedzieć, lecz na twarzy stojącego w drzwiach mężczyzny można było zobaczyć drobny uśmiech. Przyleciał sokół.
6.
- Dzień Dobry. Pani Berenika Kosiarska? - Tak, przy telefonie - Recepcja Szpitala Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z tej strony. Mamy u siebie pacjenta, który prosił, żeby się z panią skontaktować. Cisza. - Halo, jest tam Pani? Recepcjonistka wyraźnie w słuchawce mogła usłyszeć oddech. Po chwili usłyszała także zdenerwowany, damski głos - Żyje? - Tak, naturalnie. O to niech się pani nie martwi. - Mogę się z nim zobaczyć? - Tak. Obrażenia postrzałowe nie są tak groźne jak się wydawało. Minął pewien okres od czasu gdy go przywieźli do szpitala przez co mogło dojść do wykrwawienia ale wszystko jest teraz w porządku. - Postrzelenie?! Jezu… - Proszę się uspokoić. Nic mu nie będzie. - Zdążę się jeszcze dzisiaj z nim zobaczyć? – zapytała spoglądając na zegarek - Myślę że tak. Zresztą, dla naszych najlepszych ludzi możemy zrobić wyjątek. - Dobrze. Będę za niecałą godzinę. Do widzenia - Do widzenia.
7.
Część 33 / 3
- Panie Eryku, można autograf ? Mężczyzna podniósł głowę znad biurka i zlustrował okiem stojącą przed nim młodą kobietę. Była dość wysoka, ubrana w czarny żakiet przykrywający wyraźne, jędrne piersi ukryte pod biała bluzką, na którego kolorze wyróżniały się kasztanowe włosy. Piękne, zielone oczy w towarzystwie delikatnych rysów twarzy sprawiły, że pisarz przez chwilę stracił panowanie nad świadomością i zagubił się gdzieś daleko myślami, daleko od swojego stoiska na targach książki odbywających się na terenie hali Międzynarodowych Targów Poznańskich. - Halo? Panie Eryku? Nic Panu nie jest? – słowa zaniepokojonej kobiety sprowadziły go na ziemie – Dobrze się pan czuje? - Ach, tak, bardzo dobrze… przepraszam, zamyśliłem się. Dla kogo dedykacja? - Nicole. Nicole Braun. Nie zauważyła delikatnego ruchu jego warg. Nie mogła też usłyszeć tego, co powiedział sobie w myślach pisząc dedykację. „Nie kłamali. Przyszła. Naprawdę są nieźli.” - ..dla Nicole Braun, - mruczał pod nosem pisząc - abyś nie zawsze starała się być najlepszą, ale zawsze dawała z siebie wszystko. - Jakie to piękne. Dziękuję bardzo. Odwróciła się i zrobiwszy kilka kroków nagle usłyszała. - Pani Nicole, proszę zaczekać. - Tak? – powiedziała podchodząc powrotem do biurka - Hm, może to wyda się dla pani trochę śmiałe lub niezręczne, ale czy zrobi mi pani tą przyjemność i da się zaprosić na kawę? Ja już kończę promocje książki i trochę znużyło mnie przebywanie w tym tłumie a pani obecność przy kawie był by dla mnie najmilszą nagrodą za cały dzisiejszy dzień. Proszę nie dać się błagać – ponownie jego usta utworzyły piękny uśmiech. Nicole zaniemówiła. Jej ulubiony pisarz właśnie wypowiedział słowa, o których marzyła, żeby je kiedykolwiek usłyszeć. Pisarz, którego książki praktycznie połykała w ciągu kilku dni, zaprosił ja na kawę. Ten ze zdjęcia stojącego na komodzie obok łóżka. Był to tak niesamowity moment, że przez chwilę znalazła się dokładnie w tym samym miejscu we wszechświecie, gdzie kilka minut wcześniej błądził Eryk widząc ją przy biurku. - Dobrze, z przyjemnością – starała się odpowiedzieć jak najbardziej bez wyrazu, żeby tylko przypadkiem nie odkrył stanu podniecenia wewnętrznego, w jaki ją wprowadził tym zapytaniem. - Zatem proszę dać mi kilka minut na zamknięcie tego interesu i już zaraz znikniemy w objęciach poznańskich kawiarenek… Nie widział jej zdenerwowania na twarzy gdy się pakował. Nie dostrzegł tego delikatnego uśmiechu. Nie zwrócił uwagi na błysk w tych brązowych oczach mający siłę oświetlenia nawet małego miasteczka. Nie zwrócił na to wszystko uwagi, bo w głowie miał tylko jedną myśl. „Udało się”
Cztery tygodnie później , w poznańskiej willowej dzielnicy, podczas ciężkiego, rzęsistego deszczu, naga Nicole wiła się z rozkoszy pod wpływem dotyku ust Eryka na swoich piersiach. Córka człowieka, właściciela małego przedsiębiorstwa budowlanego z Plewisk pod Poznaniem szeptała jego imię i czuła na całym ciele jego dotyk.
8.
Bereniko, nawet nie wiesz jak mocno Cie kocham…. Chciał wstać, ruszyć się z dworca, wyjść i zniknąć w objęciach ciemnej poznańskiej nocy.. Zrobił tylko trzy kroki… Ciemność… Przez chwile wydawało mu się ze słyszy dźwięk karetki……
9.
Zjazd z drogi okazał się gwałtowny i człowiek na tylnym siedzeniu przewrócił się na prawą stronę uderzając głową o szybę. Czarny, terenowy samochód nie zwolnił i wąska, dziurawa droga sprawiła, że koła pojazdu zaczęły tańczyć nierównomiernie. Bezdrzewne pobocze stawało się coraz węższe lecz kierowca nie zdawał się zwracać na to najmniejszej uwagi. Dróżka powoli zaczęła przeistaczać się w serpentynę i wznosić się. Samochód nadal jednak nie zwalniał. Pasażer na prawym siedzeniu zapalił papierosa. - Kurwa, miałeś nie palić – ciężkim tonem powiedział kierowca i nacisnął przycisk opuszczenia prawej szyby – później wali tu jak ze stajni - Goń się Jadąc za czarnym, terenowym samochodem można by było zauważyć małe, czerwone światełko wylatujące z prawego okna. Jadąc nadal za tym samochodem w niedalekiej odległości sprawne oko kierowcy spostrzegło by, że człowiek na tylnym siedzeniu ma worek na głowie. Ale nikt nie jechał. Czerwone, tylne światła samochodu ginęły w ciemności bieszczadzkiej nocy. Poczuł jak sadzają go na krzesło i ściągają mu worek. Stuwatowa żarówka momentalnie sprawiła, że rozszerzone źrenice skurczyły się maksymalnie i z grymasem na twarzy odruchowo zamknął oczy opuszczając głowę. - Gdzie! Patrz na wprost!! – silne szarpnięcie za włosy w ciągu pół sekundy przywróciło jego głowie położenie pionowe. Powoli otworzył oczy. Źrenice skrupulatnie, w swój naturalny sposób zmniejszały swoją objętość dając w końcowym rezultacie poczucie ulgi dla zmęczonych i starganych oczu. Próbował się rozejrzeć po małym i ciasnym na pierwszy rzut oka pokoju lecz stanowcza męska ręka nadal trzymała go za włosy. Na wargach poczuł ciepło, ciepło które momentalnie zmieniło się w smak. Smak krwi. Poruszył szczęką i tu także stwierdził pewną nieprawidłowość w działaniu dolnej części czaszki. Ruszając szczęka z jednaj strony na drugą czuł wyraźny ból. Związane z tyłu ręce zaczęły drętwieć a wbijające się w przedramię oparcie drewnianego krzesła nie dawało w żaden sposób siedzącemu na nim poczucia komfortu. Wręcz przeciwnie, dyskomfort został stworzony dla niego celowo. Ręka nagle odpuściła. Przez chwile głowa mimochodem opadła na klatkę piersiową ale w obawie przed ponowną reakcją mężczyzny podniósł ja stając się widocznym dla ludzi po drugiej stronie lampy. Po drugiej stronie biurka, na miękkich krzesłach siedziało trzech mężczyzn.
10.
- Nie popuszczę, ja mam przez nich zaległości w urzędzie skarbowym. Nie mogę startować w przetargach. To mi grozi upadek. - Ile ci wiszą? – młody człowiek w jasnych włosach z rzucającą się od razu w oczy blizną na twarzy siedząc w fotelu ze szklanką zapełnioną do połowy ginem z tonikiem wydawał się być w kontraście z poirytowanym mężczyzną chodzącym nerwowo po urządzonym w stylu nowoczesnym gabinecie znajdującym się na zapleczu małego domku w niewielkiej miejscowości oddalonej niedaleko od Poznania. - Półtora miliona - Hm.. - Co hm ?! To są moje pieniądze! Mieliśmy wobec nich zobowiązania i się z nich wywiązaliśmy. Towar dostarczony. Umowa dotrzymana. A teraz czym ja zapłacę tym, których zatrudniam, co? Też powiesz hm? - Pogadam z nimi - Pogadasz? I co myślisz że się ugadasz? Zaraz pewnie zaproponują jakaś ugodę, jakieś kolejne nierealne terminy. Nie, to się tak nie skończy. Dobierzemy im się do dupy i to od tej właściwej strony. - I co im zrobisz? Przecież to Cegielski, firma która jest tutaj od ponad stu lat, a ty i twój Dachbud… daj spokój - Nie, kurwa, nie dam. Znajdę sposób. A ty mi w tym pomożesz. Podzwonisz po znajomych, popytasz, przecież masz w tym doświadczenie. - Ile z tego będę miał? - No tak, pieniądze. Już nic…