thriller · 10 min czytania
Opowiadanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czy to Bóg czy człowiek stworzył potwory? * Siedzę przy oknie. Jak zwykle o tej porze – jest dziesiąta w nocy – odrabiam lekcje z korespondencyjnego kursu matematyki. Miałem to zacząć wcześniej, ale on znowu wrócił do domu i wiedząc, że zaraz wyjdzie (zawsze tak robi, nazywam to „nocnymi łowami”), musiałem go trochę poobserwować. Mamusia nic nie wie – myśli, że już dawno wbiłem sobie te wszystkie bzdury do głowy. No tak. On jak zwykle wrócił o piątej z pracy. Chyba jest jakimś grubą rybą, bo wygląda strasznie poważnie w tym czarnym garniturze, z walizką w ręku… poza tym jego mieszkanie jest nieskazitelnie czyste i pomalowane na biało. Surowy, szpitalny wygląd – może jest lekarzem? Dzianym jak cholera – telewizor plazmowy (czasem oglądam z nim filmy), stylowe, nowoczesne, a przede czarne meble. W sumie nie ma w nim nic szczególnego taki sobie zwykły samotnik, który już po wejściu do mieszkania zrywa z szyi krawat i rzuca go w kąt, zmęczony dyżurem. Samotny? Może nie do końca. Ale od początku. Wchodzi do domu, kładzie teczkę na szklanym stole, idzie do kuchni i zagląda do lodówki. Bierze coś do jedzenia, siada z tym na błyszczącej, skórzanej kanapie ( w sumie to „rozwala się” na niej… ale jego dom) i je, skacząc po kanałach pilotem i oglądając – dosłownie - cokolwiek. Potem idzie pod prysznic (na którego wnętrze nie mam widoku), wychodzi po godzinie, znowu idzie jeść i kieruje się zapewne do swojej sypialni (znowu nic nie widzę). Wychodzi stamtąd do wyjścia – podejrzewam, że wychodzi do jakiegoś klubu, bo już nie raz wracał stamtąd spity… i z jakąś laseczką. A one – to już inna sprawa. Potem gdzieś dzwoni (zawsze to robi i zawsze o godzinie ósmej), następnie wychodzi i znika do dwunastej. Dzień w dzień – nie wiem, jak on to robi. Dobra, robię te przeklęte lekcje. W sumie to nawet się nie muszę uczyć, ale mamusia… uparła się. Sama wykształcona, ambitna i ja też muszę taki być. Robię to tylko dla niej. Jeszcze tylko napój. Szklanka jest pusta, muszę zawołać mamusię, by mi nalała. Przy okazji jak wejdzie i zanim szybko wyjdzie, zobaczy, że się uczę. Mam jeszcze czas. On wróci za dwie godziny. * Ha, wiedziałem. Wrócił z laseczką. Już w progu zaczął ją obściskiwać, całować i rozbierać – długo trwało, zanim zamknął drzwi. W środku rzucił ją na kanapę i właśnie teraz przechodzi do rzeczy. Ładna. Ma ciemną, niemalże czekoladową karnację. Ciepła krew. Muszę się napić. Zaschło mi w gardle. … Dokładniej – gorąca krew. Nie wiem, kto bardziej dowodził. … One nigdy nie wychodzą, jakby czuły, że zaraz spotka je coś jeszcze. Śpią z nim w jego łóżku. Przedtem idą się umyć. Nagie, bez krępacji, kierują się do łazienki. Ona też tak zrobiła – pięknie się porusza. On leży nagi na kanapie i patrzy w sufit, jakby czegoś szukał. Zastanawia się? Często tak robi. Wróciła. Zaczyna go pieścić, ale on odsuwa ją i patrzy dziwnie przez chwilę – nie rozumiem tego wzroku. Potem bierze ją na ręce i zanosi do sypialni. Zgasił światło. Zawsze tak jest. Niczego już dzisiaj nie zobaczę. Jeszcze tylko mamusia przyniesie napój i idę spać. * Chętnie bym pomógł mamusi z tymi tobołami, ale od czego są windy. I tak nie dałbym rady nawet wstać. Mam nadzieję, że zrobiła zakupy, zamrażalnik stoi pusty. O, przyniosła napój. Kochana. Wygląda na zmęczoną. Chyba dużo tego przyniosła. On również się pojawił. Ona wyszła w południe, kiedy on był w pracy. Z pewnością zostawił jej klucze, by zamknęła dom, ale też zrobił to pewnie „na wszelki wypadek”. Zawsze tak robi. Wydawał się być dzisiaj czymś podenerwowany. Od razu jak wszedł do mieszkania, podszedł do telefonu i zadzwonił. Długo to trwało. Podczas rozmowy wymachiwał rękami, chodził w tę i z powrotem, krzyczał. Wreszcie, jak skończył, stanął na środku pokoju i jakiś czas tak stał, patrząc przez okno. Nie miał prawa mnie zobaczyć, mieszkam piętro wyżej, poza tym zawsze mam zgaszone światło. Nagle pobiegł do kuchni, zajrzał do lodówki i szybko poszedł do sypialni. Wyszedł stamtąd już przebrany i natychmiast wybiegł z mieszkania. Dziwne… jest wpół do siódmej. Nigdy tak nie robił. Poczekam. Coś wisi w powietrzu. * Trochę to gorzkie, nie smakuje mi. Poprzednie było o wiele słodsze. Mamusia zrobiła złe proporcje. … … właśnie wrócił. Później niż zwykle. Oczywiście nie sam. I całkiem odbiegł od schematu. Nie jest ładna. Blada, ognistoruda, szczupła. Nawet z tej odległości widzę, jak przez jej skórę prześwitują błękitne żyły. Nie zabiera się za nią od razu. Wprowadza pierwszą przez drzwi, sadza na kanapie, a sam nalewa im obojgu wyborną whisky. Ktoś szczególny? Patrzy na nią, cały czas popijając wolno ze szklaneczki. Nie wydaje się być rozmowna, ale z każdą porcją coraz bardziej rozsiada się w kanapie. On trzyma rękę na pulsie, sobie już przestał dolewać, zajął się jej szklanką.