Fantasy · 11 min czytania
Opowiadanie z Horyzontu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
OPOWIADANIE Z HORYZONTU
cz. 1
I
Stos płonął. W około niego zebrana cała wioska. Blask ognia odbijał się od oczu modlących się ludzi, a poświata była widoczna z oddalonych o dwie mile wzgórzach Quan Eses. Składana była ofiara dla boga Azuma. Na mównice wszedł wódz wioski. Był stary, najstarszy z całego plemienia. Jego twarz pokryta zmarszczkami odrażała i powodowała, że czuło się lęk przed tym człowiekiem. - Ofiara Azumowi złożona.- powiedział gdy stos zaczął gasnąć. Głos jego był ochrypły, lecz na tyle donośny, aby było słychać go w każdym zakątku wioski.- Wy, ludzie!- ciągnął dalej- Czy widzieliście tego nikczemnika, który spłonął? Módlcie się do naszego patrona, aby was ochronił od pokusy odkrywania naszego świata. Nam jest dane żyć tylko w Moustly, niegdzie indziej. Wszystkie krainy świata po za wzgórzami Quan Eses i na południe, za rzeką są mieszkaniem boga Azuma. Trafimy tam kiedyś. Kiedy bóg przebaczy nam błędy przeszłości. Dlatego nikczemników, którzy sprzeciwiają się woli Azuma należy zgładzić, by nie szkodzili całemu ludowi naszemu.
II
Oliwia płakała. Siedziała przed swoją chatą zasłaniając twarz rękami. - Chodź- podeszła do niej jej siostra- To wina jego samego. - Ale on nie był taki. Rozumiesz, nie był taki. On chciał tylko wiedzieć, co jest dalej, co jest za horyzontem, to nic złego. - Bóg nam nakazał… - Nie ma żadnego Boga- chciała krzyknąć, ale nie mogła. I ją by spalili na stosie za takie słowa. - Nie mów tak. Oliwia, co się z tobą dzieje?- Amanda usiadła obok niej. - Co się ze mną dzieje? Raczej co się dzieje z wami?! Wierzycie w zabobony, które wymyślili nasi pradziadowie, aby nasz lud nigdy się nie rozpadł. Wiesz co? Gdyby nie było tego starego głupca nikt by już w to nie wierzył! W tej samej chwili przechodził tamtędy młody mężczyzna, Mathew. Niósł mleko dla swojego ojca. Na krzyki Oliwi odwrócił się w kierunku dwóch kobiet. Podszedł bliżej. - Co jej się stało?- zapytał niepewnie. - Nic- odpowiedziała Amanda i dotknęła czoła swojej siostry- ma gorączkę. - Mój ojciec jest lekarzem, trochę się na tym… - Nie, dziękuję, poradzimy sobie. - Skoro tak, to ja już sobie idę. Kiedy Mathew odszedł Amanda zabrała swoją siostrę do domu. - Musisz odpocząć- mówiła pomagając jej usiąść na łóżku. Kiedy Oliwia się położyła, Amanda ukucnęła obok niej. - Wiem, że jest ci ciężko…- szeptała. Oliwia zasnęła. Amanda wyszła przed chatę, by zerwać owoce z drzew. Kiedy zabrała się do roboty znów przechodził Mathew. Podszedł do Amandy. - Jesteś pewna, że to nic poważnego?- zapytał na wstępie. Kobieta odwróciła się na pięcie trzymając jabłko w ręce i spojrzała na niego spojrzeniem, po którym mężczyzna wiedział, że Amanda nie życzy sobie jego towarzystwa. - Tak, wszystko jest w porządku- powiedziała od niechcenia.- Chcesz?- zaproponowała wyciągając w jego kierunku dłoń z owocem. - Nie. Mógłbym do niej zajrzeć? - Do kogo? - No do… - zastanowił się- do twojej kozy. Słyszałem, że ostatnio utyka. - Już przestaje i… - Mimo wszystko zajrzę- i nie pytając już o pozwolenie ruszył do niskiej, nie zadbanej szopy, jednak tuż przed wejściem jeszcze raz spojrzał w kierunku chaty, w której leżała Oliwia, a później spojrzał na Amandę, ta jednak obserwowała go bacznie. Wszedł, w zasadzie nie wiedział co teraz zrobić. Drzwi do szopy zostawił uchylone, aby Amanda (której nic nie umknie) widziała jak bez celu ogląda nogę zwierzęcia. Przyglądał się nodze Kozy, ale kontem oka spoglądał na Amandę. Ta (niby) zbierała jabłka, ale szopę i jej uchylone drzwi miała w zasięgu wzroku. - I co? Co ja mam teraz z tobą zrobić?- zaczął mówić do kozy.- Ja nawet nie wiem co ci jest. Och, kózko, ty jesteś wolna od tych wszystkich ludzkich problemów. Twoim bogiem jest ta zielona trawa. Nie jesteś przymuszana do wiary, w którą nie chcesz i nie umiesz uwierzyć. Biedny Robert. Jak ja byłem mały to on mając 7 lat spoglądał na horyzont i zawsze ciekawiło go co tam jest. Bardzo chciał zobaczyć jak wygląda koniec świata, jak… - Nie wiedziałam, że rozmawiasz ze zwierzętami- powiedział jakiś głos za nim. Odwrócił się niepewnie, czy to aby nie Amanda. Nie, to była Oliwia. - Jak się tu dostałaś?- i równocześnie spojrzał na kobietę, przy jabłoni (siostrę Oliwi), a ona ciągle spoglądała na niego ukradkiem oka. - Przejdź z kozą w cień, tak aby moja siostra cię nie wiedziała i nie patrz się tak na mnie, bo domyśli się co się święci- poleciła Oliwia. Mathew wykonał polecenie Oliwi i ponownie zapytał: - Ja się tu znalazłaś? - Szopa ma dwa wejścia. - No tak- uśmiechnął się Mathew.- Wiesz co, mam do ciebie parę pytań. - To ja mam do ciebie parę pytań, może nawet próśb. - Słucham? Niezależna kobieta ma do mnie jakieś pytania, albo nawet prośby? Do prostego syna doktora? - Cicho, nie mów tak głośno. Wiesz, słuchałam już dłuższy czas twojej „rozmowy” z kozą i wiesz? Myślę, że masz takie same poglądy jak ja. Ten bóg Azum, to wszystko, nie wiem. Lecz mnie najbardziej boli to, że jesteśmy tutaj uwięzieni i nigdzie nie możemy podróżować podczas gdy inne ludy… - Nie słuchałaś wodza? Nie ma innych ludów. Jesteśmy tylko my i Azum. - Wierzysz mu, bo ja nie. - Wierze, bo nie chce być stracony. - Mi tam już wszystko jedno… Ale chciałabym już przejść do konkretnej sprawy. Chciałabym dokonać czynu, któremu nie udało się dokonać Robertowi. Chcę się dowiedzieć jak wygląda koniec świata. - Co? – Mathew nie krył zdziwienia- Jak ominiesz straże, skoro nie udało się to Robertowi i dlaczego przychodzisz z tym do mnie? - Wiesz dlaczego? Ponieważ…