Horror · 49 min czytania
Opowieść aseptyczna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Ta opowieść zaczyna się właściwie w momencie, gdy jako student pracowałem dorywczo w zakładzie szklarskim. Ot, prosta robota: wynoszenie formatek, wnoszenie szkła, pomoc przy krojeniu. Majstrem wieczornej zmiany był pan Edziu, człowiek dusza, który z uśmiechem i anielską cierpliwością zdradzał mi największe arkana sztuki obróbki szkła. Dzięki niemu wiedziałem, czym się różni stopsol od antisolu, jak powstaje lustro zwykłe, a jak „łososiowe”, czyli złote i czym to się je, jakie luzy dawać do szyb i co to jest szyba zespolona. O klejonkach nie wspomnę; dość przyznać, że nauka nie poszła w las, bo wiedza nabyta podczas dorabiania sobie na lewo u szklarza zaprocentowała mi kilka lat później i był to procent najwyższy z możliwych. Dzięki niemu wygrałem życie.
Staż odbywałem w ośrodku leczenia nerwic, niestety za psie pieniądze. Nie żebym gardził szkłem, broń Boże! Niestety, z kasą nie chciał przyjść stosowny papier, a to mi było potrzebne do znalezienia stałej, dobrze płatnej pracy. Co ja tu będę pióro strzępić – każdy z nas przechodzi te wszystkie etapy kariery zawodowej, każdy z nas płaci jakieś frycowe... No więc zapłaciłem i ja. Wylądowałem na telefonie jako bardzo zaufana osoba i przyznam, że ta zaszczytna funkcja powinna przypaść doświadczonemu psychologowi, a nie młokosowi zaraz po studiach. Dość, że podczas trzech godzin dyżuru przy telefonie zaufania zadzwoniło do mnie pięć osób. Cztery z nich po rozmowie ze mną popełniły samobójstwo, przy czym, jak się okazało, troje z nich zadzwoniło do mnie przez pomyłkę. No i dostałem papiery ze stażu do ręki, dobrą opinię, ale łatka jonasza przylgnęła do mnie jak gówno do pantofla. Potem był salon samochodowy, gdzie wciskałem ludziom stare graty sprowadzane z zagranicy i ta niemiła historia z kobietką, która kupiła samochód Jasia Fasoli. No tak, trafił nam się żółty mini, identyczny, jak ten na filmie. Kobitka kupiła, dumna odjechała, a przez następny tydzień jej mąż wydzwaniał do nas kilka razy dziennie, że to niemożliwe, aby autko tego rozmiaru paliło pięćdziesiąt na sto. Chyba, że ma napęd odrzutowy. Po tygodniu poprosiłem o przyjazd do naszego punktu, wsiadłem jako pasażer i poprosiłem panią, aby wsiadła z powrotem do tego cudu brytyjskiej komunikacji i obwiozła mnie po okolicy. Pani wsiadła, wyciągnęła małą, zakończoną plastikową gałką rączkę i… powiesiła na niej torebkę. Wszystko stało się nagle jasne! Ta prześliczna wajcha to była dźwignia ssania, a nie wieszak! Nie wiem, jak mocno wydarł się na nią mąż, ale ja chyba byłem głośniejszy, dlatego już w poniedziałek szedłem do serwisu komputerowego na okres próbny. Nie był to może szczyt moich marzeń, ale żyć za coś trzeba było, niestety do następnego wtorku. Trzeciego dnia zadzwonił klient i skarży mi się, że mu klawisz K w klawiaturze nie działa, a dopiero przecież zakupił komputer i w ogóle co to ja sobie nie myślę. Nie myślałem. Nie myślałem, że będę miał do czynienia z idiotą. Poradziłem, żeby odpiął i przywiózł nam, co trzeba, a my wymienimy na gwarancji. Po czterdziestu minutach pojawił się w sklepiku trzymając dumnie w ręku pojedynczy klawisz z literką K… K jak mać. W czwartek byłem już na rozmowie, ale co tam! „Damy panu odpowiedź w przyszłej dekadzie, proszę czekać!” Słysząc taki slogan wielokrotnie, wysyłałem moje CV gdzie tylko popadło. Było ciekawe ogłoszenie w prasie? Posyłałem. W urzędzie pracy? Posyłałem. Choćby i było na słupie – też bym posłał. Aż ni z tego, ni z owego otrzymałem odpowiedź. Z banku. Nie czytając, jaki to bank, otworzyłem kopertę. Radość przepełniła mi skołatane serducho, bo z lakonicznego tekstu wynikało, że moja aplikacja wzbudziła w dyrekcji zainteresowanie. Co prawda przez myśl mi przeszło, że nie mam pojęcia o bankowości, funduszach i oprocentowaniu, ale jak wykazały dalsze wydarzenia, nie miało to żadnego znaczenia.
Pracowałem już trzeci tydzień na dziennej zmianie wydając co jakiś czas bezcenne depozyty kurierom i rozchodując surowiec. Moje szczególne umiejętności analitycznego myślenia, a także brak obrzydzenia sprawiły, że stałem się najlepszym kandydatem na stanowisko kierownika jednoosobowego działu utrzymania ruchu w banku. Praca była monotonna: co jakiś czas podjeżdżał umundurowany kurier, przedkładał mi plik dokumentów, ja to sprawdzałem, podbijałem, szedłem do sejfu, otwierałem, pobierałem odpowiednią ilość i jakość, wydawałem… Czasem miałem gości pod postacią uzupełnienia sejfu, wtedy w wielkim pośpiechu obsługa mikrobusu wyładowywała cenny urobek całego dnia z różnych punktów w mieście. I tak się życie toczyło. Po pewnym czasie z nudów opowiadałem znajomym bajeczki, jaką to mam ciekawą pracę, ile to się rzeczy dzieje, jaki to nie był napad na mój bank, choć nigdy napadu nie było. A ja z uporem maniaka opisywałem kumplom wieczorem przy piwku, jak to do kontuaru podchodzi zamaskowany połówką damskiej rajstopy jegomość, wyciąga pistolet i mówi: – To jest napad, otwieraj sejf! – Proszę bardzo – odpowiadam z uśmiechem i ku zaskoczeniu delikwenta otwieram ten cholerny sejf. A właściwie coś, co wygląda jak sejf, bo też jest ze stali nierdzewnej, jest duże i ma skomplikowane zamki. Więc ja to otwieram, wyciągam woreczek foliowy z cieczą w kolorze surowej wątróbki, rzucam gościowi i patrzę, co zrobi. – Co to, kurwa, jest?! – ryczy zaskoczony bandzior. – Pyszniutka be-er-ha-plus! – zachwalam z uśmiechem. – Najlepiej smakuje z pieprzem i schłodzona do ośmiu stopni Celsjusza! – …to jest…. – Bandzior opuszcza broń i z niedowierzaniem wpatruje się w woreczek z podejrzaną etykietką. – Aha! – potakuję. – Niektórzy dodają to do jajecznicy, lecz osobiście uważam, że jako dodatek do sosów i mięs jest niezastąpiona! Gość lekko zielenieje na twarzy. – Co, bukiet nie odpowiada? – pytam zatroskany uważnie obserwując gościa. – Woli pan bardziej wytrawne? Er-ha-minus mam, ale tylko A. Moim zdaniem to sikacz, bo ma metaliczny posmaczek. Dawca choruje chyba na nerki… Facet jest już bardzo zielony. – … to jest … – Krew ludzka, konserwowana – dodaję z uśmiechem. – Zgodnie z etykietką. Dać jeszcze pół litra? Wiem, że delikwent zaraz puści pawia, ale na całe szczęście nie zdążył. Wcześniej zemdlał. A ja w tym czasie chowam bezcenny woreczek z powrotem do stalowej chłodni i wybieram numer 997. – Cześć – mówię. – Tak, to znowu ja. Mam kolejnego analfabetę. Gość odcyfrował tylko BANK, nie doczytał, że to BANK KRWI… Tak jak i tamci, leży mi na podłodze, cymbał jeden. I tak co wieczór. Historyjka wkrótce się wszystkim osłuchała, choć za każdym razem rżeli jak stado dzikich centaurów. Dzięki temu jakoś gładko przełknęli moją nową historyjkę, choć w tym przypadku nie musiałem już kłamać. Nie musiałem nikomu wciskać kitu, jak to zostałem Łowcą. Okrutnym, bezwzględnym Łowcą. Punktem zwrotnym w mojej nietypowej karierze była prośba technicznego o czasowe przejście na nocną zmianę.
No właśnie – zdradziłem już połowę mojego największego sekretu: jestem Łowcą. Samozwańczym. Nie jakimś tam wybrańcem, pomazańcem, pomyleńcem. Po prostu odkryłem w sobie mordercze instynkty i robię to, co lubię. A wszystko przez naszego dyrektora technicznego. Wyobraźcie sobie, że ten cymbał nie był nawet świadom skali spisku, w jakim wszyscy uczestniczyliśmy. Ale… właśnie dzięki temu wszystko wyszło na jaw i mogłem odkryć w sobie moje niesamowite talenty, które z bezwolnej ofiary pomogły mi się przeistoczyć w myśliwego. Katalizatorem całego następującego łańcuchu zdarzeń było zniknięcie Stacha, nocnego zmiennika. Widywałem go głównie rano i choć facet był mrukowaty, lubiłem go za prostotę formułowania myśli. A miał kiedy myśleć – rzadko kiedy na nocnej zmianie działo się cokolwiek, a gdzieżby tam miało się dziać coś ciekawego! Pamiętam, jak po raz pierwszy obejmowałem dzienną wachtę, a mój cokolwiek ekscentryczny kolega zdawał mi dyżur wraz z całym tym krwawym dobrodziejstwem. Oczywiście towarzyszył mi personalny, który specjalnie przyjechał z oddziału wojewódzkiego, aby wprowadzić mnie w arkana magazynowania i gospodarowania życiodajnym płynem ustrojowym, jakim niewątpliwie jest krew. Weszliśmy do sali operacyjnej, zza kontuaru wychynęła strasznie chuda postać na oko po czterdziestce. Jak się później okazało, Stach, choć dość poważnie wyglądał, dobiegał dopiero trzydziestki. Dość, że ten kościsty wypłosz na mój widok warknął tylko przyjaźnie coś pod nosem, po czym dodał: – Mmmm. Nowe mięsko… Personalny zmierzył go wzrokiem. – Masz tu. – Wypłosz walnął w stół papierami na podkładce z napisem „Scholar”. Zadrukowana tabela wykazywała, kiedy i o której był kurier, skąd przyjechał, ile i jakiego sortu pobrał. Prosta rzecz! Tak wtedy myślałem. – Dzięki. Tomasz jestem. – Wyciągnąłem rękę. Popatrzył na nią obojętnym wzrokiem, po czym po chwili, jakby bez przekonania, uścisnął. Tymczasem personalny przeglądał zapiski oparty plecami o coś, co mi się wydawało kasą pancerną. – Skoro już się znacie, poproszę pana o przekazanie nowemu koledze co nieco wiedzy o naszej pracy. – Jego nieskazitelnie błyszczący ołówek błądził po notatkach. – To pudło za dyrektorem, to nasz sejf. Strzeż go jak oka w głowie, wszędzie pełno krwiopijców!... – zaczął Stach, ale nie było mu dane dokończyć. – Proszę nie żartować sobie z nowego kolegi! – wtrącił się dyro odrywając wzrok od papierów. – Taaaaa… Jak otworzysz sejf, po lewej masz plusy, po prawej minusy. Leci od góry zerówka, potem jak w alfabecie: A, B, AB… Jak się która skończy, trzeba rozpisać zamówienie, wtedy punkty rozpoczną zbiórkę i wieczorem cały ten kisiel ci zwiozą. – Aha – potaknąłem, choć to wszystko było dla mnie dość niesamowite. – Tu rejestrujesz wypływy… he, he! Fajnie brzmi! – Dyrektor znowu spojrzał spode łba na mojego zmiennika. – Tu wpływy. Co tydzień inwentarka, zmiennik potwierdza stany. Straty wpisujesz do kolumny na końcu. Tylko nie podpijaj, bo bilans musi się zgodzić! – Straty? – zapytałem zdziwiony. – Czasem pakunek spadnie przy przemieszczaniu – wtrącił personalny. – Te nowe woreczki do przechowywania też nie są rewelacyjne. Szkło z podwójnym korkiem było o wiele lepsze… – Taaa… – mruknął Stach. – Kto by pijał wino z foliowego worka! Dyro zmierzył go raz jeszcze, więc chudzielec pożegnał się, wziął skórzaną raportówkę na przydługawym pasku i poczłapał raźno do wyjścia. A dla mnie rozpoczęła się pierwsza, krwawa dniówka. Bez napadu, o którym tak chętnie opowiadałem później przy piwku.
Część 22 / 2
Po pół roku byłem już całkiem obcykany, gdzie, co, jak, za ile i po co. Wiedziałem, że jak przyjeżdżał „Ra-aptek”, to przeważnie była to B Rh+, co najmniej pięć litrów. Inni brali głównie rzadkie grupy krwi, ale „raptusie” brali głównie B+. Pewnego pięknego dzionka dyro techniczny placówki wezwał mnie do siebie i zapytał o Stacha. Wyjątkowo dziś rano papiery czekały na mnie na kontuarze, ale nocnego zmiennika nie było. Cóż, zdarza się! Klucze od tego przybytku i tak miałem, tak na wszelki wypadek. Kodu do alarmu nie pamiętałem, bo i też nie pamiętałem, kiedy ostatnio alarm był używany. Myślę, że na to pytanie nie potrafił mi odpowiedzieć nikt w firmie. A Stach? Podobno odbił kartę po dziesiątej wieczór, czyli objął zmianę, natomiast kiedy ją skończył? Nikt nie wiedział. – Podejrzewam, że pan Staszek po prostu pieprznął robotą – wypalił techniczny. – Może gdzieś popił? – Człowieku, to krowa, nie mężczyzna! – Mój rozmówca wzniósł oczy do nieba. – W życiu opił się tylko mlekiem, alkoholu do ust nie brał! – Dobra, ja wracam do operacyjnej. – Odwróciłem się na pięcie. – Jakby co, to ja chwilowo nie mam zamiaru pieprzyć tej roboty. – Jakby co, to proszę wieczorem być pod telefonem – rzucił całkiem serio dyrektorek. – Na nocnej zmianie trochę lepiej płacą, a i spokojniejsza robota. Co do pierwszego miał rację. W miarę delikatnie zamknąłem drzwi do jego pokoju szumnie nazywanego „gabinetem”, nie wiedząc, że w tej drugiej kwestii dyro się cholernie mylił.
Telefon zadzwonił. Piętnaście po byłem już na posterunku i zamykałem za zatroskanym technicznym. W końcu stracił w miarę nienarzekającego pracownika! Usiadłem w fotelu, spojrzałem w grafik. No tak, teraz to mi już tylko nocki pozostaną… Ale niech tam! Na nocce też można się przekimać i jeszcze ci za to płacą. O jedenastej zajechały „raptusie” swoim wysłużonym Polonezem. Tak jak pisałem kilka wersów temu: pięć litrów B Rh+. Motocyklista na autostradzie. Potrzeba dużo krwi, bo gość chciał przegwałcić kierownicę, która ostatecznie spenetrowała mu trochę wnętrza. Drobiazg, może szczaw pożyje dzięki tym woreczkom do rana. O dwunastej piętnaście telefon, czy mam dychę A minus. Aż tyle nie, ale osiem mogę dać. Dobra, zobaczą, czy nie uda się skompletować dostawy z dwóch mniejszych magazynów bliżej szpitala. Ha! Trudno! Na Tomaszka z popielnika iskiereczka mruga – chodź, opowiem ci bajeczkę, nocka będzie nudna. O pierwszej dwadzieścia miałem gościa. Tego oczywiście nie rejestrowałem, ale przyszedł do mnie facet, który był kolejnym ogniwem odmieniającym mój nudny żywot „bankowca”. Trudno zresztą mówić, że przyszedł, bo to ja go wciągnąłem do środka myśląc, że gość jest ranny, albo nagle zasłabł. Dość, że dokładnie o pierwszej dwadzieścia facet zawisł mi na chromowanym pochwycie aluminiowych drzwi prowadzących z ulicy wprost do operacyjnej. – Nic panu nie jest? – zapytałem szczupłego mężczyznę przed pięćdziesiątką, który wisiał mi na ramieniu. – To chwilowe. – Jegomość próbował się uśmiechnąć, lecz wyszedł mu tylko jakiś taki dziwny, kwaśny grymas. – Proszę się na mnie oprzeć – dodałem. – Usiądzie pan, odpocznie chwilę… Co prawda był ode mnie wyższy o pół głowy i rzekłbym, że garnitur wręcz na nim wisiał, ale tego, że facet okaże się aż tak lekki, nie podejrzewałbym. Wprowadziłem go do operacyjnej kopiąc piętą w drzwi. Niepotrzebnie, bo samozamykacz i tak by zadziałał. Oparłem mojego nieoczekiwanego gościa o kontuar i odsunąłem stolik w zaimprowizowanym punkcie oczekiwania petenta. Złapałem gościa pod pachy i ciężko usadziłem w miękkim fotelu. – Napije się pan wody? – nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy. – Dziękuję, nie… – Jak się pan czuje? – Trochę mi już lepiej – odparł gość słabym głosem. – Myślałem, że już nie dojdę. – Na całe szczęście mam nocny dyżur – starałem się podtrzymać rozmowę, bo widziałem, że gość jakby powoli odzyskiwał kolory. – Czy… – zawiesił głos. – Czy…? – powtórzyłem jak echo. – Czy i od pana dostanę trochę krwi? To pytanie mnie zaskoczyło kompletnie. – Transfuzja nie wchodzi w rachubę – burknąłem nie wiedząc, co powiedzieć. – Pan wtajemniczony? – zapytał mnie dziwny gość kładąc głowę na oparciu fotela. – Wtajemniczony – odparłem, bo przecież byłem członkiem Gildii Miłośników Fantastyki i chyba mogłem się zaliczać do wtajemniczonych. Tak mi się przynajmniej wydawało. – To rozumiem pańskie opory – jęknął facet. Dopiero teraz mogłem mu się przyjrzeć. Pomimo wieku, skórę miał gładką, choć bladą. Jego rysy twarzy mógłbym nazwać szlachetnymi, gdyby nie to, że sam delikwent zdawał się cierpieć. – Nie mam identyfikatora… – westchnął gość. – Zgubił pan? – zapytałem przysiadając obok na stoliku. – Odebrali mi. Jestem seropozytywny. – C'est la vie – odparłem filozoficznie, ale nic ciekawszego mi do głowy nie przyszło. To już po raz drugi tego wieczora, ale chyba rozumiecie moją dezorientację. – Złotem zapłacę! – mężczyzna poderwał się do siadu wyszarpując z kieszeni niedużą monetę, która chwilę potem potoczyła się po stole w moim kierunku. Podniosłem żółtawy krążek i przyjrzałem mu się. Z jednej strony smutne oblicze ukazywała Matka Boska, obok majaczył wytarty napis „..a mater dei patrona hungarie…”, z tyłu był herb Węgier. Obok imienia władcy brak jednak było nazwy Węgier, były natomiast niezrozumiałe skróty i liczba 26. Znałem się na starych monetach jak nikt inny w moim wieku, ale takiego egzemplarza nie spotkałem jeszcze nigdy. I wtedy wszystkie elementy układanki zaczęły mi się same dopasowywać… Moneta była z Siedmiogrodu, pół węgierskiego, pół rumuńskiego księstwa. Nie muszę chyba mówić, skąd pochodził najsłynniejszy hospodar wołoski… – Siedmiogród… – wyszeptałem oglądając monetę. – Transylwania – odparł mój tajemniczy rozmówca. – Ojczyzna ukochana i nasze przekleństwo. – Jak to się stało…? – spytałem odkładając monetę na blat stołu i choć nie o to pytałem, usłyszałem tylko potwierdzenie szalonej hipotezy, która zaczynała dojrzewać w moim skotłowanym umyśle. – Od czasu, jak jakiś Murzyn bzyknął małpę gdzieś w Afryce, Rada podjęła decyzję o rozwoju sieci banków krwi. Uruchomili ogromne fundusze, owszem – krew ratuje wasze kruche życie, ale głównie służy nam. Jak każdy z nas, identyfikator miałem i ja. Przychodziłem, odbierałem butelki, potem woreczki… tylko za okazaniem. A potem zatęskniłem za tradycją i dziabnąłem tego zataczającego się młodzieńca. Śmierdział klejem i niestety, przenosił HIV. Od tego czasu jestem seropozytywny, a Rada za złamanie przepisu odebrała mi identyfikator skazując na wieczny głód. Kąsać też mi już nie wolno, spiłowali mi kły. Tak oto i ja stałem się ofiarą małpiej zarazy. „Wariat” – pomyślałem. „Albo mitoman! Mało to takich?”. Na wszelki wypadek, gdyby jednak gość był seropozytywny i chciał mnie ugryźć, odsunąłem się na krawędź stolika. – Niech się pan nie obawia. – Facet starał się mnie uspokoić widząc moją reakcję. – Pochodzę ze starego rodu, w którym uczciwość ceni się szczególnie wysoko. Nie odpowiedziałem. Zapadło niezręczne milczenie, ale przyznam, że perspektywę nudnych nocek powoli przesłoniła mi wizyta wariata, który do swojej roli był całkiem dobrze przygotowany. Brak mu było tylko długiej, czarnej peleryny. – To jak? Da się pan przekupić? – zapytał szaleniec. – Podobno ceni pan uczciwość…? – Owszem, ale głód potrafi przesłonić wszystko. A głód krwi jest silniejszy, niż może pan sobie wyobrazić – zapewnił mnie gość. – Niech pan sobie wyobrazi, jak to jest mieć w życiu tylko jedno pragnienie! Boże, jak ja pragnąłbym umrzeć! – To wampiry żyją wiecznie? – zapytałem po raz pierwszy bez oporów używając słowa „wampir”. – Niestety, tak. – To fascynujące, poznać tylu ludzi i zobaczyć tyle wydarzeń… – postanowiłem pociągnąć temat, bo gdzieś wyczytałem, że wariat się uspokaja, jeżeli trochę mu poprzytakiwać do jego idée fixe. – Niezbyt. – Mężczyzna skrzywił się kwaśno. – Patrzeć na świat, który przemija i coraz mniej go rozumieć? – Proszę wyjść kiedyś na słoneczko – poradziłem, przypominając sobie książkę Brama Stokera. – To by było samobójstwo! – oburzył się mój gość. – Po takim czynie Bóg by mi nigdy nie wybaczył! Nie czytał pan Pisma? – Ależ oczywiście, że czytałem! – zapewniłem go nie tyle dla świętego spokoju, ile dla własnego bezpieczeństwa. W tym moim powalonym kraju, kraju, z którego pochodził jeden z największych ludzi nauczający swoje owieczki tolerancji, ja – ateista – doświadczałem nietolerancji na każdym kroku, myśląc niejednokrotnie, że pontyfikat tego wielkiego człowieka poszedł na marne, bo ludzie nic nie zrozumieli z jego nauk. – … a tak mam szansę na odkupienie win, choć nie będzie to łatwe! – Proszę zatrzymać swoją drogocenną błyskotkę. – Przesunąłem monetę w jego kierunku. – Zobaczę, co się da zrobić. Proszę tu poczekać. To rzekłszy, udałem się na zaplecze i zacząłem grzebać w mojej czarnej, szmacianej i odrobinę znoszonej torbie. Wyciągnąłem kartonik, naciąłem nożyczkami róg. Pod stołem stało kilka starych butelek po kroplówkach. Wybrałem najmniej zakurzoną, otworzyłem szufladę i wyciągnąłem samoprzylepną etykietkę z czerwonym paskiem na skos oraz dużą literą B z prawego boku. „KREW LUDZKA KONSERWOWANA” – głosiła etykietka, krzycząc dużymi literami. Wlałem do połowy myśląc też i o moim aperitifie, zakorkowałem gumę, nałożyłem aluminiowy kapsel i całość tej mojej mistyfikacji zawinąłem w foliową reklamówkę. Popatrzyłem na efekt – na pierwszy rzut oka mój wieczorny sok pomidorowy z osiedlowego marketu przypominał trochę zleżałą porcję krwi… W każdym bądź razie temu biednemu szaleńcowi nie zaszkodzi! Z lekkim uśmieszkiem zadowolenia powróciłem do operacyjnej, gdzie w fotelu spoczywał mój niezwykły gość. – Stare zapasy, przeterminowane i poza stanem… ale jakoś utylizować to muszę. Nie miałem serca wylać. – Zacząłem łgać jak z nut. – Dziękuję panu. – Mężczyzna pochwycił butelkę owiniętą reklamówką. – Niekoniecznie ratuje mi pan życie, ale na pewno ulży mi pan w cierpieniu. Wyciągnąłem rękę, aby pomóc mu wstać. Ciężko było go ruszyć z miejsca, biedak musiał być naprawdę bardzo osłabiony, ale w końcu jakoś poszło. – Nie ma za co, czasem też bywam w potrzebie – odparłem uprzejmie doprowadzając gościa do drzwi. – Zdrowia życzę i dobranoc. – Dobranoc. – „Wampir” skłonił się, przeszedł na drugą stronę ulicy. Po chwili straciłem go z oczu. Zadowolony ze spławienia cokolwiek ekscentrycznego gościa wróciłem do krzyżówki. Dwanaście minut później drzwi wejściowe do banku otworzyły się z hukiem.
Dziwnym, rachitycznym krokiem, jakby na sztywnych nogach, wtoczył się do operacyjnej mój ulubiony szaleniec udający wampira. Jego sztywne kończyny odmawiały posłuszeństwa, arystokratyczną twarz wykrzywiał grymas. Na widocznych częściach ciała coraz wyraźniej zarysowywały się spuchnięte żyłki czegoś, co wyglądało jak spękania w marmurze. Żyłki pulsowały własnym życiem, pojawiały się, to znikały i znów pojawiały się, ale jakby ze zdwojoną siłą. – …to był sok pomidorowy…? – wysyczał gość. – Sprawdzę datę ważności, ale nie powinien panu zaszkodzić. Zresztą ja też już piłem… – Pan nie jest wtajemniczonym!.... – pod gościem ugięły się kolana i padł na klęczki. Żyłki na bladej skórze stawały się coraz grubsze. – Teraz Najwyższy mi wybaczy!... Zostałem otruty… pomidory zawierają srebro… zabójcze dla wampirów… Padł na twarz wijąc się w konwulsjach. Dopadłem do nieszczęśnika mając nadzieję, że to tylko atak padaczki albo hipoglikemia, ale kiedy go odwróciłem, wiedziałem, że facet kona. – Krzyż! – wystękał, jego przekrwione białka oczu powoli zachodziły mgłą. Natychmiast wpadłem do chłodni tuż obok. Kiedyś miała tu być kostnica, ale Akademia Medyczna sprzedała budynek i powstał nasz bank. Chłodnia jednak została, a tam wisiał jedyny krzyż w całym banku. Zerwałem go natychmiast ze ściany i pognałem do operacyjnej. Położyłem konającemu na piersi. – Dziękuję…. – wyszeptał i stężał. Jego ciało poszarzało i po chwili faktycznie przypominało stary kamień. Stałem tak nad nim z rozdziawioną gębą, bo to raczej chyba nienormalne, aby przypadkowy facet wykitował na pierwszym, nocnym dyżurze i to jeszcze z winy soku pomidorowego. Nie wiedziałem, czy mam dzwonić po technicznego, po jakieś pogotowie, czy po „aniołki Charliego” spod numeru 997… i co ja powiem? Gdy tak kombinowałem, co tu zrobić, wpadł mi do głowy jeszcze jeden, niedorzeczny pomysł. A jeżeli klient mówił prawdę? Targany najgorszymi przeczuciami wyszarpnąłem szufladę pod kontuarem, gdzie obsługa gromadziła latami różne, bardzo potrzebne i wysoce zbędne śmieci. Pamiętam, że gdy szukałem żyletki do zaostrzenia ołówka zaciąłem się w palec kawałkiem rozbitego lustra. Po chwili znalazłem kawał rozbitego zwierciadła. Ustawiłem je nad zwłokami i popatrzyłem w odbicie trupa. Moje najgorsze obawy znalazły potwierdzenie w rzeczywistości – trupa na posadzce nie było widać. Popatrzyłem na leżącego przede mną mężczyznę z krzyżykiem na piersi i jeszcze raz po patrzyłem w lustro. Krzyżyk był, lecz gdzie był nieboszczyk? Podniosłem krzyżyk i odniosłem do nieczynnej chłodni, aby odwiesić go na miejsce. Sięgając do zaczepu na ścianie kopnąłem butem coś metalowego. Śrubka, i to nierdzewna! Skąd to u licha…? Popatrzyłem do góry. Jedna z płyt podwieszonego sufitu była odsunięta. W mroku powstałej szczeliny majaczyła ludzka ręka. Miałem już dwa trupy. Odnalazł się Stach. Wziąłem metalowy taboret i postanowiłem sprawdzić, czy aby się nie mylę. Stojąc na stołku odkryłem dwie rzeczy – faktycznie odnalazłem mojego zmiennika, poza tym w palcach nieboszczyk miał duży, mosiężny żeton z uśmiechniętym słoneczkiem i napisem „one penny / dum tacet clamat”. Schowałem ten żeton i postanowiłem ze Stachem poczekać do rana. Tylko co można było zrobić z trupem z sali operacyjnej? Rozwiązanie nasunęło mi się, gdy jeszcze stałem na taborecie i dokręcałem obluzowaną płytę. Obok wisiała…