Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 14 min czytania

Opowieść Bez Tytułu - Rozdział 3, część 1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Everic, jako towarzysz Tishy i Kalista z przymusu, szedł ostatni w szeregu z pochmurną miną. Wyruszyli tego ranka, a dopiero gdy minęło południe dotarli do traktu. Złodziej nie odzywał się, czuł się jak więzień, mimo braku kajdan czy łańcuchów. Natomiast elfka i starożytny cały czas rozmawiali, co jakiś czas żartując, czy też rozmawiając o sprawach których z braku wiedzy o świecie Everic zwyczajnie nie mógł pojąć. Kalisto rankiem upolował jelenia. Oczywiście nie byli w stanie zjeść wszystkiego, choć olbrzym pożarł trzecią część całości by zaspokoić swój zwierzęcy głód. To, co zostało, niósł w prowizorycznej torbie przerzuconej przez ramię. Było tam troche upieczonego mięsa jak i świeżego, gdyż tylko takie był w stanie zjeść starożytny. Kopiąc kamień, złodziej pomyślał, że tak naprawdę to i tak nie miał nic lepszego do roboty. W Nathyrfie był przegrany. Znajomi i przyjaciele odwrócili się od niego, nie dostanie nawet prostego zlecenia, nie należąc do gildii. A na ulicy kradną tylko amatorzy, dzieciaki. Postanowił, że zniknie w najbliższym mieście i tam zacznie nowe życie. Everic dotknął torby, w której niósł uratowane z kryjówki kosztowności i uśmiechnął się szczerze. A ta para? Nie byli tacy źli. Przynajmniej elfka, gdyż brutal wydawał się byc raczej oschły i zdystansowany, przynajmniej w odniesieniu do ludzi. Złodziej spojrzał ze złością na starożytnego, idącego na czele kolumny i beztrosko machającego ogonem, wystającym spod zaimprowizowanego płaszcza, mającego ukryć jego prawdziwą tożsamość przed innymi podróżnymi. A tych nie brakowało – szli teraz głównym traktem, łączącym Nathyrf, czyli główny port królestwa, z Anigrem, będącym miastem założonym w punkcie, gdzie przecinało się kilka dużych szlaków handlowych. Nie trudno zatem się domyślić, że miasto – mimo iż młode – prędko urosło do rozmiarów stolicy małego księstwa. Oczywiście było mu daleko do Ravenny, jednakże bogactwem niemalże jej dorównywało, gdyż ostatnio odbudowano starą kopalnię żelaza na wzgórzach nieopodal Anigru. Druga już tego dnia karawana zmierzająca do Nathyrfu minęła podróżnych. Najemnicy podejrzliwie spoglądali na olbrzyma, ale nikt się nie zatrzymał. Żołnierze zdjęli dłonie z rękojeści swoich mieczy i stylisk toporów dopiero, gdy ostatni wóż minął trojkę wędrowców. - Od dawna tak podróżujecie po tych ziemiach? – odezwał się w końcu Everic. - To zależy od punktu widzenia. Wiesz, że my postrzegamy czas inaczej niż wy, ludzie – odparła elfka serdecznym tonem. – Sam oceń. Jesteśmy tutaj od dwóch miesięcy, choć naszą podróż zaczeliśmy dużo wcześniej. - Uważaj – odezwał się olbrzym spokojnie. - Przesadzasz, Kal. No, ale wracając do naszej rozmowy, to teraz będziemy opuszczać ten kraj. - Może wypuścimy cię na granicy. Za nią już nas nikt nie dogoni. - Może? – zapytał z wahaniem złodziej. - Jeśli dożyjesz – zaśmiał się olbrzym, ale po chwili ucichł, gdy elfka uderzyła go ręką w plecy. – Żartuję przecież. Tylko zartuję! – dodał ciszej i wywrócił oczami. Kiedy grupa minęła kolejny zakręt, oczom wędrowców ukazała się wieś otoczona palisadą. Ponad kominami unosił się szary dym. Dookoła osiedla rolnicy uprawiali ziemię. Drużyna przyśpieszyła kroku na myśl o ciepłych łóżkach, jakie jej członkowie mieli nadzieję znaleźć we wsi. Przynajmniej dwoje z nich, gdyż Kalista po prostu nudziło i męczyło takie wolne chodzenie. Trójka wkraczając do miasta przyciągała spojrzenia wszystkich, bez wyjątków, mieszkańców. Spoglądano na nich podejrzliwie, jak na wszystkich awanturników w tych stronach. Zapotrzebowanie na bohaterów już dawno się skończyło w tym regionie świata. Ziemie królestwa były całkowicie cywilizowane i pozbawione potworów, które potencjalny przyszły bohater miałby zgładzić. Mówiono, iż grupa uzbrojonych nieznajomych równa się kłopotom. W Radzie Królestwa padł nie tak dawno pomysł by zakazać noszenia broni w miastach osobom nieupoważnionym, aczkolwiek pomysł został odrzucony i wyśmiany przez przedstawiciela Gildii Kupieckiej, a co za tym idzie również szlachty budującej swoją siłę na handlu. Everic czuł się nieswojo pod gradem spojrzeń wieśniaków. Jakaś dziewczynka z piskiem uciekła, gdy zobaczyła zamaskowanego olbrzyma. Gdy mijali strażników, ci kładli dłonie na swej broni. Bez wątpienia nie byli tu mile widziani. Złodziej dojrzał po chwili kołyszący się na wietrze szyld z pieniącym się kuflem. - Może tam? – zapytał elfkę. Ta skinęła głową i razem weszli do środka. - Jakoś tu tak... pusto – odezwała się Tisha, gdy ujrzała opustoszałe wnętrze. - O takiej godzinie – nic dziwnego – odparł złodziej i ruszył do baru, za którym stał korpulentny, brodaty karczmarz. – Macie, gospodarzu, jakies pokoje? - A i owszem. Trzyosobowy? – zapytał brodacz niskim tonem. - Tak, niech będzie. Ileż to wyniesie, dobry człowieku? – powiedział Everic, uśmiechając się przyjacielsko. - Sześć kruków to z pewnością będzie uczciwa cena – wymamrotał mężczyzna. Złodziej nieco się skrzywił i sięgnął do sakiewki. Wyciągnął dwie małe, srebrne monety i położył je na kontuarze. - Moja droga, będziesz łaskawa zapłacić za siebie i za... er... Marka? – zapytał uprzejmie i zaprosił elfkę ruchem ręki do baru. Ta dobyła ze swojej torby małe pudełko, wyjmując z niego cztery monety, a następnie kładąc je na barze. Karmczarz zgarnął pieniądze do ręki i podał złodziejowi klucz. - Dzięki ci. Grupa wspięła się po skrzypiących schodach na piętro do pokoju oznaczonego tym samym numerem co klucz. Złodziej otworzył zamek, pchnął drzwi, a na jego twarzy wykwitł grymas. W pokoju nie było żadnych mebli, jedynie trzy sienniki, dwa ogarki i jedna do połowy spalona świeca i pęknięta drewniana balia. - Trzeba było wziąc jednoosobowy – wyszeptał i ze zrezygnowaniem wszedł do środka.

* * *

Nad Nathyrfem wisiały czarne chmury. Noc jak zwykle sprzyjała kradzieżom, podejrzanym interesom i paserstwu. Port roił się od wszelkiej maści przestępców, przybywających do tej dzielnicy by upłynnic łupy, zakupić kradzione dobra, wynająć kogoś do pracy o wątpliwie legalnym charakterze czy też po prostu wymieniać wieści z przestępczego światka. Oczywiście można to wszystko było robić w domu gildii złodziei, ale nieliczni tylko mieli tam wstęp. Zarówno złodziejowi jak i potencjalnemu nabywcy nie było łatwo dostać się do siedziby tej na w pół oficjalnej organizacji. Doki były też dobrym miejscem na dokonywanie przeróżnych transakcji. Bezpiecznie, anonimowo i w tajemnicy. - Pokaż złoto, mój przyjacielu – powiedziała niska kobieta, ubrana w praktyczny, czarny strój. - Nie jestem twoim przyjacielem, kobieto – odpowiedział jej bogato odziany rozmówca, po czym wyjął sakiewke z pieniędzmi i potrząsnął nią. - Świetnie. Zatem słuchaj. Dom Fergusa Calintary…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%