Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 8 min czytania

Opowieść Bez Tytułu - Rozdział 3, część 2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

* * *

Ktoś energicznie zapukał do masywnych, drewnianych drzwi. Komandor Trevion odłożył na bok czytaną przez siebie książkę i rozwinął na dębowym biurku mapę okolicy. - Wejść – powiedział zdecydowanem głosem. Do komnaty wszedł szeregowy żołnierz, pośpiesznie salutując. - Sir, dowódca ciężkiej jazdy Sir Erynkrist pragnie z tobą rozmawiać i zdać raport ze zwiadu. Czy mam go wpuścić? – zapytał młody wojownik, stojąc na baczność. - Tak, niech wejdzie. Dziękuję. Erynkrist wszedł do pokoju zdecydowanym krokiem. Miał na sobie luźną koszulę, a na niej sam napierśnik i naplecznik. Nogawki szerokich, granatowych spodni były wpuszczone w wysokie, skórzane buty. Oddał salut dowódcy, po czym usiadł na krześle w odpowiedzi na wydane gestem ręki zaproszenie przełożonego. - Słucham cię, Erynkriście. - Sir, melduję iż Wilcze Wzgórza zostały oczyszczone z wrogich sił. Rozgromiliśmy grupę orków, dowodzoną przez ogra oraz dwa małe stada goblinów. Na szczęście nie ponieśliśmy żadnych strat w ludziach. Część wrogów zdołała uciec na południe, ale nie goniliśmy ich – zgodnie z rozkazami – mówił szybko i bez wahania Erynkrist. – Jest jednak coś jeszcze. Bardziej istotnego. - Tak? Mów zatem – ponaglił Sir Trevion. - Pomyśli pan, że to brednia, ale proszę mi nie przerywać i wysłuchać do końca. Natknęliśmy się na elfa i minotaura, walczących z goblinami. Zabili ich około dwudziestki, reszta uciekła – tutaj kawalerzysta wziął głeboki oddech. - Co ciekawsze, mieli glejt z pieczęcią księcia Artura. Zgodnie z tym, co było tam napisane, mają zezwolenie na swobodne podróżowanie przez nasze krainy. Zaznaczam iż dokument był niewątpliwie autentyczny – zakończył Erynkrist i spojrzał pytająco na zbitego z tropu dowódcę. - Ależ... To nie jest możliwe. Książe jest daleko na północy, w cytadeli. Na drugim krańcu królestwa – mówił dowódca, choć było to oczywiste dla zdecydowanej większości żołnierzy stacjonujących na Linii Kruka. – Jak oni się nazywali? - Zdaje się, że elf to Lomyriand... – Sir Erynkrist zastanowił się przez moment. – Lomyriand Thiellacia? Chyba tak. Drugi, minotaur to Zor, choć to chyba nie istotne...? – zapytał z nadzieją w głosie żołnierz. - Dobrze. Dziękuję. Wracaj do obowiązków – odprawił żołnierza komandor. – Jeszcze jedno! Zawołaj tutaj maga – powiedział do stojącego już w progu Erynkrista. Rycerz na chwilę się odwrócił, by skinąć głową, po czym wyszedł, zamykając za sobą solidne drzwi.

* * *

Minęły już dwa dni, odkąd opuścili nieprzyjazną wieś. Podróż mijała im bez przeszkód, aż do teraz. Gromadzące się na niebie burzowe chmury dały znać o swojej obecności, gdy niebo przeszyła błyskawica. Po chwili dało się słyszeć grzmot. Duże krople wody zaczęły uderzać w wyłożony kamieniami trakt oraz w głowy podróżników. Nie musieli długo czekać, aż lekkie kropienie przerodziło się w rzęsistą ulewę. Everic i Tisha okryli się szczelniej swymi płaszczami. Kalisto zignorował deszcz i tak nie mogąc odpowiednio zakryć się swoim prowizorycznym strojem, będącym praktycznie rzecz biorąc zwykłymi szmatami. Szli tak, z początku szybko, jednakże zwolnili, kiedy już i tak byli całkowicie przemoknięci. Elfka szczękała zębami, Kalisto wydawał się być całkowicie niewzruszonym deszczem, zaś Everic uparcie parł przed siebie, mimo oczywistego zimna. Kolejny grzmot sprawił, że elfkę przeszedł dreszcz. Chwilę później za grupą rozległ się tętent kopyt, ci zatrzymali się z nadzieją ujrzenia jakiegoś krytego wozu, do którego mogliby wsiąść za jakąś niewielką opłatą. Kalisto odskoczył między drzewa, by nie spłoszyć potencjalnych przewoźników. Ich oczom ukazał się jednak inny widok, niż się spodziewali. Z ciemności wyłonili się trzej uzbrojeni jeźdzcy. Także byli przemoknięci do cna, woda spływała strumieniami po ich przemokniętych podróżnych płaszczach i kapturach. - Czołem! – wykrzyknął złodziej, unosząc otwartą dłoń w geście powitania. – Nie znacie jakiegos schronienia w okolicy? Konni zatrzymali się około sześciu metrów przed nimi. Jeden z nich się odezwał: - Zależy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%