Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 11 min czytania

Opowieść Bez Tytułu - Rozdział 6, część 1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Rankiem Kalisto został zaprowadzony do obory, gdzie oczekiwały wypoczęte i zadowolone konie. Tam też taraer posilił się dostarczonym przez Elerę mięsiwem. Everic i Tisha musieli zjeść śniadanie razem z gospodarzami i ich dziećmi – tak jak obiecali i tak, jak wymagała kultura. Wspólnie zjedli obfite, choć proste śniadanie. Gdy już zjedli, dzieci siedziały cicho, przysłuchując się rozmowie ich ojca z łotrzykiem. Elfka podążyła za Elerą do spiżarni, by stamtąd pobrać zapasy na drogę, które zostały im zaoferowane. - Chyba już czas na nas, Velielu – powiedział Everic, słysząc kroki opuszczających spiżarnię kobiet. – Będziemy się zbierać, choć jeszcze się pożegnamy – dodał z uśmiechem. Obaj wstali i ruszyli do spiżarni, by przenieść wybrane przez małżonkę Veliela zapasy do koni. Nie było tego wiele, jednak i tak więcej, niż się spodziewali. Elfka, chcąc przyspieszyć rozstanie, pożegnała się z gospodynią i dziećmi, po czym ruszyła do obory. Miała już trochę dosyć tych ludzi i ich dzieci, mimo wszelkiej życzliwości, którą im okazali. Niechęć do przedstawicieli innej rasy, czy też do ich sposobu bycia – zastanowiła się Tisha. Uznała, że raczej to drugie, będące też prawdopodobnie przyczyną bardzo ograniczonych kontaktów pomiędzy elfami a ludźmi. O ile orkowie żyjący na ludzkich ziemiach byli rzadkością, o tyle spotkać na nich elfa graniczyło z cudem. Zostawiwszy elfkę i Kalista z końmi i zapasami, Everic poszedł z Velielem ponownie do domu, by się pożegnać. Wręczył dzieciom gospodarzy wystrugane przez siebie figurki, a uśmiech zagościł na jego twarzy, widąc ich nagły przypływ radości. Uściskał gospodynię i Veliela i wrócił do swoich towarzyszy, zmagając się ze sobą. - Wyjdźcie na trakt, zaraz do was dołącze – powiedział nagle, bez przekonania. Tisha skinęła głową i prowadząc konie opuściła oborę u boku swojego olbrzymiego przyjaciela. Złodziej po chwili do nich dołączył i ruszyli w dalszą drogę, żegnając w sercach tę przystań spokoju. Najbardziej opuszczenia gospodarstwa było żał Evericowi. Podczas pobytu u Veliela przypomniało mu się dzieciństwo, pełne niewinności i bajecznych marzeń. Westchnął i mruknął parę słów do siebie. Niemałe było zaskoczenie Elery, gdy w godzinę po wyjeździe ich gości zajrzała do obory. Na jednym z drewnianych wsporników zawieszona była mała, skórzana sakiewka. A w niej dwadzieścia złotych gryfów i srebrny pierścień z małym kamieniem.

* * *

- No dalej! Ruszaj się – warknął zwierzęco Zor, szturchając idącego przed nim człowieka. Potężny mężczyzna zatoczył się, po chwili odzyskując równowagę. Teraz, gdy strach już minął, czuł do nich jedynie czystą nienawiść. Zeszłej nocy próbował uciec – bezskutecznie. Jego próba została nagrodzona bolesnym ciosem w klatke piersiową. Minęło parę godzin, nim się upewnił, że nie złamano mu żadnego żebra. Teraz już drugi dzień maszerowali omijając główne trakty. Erynkristowi zdawało się, że idą na północ, w kierunku Anigru. Rycerz drugi raz w swojej karierze wojskowej był jeńcem. Całe lata temu, wkrótce po pasowaniu, został pojmany przez buntowników z jednej z północnych prowincji. Barbarzyńcy, ku zdziwieniu Erynkrista, okazali mu wtedy znacznie większe maniery niż ktokolwiek by się mógł spodziewać. Po krótkich pertraktacjach został uwolniony, a odpowiedzialni zostali dla przykładu straceni. Królestwo nie czuło się w obowiązku dotrzymywać danego słowa względem nieposłusznych dzikusów. Tym razem było inaczej. Został pojmany bez śladu – ktoś może pomyśleć, że zdezerterował albo był szpiegiem. Nadzieji dodawała jedynie pewność, że cały obszar jest teraz przeszukiwany. Jeśli nie w poszukiwaniu jego samego, to w celu znalezienia dwóch agentów z Evaduin, którzy zbiegli w trakcie zasadzki. Jeśli uda się ich dostarczyć do Anigru, a tamtejsi oprawcy wyciągną z nich zeznania, to incydent może się przerodzić w konflikt zbrojny z tym południowym, nadmorskim księstwem. Z drugiej strony – myślał rycerz – mogą pomyśleć, że to ja wprowadziłem konwój w tę zasadzkę... Kolejne szturchnięcie olbrzymiej łapy wyrwało go z rozmyślań. Rycerz warknął na rozbawionego minotaura, co zaowocowało następnym lekkim uderzeniem. - Daj mu spokój, Zor – powiedział od niechcenia rudzielec – Zabawa, zabawą, ale możesz go uszkodzić. Minotaur spojrzał na swego kompana z wyrzutem, cicho parskając. - Możemy go potrzebować, wiesz o tym – kontynuował elf – i to w jak najlepszym stanie. A ty – odezwał się, spoglądając na maszerującego za nim człowieka – nie stawiaj się tak. Damy radę i bez ciebie, jeśli będziesz sprawiał problemy. Zrozumiano? – zapytał, zwężając oczy w szparki. Erynkrist niechętnie skinął głową. Postanowił spróbować wydobyć jakieś informacje od swych porywaczy. - Idziecie do Anigru? – zapytał rycerz niepewnie. - Nie interesuj się – ryknął Zor, po czym spojrzał pytająco na Lomyrianda. - Dowiesz się w swoim czasie, dokąd zmierzamy – rzucił, nie odwracając się, Lomi. Zorandareg wydał się trochę rozczarowany, co nieco rozbawiło Erynkrista, choć nie dał tego po sobie poznać. Wygąda na to, że oni sami nie wiedzą gdzie się kierować – pomyślał rycerz, uśmiechając się na myśl o tym, jak bardzo to ułatwi pogoń. Ogień nadzieji znowu…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowieść Bez Tytułu - Rozdział 6, część 1 — czytnik · opowiadania