Fantasy · 9 min czytania
Opowieść Bez Tytułu - TOM II, Rozdział 1, cz 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
* * *
- Paskudna pogoda, nie sądzisz? – rudzielec odezwał się cicho do swojej towarzyszki, by przełamać niezręczną ciszę. – Niemalże tak okropna jak twój humor. Opatulona peleryną kobieta rzuciła mu gniewne spojrzenie. Mieli niewiele czasu, a w żaden sposób nie mogli znaleźć poszukiwanego przez nich człowieka. Jakby tego było mało, ich trzeci towarzysz nie został wpuszczony do miasta i pozostał poza murami. Teraz czekali na niego – miał tutaj do nich dołączyć, jak tylko uda mu się przekraść przez mury miejskie. - Znalezienie go może być po tylu latach trudniejsze, niż się spodziewaliśmy, to masz na myśli, prawda? – zapytał poprawiając kaptur, próbując nawiązać rozmowę. - Gdy tylko Kalisto do nas dołączy, poszukamy kogoś bardziej zorientowanego w życiu miasta – odpowiedziała. Nagły powiew wiatru zrzucił jej z głowy kaptur, ukazując elfie uszy. Po chwili go poprawiła, ponownie ukrywając swoją tożsamość. - Może Blaise nam pomoże. Podobno jest teraz w mieście. Lomyriand skinął głową, zgarniając kosmyk rudych włosów za ucho. Zaczynało się robić zimno, noc szybko zapadała. Jeśli ich towarzysz szybko do nich nie dołączy, będą musieli założyć, że się nie przedostał i ruszyć na dalsze poszukiwania bez niego. Jednocześnie spojrzeli w kierunku murów, dostrzegając biegnącą ku nim ogromną sylwetkę. Postać po paru chwilach zwolniła i podeszła do nich już spokojnym krokiem. Była ubrana w grubą szatę sięgającą kostek, również mając zaciągnięty na głowę kaptur. - Jestem. Małe problemy ze strażą – odezwał się przybysz, a jego głos bardziej przypominał warkot zwierzęcia, niż ludzką mowę. Akcentował wyraźnie „r”. - Mieliśmy już iśc bez ciebie. – odpowiedział mu elf, z lekkim uśmieszkiem. Nie przepadał za Kalistem. W zasadzie był o niego nawet trochę zazdrosny. Uczucie nasiliło się, gdy elfka przytuliła się do ich wspólnego towarzysza, uśmiechając się. „Jest spoza ludu, a zdaje się go lubić bardziej niż mnie” – pomyślał elf i chrząknął. - Chodźmy – powiedział. – Nie ma czasu. Ruszyli razem mokrymi ulicami, przedzierając się przez wciąż powiększające się kałuże. Kalisto i Lomyriand przechodzili przez nie, podczas gdy elfka starała się je przeskakiwać, niczym małe ludzkie dzieci. Twierdziła, że nie chce przemoczyć butów, ale Lomi wiedział, że ją to po prostu bawi – przecież i tak dawno już byli całkowicie przemoczeni. Westchnął. - Wiesz gdzie szukać tego Blaise’a? Oby nie był równie nieuchwytny jak nasz przyjaciel Everic. Elfka skinęła głową, przeskakując kolejną kałużę. - Ludzie go lubią, albo raczej jego muzykę. Tak czy inaczej, powinien być teraz w jakiejś tawernie ze sceną – po wypowiedzeniu tych słów zamyśliła się na chwilę. – Może w Źródełku? To niedaleko. Ruszyli więc do niewielkiej tawerny, zaproponowanej przez Tishę. Ulice były niezwykle puste, minęli jeden patrol straży miejskiej, która nie zwróciła na nich większej uwagi. Co było raczej dziwne, zważywszy na to, że elf był uzbrojony. Lomyriand na plecach niósł kołczan ze strzałami i łukiem, przy jego pasie wisiał miecz, a w lewej ręce miał gwiaździstą tarczę. Kiedy się zbliżyli do lokalu, usłyszeli ze środka odłosy zabawy. Światło padało ze środka na ulicę, tak samo jak powtarzające się salwy śmiechu. Elfka weszła do środka, podczas gdy jej towarzysze oparli się o ścianę przy drzwiach wejściowych. - Mam nadzieję, że nikogo nie zabiłeś? – zapytał elf ze złośliwym uśmieszkiem. Często kpił z brutalności Kalista. Ten zsunął z głowy kaptur, ukazując swój tygrysi łeb. Warknął ostrzegawczo na elfa, choć obydwaj wymieniali takie przyjacielskie złośliwości codziennie. Kalisto był taraerem – przedstawicielem starożytnej rasy tygrysoludzi, zamieszkujących niegdyś odległe puszcze na południowym zachodzie. - Lepiej to załóż, nie chcemy znowu kłopotów ze strażą. I tak mamy szczęście, że cię nie aresztowali w bramach, gdy się zorientowali, że jesteś niezupełnie czlowiekiem. Tymczasem elfka rozglądała się po dużej sali, próbując odnaleźć wzrokiem człowieka, z którym się kiedyś przypadkowo spotkała. Nie widząc go, odwróciła się w kierunku wyjścia, gdy nagle zabrzmiał tubalny głos, najprawdopodobniej należący do karczmarza. -