Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Wakacje · 19 min czytania

Opowieść z Zielonej Planety

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Już od 10 minut nadaję sygnał wywoławczy na wcześniej ustalonej częstotliwości i nadal nie mam odpowiedzi. - Proszę o wyświetlenie 7 paragrafu kontraktu. Na ekranie pojawia się odpowiedni fragment umowy. Sprawdzam częstotliwość - 108 Mhz. Spoglądam na radiostację ustawioną również na 108 Mhz. - Co jest, do jasnej cholery?! Nagle z głośników rozlega się trzask i słychać czyjś głos: - Transportowiec „Legenda”? Mówi dr. Davies z Zielonej Planety. Witam, kapitanie Sotela. - Ja też witam, panie doktorze. Proszę o pozwolenie na lądowanie. - Panie kapitanie, mamy drobne kłopoty z naszym komputerem nawigacyjnym. Nasz system samonaprowadzający zepsuł się. W związku z tym musi pan sam wylądować. Podam panu współrzędne lądowiska. - Ale na której planecie mam wylądować? - Na właściwej. - Słyszę jak Davies się śmieje. - Panie kapitanie, niestety, nie mogę panu pomóc. - Czyli muszę zdać się na swoją intuicję? - Niestety, tak. Ale mam nadzieję, że uda się panu. Oto współrzędne lądowiska... Davies dyktuje mi cyfry. Zapisuję je na kartce. - Życzę szczęścia i czekam na pana. - Jeśli wszystko się powiedzie, powinienem wylądować za 4 godziny. - Do zobaczenia. Davies się wyłącza. Spoglądam na duży ekran, na którym widać dwie bliźniacze planety. Podobne do siebie jak krople wody. Cholera, która to planeta? Wiem, że tylko jedna jest zamieszkana. Drugiej jak dotąd nieskolonializowano. Nie wiem dlaczego. Po chwili namysłu wybieram tę, która znajduje się po lewej stronie ekranu. Potem wprowadzam współrzędne lądowiska do komputera i rozpoczynam procedurę lądowania. Boże, mam nadzieję, że to jest ta zamieszkana planeta...

Mój transportowiec osiada z gracją na lądowisku. Na ekranie komputera pojawia się wiadomość: „Ostrzeżenie. Zbyt duża prędkość wiatru. Zagrożona stabilność statku. Wskazana jest natychmiastowa ewakuacja.” Otwieram właz i omal nie tracę równowagi. Olbrzymia wichura szaleje po lądowisku, wokół mojego statku. W oczy wpada mi piasek. Gdzieś w oddali zauważam zbliżającą się postać. - Witam, panie kapitanie. Jestem doktor Davies - wyciąga rękę. - Czy mogę wejść na pokład? - Proszę - ściskam jego dłoń. Davies wchodzi. Jest taki hałas, że z trudem słyszę jego słowa. - Niech pan zamknie właz - krzyczy Davies. - Zaraz zjedziemy do piwnicy. Tam będziemy bezpieczni. Zamykam właz. Davies wyciąga z kieszeni krótkofalówkę. Włącza ją. - Okay, jesteśmy gotowi. Spuście nas. Nagle czuję, jak zaczynamy zjeżdżamy w dół. Tak, jakbym jechał windą. Wszystkie wnętrzności podchodzą mi do gardła. Nie jest to przyjemne. Podobne uczucie jak w czasie lądowania. Choć wtedy występuje w mniejszym stopniu, gdyż zazwyczaj mój transportowiec ląduje bardzo powoli. Davies spogląda na mnie. - Nie zbyt ciekawie przywitała pana nasza planeta. - To nie ma wielkiego znaczenia. Cieszę się, że wylądowałem na właściwej planecie. - Tak, ma pan rację. A to tornado niedługo się skończy. - Tornado? - pytam zdziwiony. - Tak. Na Moskwie trąby powietrzne występują regularnie co miesiąc. - Na Moskwie? - Tak nazywamy tą planetę. Ta druga to Waszyngton. - Davies uśmiecha się widząc moje zdziwienie. - Nazwaliśmy tak obie planety na pamiątkę zimnej wojny, która trawiła obydwa mocarstwa w drugiej połowie XX wieku. Zresztą, biorąc pod uwagę obecną sytuację, te nazwy są bardzo adekwatne. - Co ma pan na myśli, panie doktorze? - Opowiem panu o tym później. Davies rozgląda się po wnętrzu kabiny. W pewnej chwili opadanie dobiega końca. Stoimy w miejscu. - Jesteśmy już bezpieczni. Znajdujemy się 20 metrów pod ziemią. - Davies otwiera właz i wychodzi. - Proszę za mną, kapitanie Sotela. Podążam za Daviesem. Wychodzę ze statku, zeskakuję na dużą rampę i rozglądam się. Jesteśmy w bazie przeładunkowej. Wokół kręci niewielka grupa ludzi. Zauważam, że są oni jakoś dziwnie do siebie podobni. Mają niemal identyczne rysy twarzy. Ale to chyba złudzenie. Oczy mi łzawią od piasku. - Przybył pan trochę przed czasem, więc nie jesteśmy jeszcze gotowi do załadunku. - Davies idzie bardzo szybko, z trudem za nim nadążam. - Mam nadzieję, że zgodzi się pan spędzić kilka dni na Moskwie? - A czy mam inne wyjście? - Obawiam się, że nie. A poza tym, tornado będzie jeszcze szaleć przez mniej więcej dwa dni. Tak więc jest zmuszony tu zostać. - Dwa dni? - Tak. Na Moskwie trąby powietrzne trwają kilka dni. - Wchodzimy do korytarza.- Na szczęście nie wyrządzają żadnych szkód, gdyż wszystkie pomieszczenia zbudowaliśmy pod ziemią. - A nie boi się pan trzęsień ziemi, lub powodzi? Davies zatrzymuje się. Spogląda na mnie. - W całej historii kolonializacji tej planety nie odnotowano ani jednego przypadku trzęsienia ziemi, czy wystąpienia wód. Jedyny kataklizm, jaki tu mamy, to te trąby powietrzne. - Davies idzie dalej.- Tutaj człowiek może odczuć potęgę wiatru. Dalej idziemy w milczeniu. Po chwili Davies znowu się zatrzymuje. Wskazuje mi jakiś pokój. - Na razie może pan się tutaj zatrzymać. Do wieczora pańska kwatera w budynku głównym będzie gotowa. Wchodzimy do pokoju. Małe pomieszczenie z łóżkiem i stolikiem. - Tu jest łazienka, jakby pan chciał się odświeżyć. W tej chwili muszę pana opuścić. Ale za dwie godziny zapraszam na kolację. Chcę go spytać, jak trafię do jadalni, ale Davies uprzedza mnie: - Proszę się nie martwić, przyjdę po pana. - Dziękuję - mówię.- Muszę tylko wrócić do statku i wziąć parę swoich rzeczy. - Proszę bardzo. Do zobaczenia wieczorem. - Do widzenia. Davies odchodzi, a ja wracam do statku. Na rampie nie ma już nikogo. Wchodzę do środka. Zabezpieczam główny komputer, żeby nikt niepożądany nie dostał się do jego pamięci. Mimo iż Davies sprawia wrażenie miłej osoby, to nie ufam mu. Jest coś dziwnego w tej planecie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale czuję się tu bardzo nieswojo. Mam nadzieję, że nie będę musiał zbyt długo tutaj siedzieć...

Zgodnie z obietnicą, dwie godziny później Davies zabiera mnie na kolację. Idziemy długim korytarzem, na którego końcu jest duży hall. Po jego lewej stronie jest jadalnia. I właśnie tam idziemy. - Potrawy przygotowałem sam. A ponieważ nie jestem dobrym kucharzem, proszę więc o wyrozumiałość. Siadamy przy stole. Davies bawi się w kelnera i podaje mi potrawy: kotlety sojowe (przynajmniej wyglądają jak kotlety sojowe), sałatki warzywne. Do tego pijemy wyjątkowo dobre, stare wino. Podczas kolacji niewiele rozmawiamy. W powietrzu panuje dosyć gęsta atmosfera. Ani Davies, ani ja nie mamy ochoty na rozmowę. Dopiero, gdy przechodzimy do kuchni, języki nam się rozwiązują. Davies sprząta po kolacji, a ja delektuję się kolejną lampką wina. - Jak długo jest pan na tej planecie? - pytam. Davies spogląda na mnie. Właśnie wrzuca ostatni talerz do zmywarki. Po chwili przysiada się do mnie, nalewa do kieliszka trochę wina i wypija łyk. - Nie pamiętam. To było bardzo dawno temu. A poza tym, nie interesuję mnie to, co było. Ja patrzę przed siebie i myślę o tym, co ma być. Dopijam swoje wino. - A jak długo pan pracuje, kapitanie Sotela? - Prawie 10 lat. - Czy wykonuje pan jakieś zlecenia rządowe? - Nie. To znaczy staram się trzymać z daleka od ludzi stających przy sterach. Choć czasami przyjmuję jakieś drobne zlecenia. Ale bardziej wolę pracować dla prywatnych firm. Wszystko zależy od tego, jak wysokie ma być moje honorarium. - Czy tylko pieniądze pana interesują? - Nie. Rozpatrując propozycję biorę pod uwagę też miejsce, do którego mam się udać. Interesują mnie też walory, powiedzmy, estetyczne tego miejsca. Mój kieliszek jest już pusty. Davies zauważa to i napełnia go winem. - A więc nie jest pan skończonym materialistą? - Nie, aż tak źle nie jest. - Wino ma bardzo piękny, delikatny zapach.- Czy to wino zostało tutaj zrobione? - Na Waszyngtonie. Spoglądam na Daviesa. On jest wpatrzony w swój kieliszek. Chciałbym od niego wyciągnąć trochę informacji na temat bliźniaczej planety, ale nie wiem, jak go o to spytać. - Obiecałem panu powiedzieć coś na temat naszych planet - odzywa się Davies, jakby czytał w moich myślach. - Od jakiegoś czasu nie możemy dostać się na powierzchnię Waszyngtona. Nasze sondy docierają tylko do górnych warstw jego atmosfery. Dalej coś je blokuje. A jeszcze kilkanaście lat temu hodowaliśmy tam różne warzywa, owoce. Waszyngton jest zupełnym przeciwieństwem Moskwy. - Davies odstawia swój pusty kieliszek. - Tam nie szaleją żadne wichury. Przez cały czas panuje tam spokój. Jednak około 10 lat temu wszystkie morza zaczęły nagle występować ze swoich brzegów i zalewać nasze plantacje. Musieliśmy opuścić Waszyngtona. Od tamtej pory nie wiemy, co się dzieje na jego powierzchni. Davies wstaje. Bierze swój pusty kieliszek i wstawia go do zlewu. - Proszę mi wybaczyć, kapitanie, ale jestem bardzo zmęczony. Dzisiejszy dzień był dla mnie bardzo ciężki. Jeśli pan pozwoli, to udam się na spoczynek. - Ależ oczywiście. Zresztą, ja też jestem skonany. Podróże są dla mnie męczące. - Pokażę pańską kwaterę. Jest już gotowa. - Muszę przenieść swoje rzeczy... - Już są przeniesione - Davies mi przerywa. - Proszę za mną, kapitanie Sotela. Wstaję i udaję się za Daviesem. Idziemy schodami kilka pięter niżej. - Nie budowaliśmy windy. Uważam, że to zbyt nowoczesne. W pewnych sprawach jesteśmy bardzo staro świeccy. - Mówi pan cały czas: „jesteśmy, budowaliśmy”. Kto jeszcze, oprócz pana, jest na tej planecie? - Och, tu jest wielu ludzi. Pracownicy laboratorium, robotnicy... Davies spogląda na mnie. W…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowieść z Zielonej Planety — czytnik · opowiadania