Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Aktualności · 1 godz. 22 min czytania

Opowieści Nie-Mojego Dziadka / II - Marynarska dus

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

II

"Marynarska dusza czyli cebula i rum i coś jeszcze"

Jak znalazłem się na statku, nie pamiętam zupełnie. Wuj wepchnął mnie na pomost, a potem już tylko całkowita kotłowanina. Pierwsze kilkadziesiąt minut na pokładzie są całkowitą dziurą w mojej pamięci. Być może było to spowodowane szokiem, jaki wywołał niezapowiedziany wyjazd z domu, to, że nikt nie powiedział mi jaki ma być dalszy mój los, dokąd i po co się udaję. Być może mózg nie potrafił pracować w zbytnim zgiełku, a zgiełk na okręcie był nie lada. Setki ludzi biegało we wszystkie strony, nosili jakieś toboły, jakieś dzieci płakały, kobiety krzyczały a załoga w pasiastych koszulach przyglądała się wszystkiemu z założonymi rękami, prawdopodobnie zdając sobie sprawę z tego, że i tak nie będą w stanie ogarnąć tego chaosu.

Ktoś mnie popychał, ktoś mnie gdzieś ciągnął, ktoś krzyczał. Cały czas dostawałem tobołami po głowie i butami po łydkach. Nie tak wyobrażałem sobie podróż okrętem. Myślałem, że ktoś mnie zaprowadzi do jakiejś kabiny z łazienką, że będzie spokojnie i przyjemnie a kelnerzy będą podawać wspaniałe potrawy w restauracji. Tym czasem w koło tylko rozlamentowane baby i rozwrzeszczane bachory. Nie mogąc znieść tego zgiełku ukryłem się pod jakimiś schodami, na których stał wielki, brodaty mężczyzna, który chyba bronił wstępu na nie. Po kilku głębszych wdechach, gdy już się trochę uspokoiłem, zacząłem przyglądać się biegającym ludziom. Zauważyłem, że oprócz załogi, która zachowywała jeszcze jako taki spokój, byłem na statku jedynym przedstawicielem płci męskiej. - " No tak. Statek uciekinierów. " - pomyślałem. Rzeczywiście były tu same kobiety z dziećmi a raczej z córkami. Jak się później dowiedziałem, wprowadzono zakaz opuszczania kraju przez mężczyzn. Nawet ci najmłodsi musieli pozostać, nie pomijając noworodków. Koniec końców, nastała przecież wojna. Wszyscy mężczyźni mieli zostać wcieleni do armii a ci, którzy byli jeszcze za młodzi by walczyć, czekać mieli spokojnie na swoją kolej. Nie wiem jakim sposobem wuj ulokował mnie na statku w takiej sytuacji ale teraz to już nie istotne.

Siedziałem sobie spokojnie pod tymi schodami, przyglądając się temu co się dzieje na pokładzie, nie zdając sobie sprawy z tego, że mnie też ktoś się przygląda od dłuższego czasu. Trochę to pewnie trwało, gdyż głowa zaczynała mi już opadać mimowolnie i musiałem się mocno natrudzić, by utrzymać ją w pionie, widocznie jednak zmęczenie wzięło górę i przysnąłem troszeczkę. Pamiętam, że śniłem o jakiejś wielkiej bitwie toczącej się na polanie w lesie. Jednym wojskiem dowodził jednooki karzeł, ujeżdżający olbrzymiego, białego niedźwiedzia. Po przeciwnej stronie stała armia dowodzona przez muskularną wilczycę o straszliwie zjeżonej sierści na karku. Po środku pola bitewnego stała żelazna klatka w której klęczał związany Alex. Chciałem pobiec mu na ratunek, lecz w pół drogi dopadł mnie niedźwiedź, ujeżdżany przez karła i przycisnął mnie mocno łapą do ziemi, odbierając całkowicie zdolność oddychania. W tym momencie obudziłem się i spostrzegłem, że naprawdę mam problemy z oddychaniem i jakaś wielka łapa ściska moją klatkę piersiową. To ten wielki marynarz, który stał na schodach, zorientował się, że jestem chłopcem a nie dziewczynką i próbował mnie obudzić. Czynił to co najmniej niezdarnie. Nie potrafił chyba okiełznać mocy swych rąk, gdyż uniósł mnie ku górze jak szczeniaka, czemu sam się zdziwił, spodziewając się prawdopodobnie większego ciężaru.

- Tej! Ho no tu. - usłyszałem w momencie, gdy moje nogi odrywały się od podłoża.

Głos jego był adekwatny do postury i brzmiał, jakby sto byków ryczało w studni. Wzrostu miał sporo ponad dwa metry a gdy mnie uniósł, zobaczyłem, wokół statku tylko wodę i żadnego lądu w zasięgu wzroku. Widocznie to kołysanie okrętu wprawiło mnie w głęboki i mocny sen. Przez zamyślenie nie usłyszałem dokładnie co do mnie mówi ów olbrzym. Po chwili znalazłem się w ciemnej kabinie, przyciskany do dołu ogromną, ciężką ręką. Dłonie bosman miał jak łopaty do odśnieżania. To właśnie on przyniósł mnie do kajuty kapitańskiej i stał teraz za mną, przytrzymując mnie, jakbym miał zaraz dać dyla. Ja uciekać zamiaru nie miałem. Po pierwsze dlatego, że nie uśmiechało mi się teraz pływać w zimnej wodzie, po drugie nie wiedziałem w którą stronę płynąć, po trzecie, bałem się, że w wodzie mogą być rekiny.

- Znalazłem to pod schodami. - oświadczył bosman głosem, który przytłoczył mnie jak lawina skał, spadająca podczas burzy.

Kolana się pode mną ugięły, lecz ręka bosmana zacisnęła się mocniej i kolejny raz podrzuciło mnie ku górze. Zabieg ten miał na celu postawienie mnie na nogi, lecz niestety kciuk bosmana kłuł mnie niemiłosiernie w kręgosłup pomiędzy łopatkami a środkowy palec jego dłoni prawie miażdżył mostek. Ten uścisk odbierał mi dech w piersiach, ale wziąłem się w garść i nie pisnąłem nawet. Domyśliłem się, że bosman mówiąc " To " miał na myśli mnie.

Obróciłem głowę w prawo, potem w lewo, troszkę na ukos do góry i w dół, by obejrzeć sobie bosmana na tyle, na ile pozwalała mi jego dłoń,blokująca ruchy całego ciała, oprócz głowy. Sięgałem mu zaledwie ponad pępek a miałem wtedy już jakie czternaście lub piętnaście lat i nie byłem wcale chuchrem. Jego ramiona przesłaniały mi widok po obu stronach. Zauważyłem także, że ciężar ciała ma przeniesiony na jedną nogę a głowę lekko przechyloną w bok. Wszystko po to, by zmieścić się w kajucie kapitana. Bosman to był naprawdę wybryk natury. Nie, nie wyglądał dziwacznie, ani śmiesznie. Cały był całkiem proporcjonalny, może poza dłońmi, które nawet jak na niego były zbyt duże. Bosman był po prostu wielki jak dąb i wzbudzał postrach, wszędzie gdzie się pojawił. Spał na starym spinakerze rozciągniętym w ładowni, gdyż nie zmieścił by się na zwykłym hamaku. Głos miał dudniący i donośny jak grzmot z nieba. Ci co go słuchali, truchleli jak zające na widok niedźwiedzia. Ci co go nie zrozumieli lub nie dosłyszeli przez zamyślenie za pierwszym razem, nie śmieli pytać o powtórzenie rozkazu. Bosman nie mówił dużo. Nie wypowiadał zbędnych słów, nie pytany nie odzywał się prawie wcale.

To, czyli ja, stało teraz w kajucie kapitana i zastanawiało się co ze mną będzie. Nie wiem jak długo byliśmy już na pełnym morzu, ale widocznie zbyt długo i zbyt daleko byliśmy od lądu by zawrócić i mnie wysadzić. Kapitan tym czasem podniósł głowę znad pustego biurka i zaczął mnie badać wzrokiem od stóp do głowy. Jego małe, przymrużone oczka biegały po moim ciele, wywołując lekki dreszcz, którego się nie spodziewałem. Kapitan był blady jak wapno i chudy jak patyk. Dłonie, którymi były chyba same kości powleczone skórą, miał oparte na blacie. Długie, gęste, kręcone, czarne jak smoła włosy, opadały mu na ramiona. Pozostawały one niewzruszone nawet przy silnych ruchach głową, których kapitan wykonywał sporo. Przyglądał mi się dłuższą chwilę, aż wreszcie z pomiędzy wąsa, który wyglądał jak czarne nogi baletnicy rozkładające się w podskoku, a spiczastej bródki, wysunął się jaszczurczy język i zwilżył wąskie, blade usta, po czym z ust tych wydobyło się najpierw chrząknięcie, potem mlaśnięcie, aż wreszcie kapitan zapytał mnie:

- To mówisz bratku panie tego, że chcesz zostać, tego no, marynarzem, hę? Mówiąc to, kapitan nie patrzył na mnie, lecz pochylił głowę nad biurkiem i począł wzrokiem śledzić niewidzialną muchę czy innego robala, biegającego po blacie. Poruszał przy tym całą głową i zdawać by się mogło, że pisze coś swoim ogromnym nochalem na drewnianym meblu.

Pomyślałem, że to całkiem ciekawa propozycja. Tylu już zawodów miałem się uczyć przez ostatnich kilka lat, że czemu nie spróbować by i tego? Czyż zawód marynarza nie wiązał się ze wspaniałymi przygodami, podróżami, zwiedzaniem dalekich krajów, poznawaniem nowych światów i nie odkrytych jeszcze lądów? Oczywiście, że chciałem zostać marynarzem. Ta propozycja uświadomiła mi, że chyba niczego innego na świecie nie pragnąłem bardziej, niż właśnie zostać marynarzem i pływać na właśnie takim żaglowcu jak ten. Zastanawiałem się chyba jednak zbyt długo nad odpowiedzią, gdyż palec wskazujący bosmana zgniótł mój mostek z taką siłą, że nawet gdybym nie chciał, odpowiedziałem tylko:

- Yhm.

Kapitan podniósł głowę i spojrzał na mnie kiwając głową, po czym ponownie śledząc jakiegoś owada, tym razem na suficie zwrócił się do bosmana:

- Weź no go panie bosmanie, tego, no, zaprowadź do, no tego no panie, szefa no, panie bosmanie, togo no.

- Taa - odpowiedział przeciągle bosman, po czym złapał mnie za kołnierz koszuli i unosząc lekko w górę poprowadził wąskim korytarzem, następnie schodami w dół do siedziby szefa. Troszkę mnie podduszał, szarpiąc za kołnierz, lecz nie przejmowałem się tym zbytnio.

Teraz cały niepokój i strach ustąpił miejsca nieopisanej euforii. Miałem być marynarzem. W myślach już widziałem siebie w skórzanych butach, drelichowych spodniach i pasiastym podkoszulku. Bosman krzyczy:

- " Relinguj żagle, fokuj maszty, na bakburte lewo ster "

Nie miałem pojęcia czy słowa te mają jakikolwiek sens, lecz oczami wyobraźni, już widziałem siebie, jak skaczę z liny na linę, z masztu na maszt a potem do steru, wykonując niesamowite akrobacje, ratując okręt i wszystkich ludzi od niechybnej śmierci, podczas straszliwego sztormu. Już miałem zameldować bosmanowi o wykonanym zadaniu i o stanie takielunku, lecz dotarliśmy właśnie do drzwi, które oddzielały mnie od mojego przyszłego mentora. Wystarczyło je pchnąć, by otworzyć sobie drogę do wielkiej przygody. Już za chwilę miałem poznać człowieka, który będzie mnie uczył sztuki marynarskiej a człowiekiem tym miał być sam " Szef ". Ogarnęła mnie delikatna trema przed spotkaniem z tym człowiekiem, lecz wziąłem się w garść i wyprostowałem, przyjmując minę pewnego siebie, twardego i nieustraszonego, gotowego na wszystko, lojalnego marynarza.

Bosman pchnął nogą masywne drzwi i po chwili już staliśmy w ogromnym pomieszczeniu. Podłoga, ściany i sufit, obite były blachą. Było to jakieś dziesięć metrów szerokie, dwadzieścia metrów długie i na cztery metry wysokie. Znajdowały się tam dwa rzędy ogromnych kotłów, do których prowadziły schody na kółkach, by można było dostać się na górę. Pod kotłami palił się delikatny ogień. Pomiędzy kotłami porozstawiane były wielkie stoły, po których walały się sterty mięsa i warzyw. Wszędzie pełno było ludzi noszących jakieś zawiniątka, pakunki, połcie mięsa i kosze z warzywami. Jeden taki w białym fartuchu biegał z wielkim wężem strażackim, wspinał się po schodach i dolewał wody do kotłów. Po całym pomieszczeniu roznosiły się przeróżne zapachy, które znałem doskonale. Gotowane, suszone mięsa, warzywa, solone śledzie i kiszona kapusta oraz wszechobecna cebula. W jednym kącie znajdowało się biurko za którym siedział łysy jegomość o facjacie przypominającej opasłego prosiaka i skórze równie różowej jak wyżej wymienione zwierzę. Spocony i ciężko oddychający, obliczał coś w zeszycie. Oglądał każdy kosz przynoszony do pomieszczenia zza drzwi znajdujących na drugim końcu kuchni i znowu zapisywał coś w zeszycie. Bosman pociągnął mnie za sobą w stronę owego człowieka. Ja wciąż miałem jeszcze nadzieję, że ten łysy tłuścioch to nie rzeczony Szef i że przyszliśmy tu tylko przez pomyłkę. Niestety, kiedy tylko podeszliśmy do tego biurka, bosman rozwiał moje wszelkie wątpliwości.

- Hej! Szefie. Mam tu szczurka dla ciebie. Chce być marynarzem - wyrzekł. Puścił kołnierz mojej koszuli i nie czekając na odpowiedź odszedł.

Po raz kolejny kolana się pode mną ugięły. Tym razem z rozpaczy. Moje marzenia legły w gruzach. Oto stałem przed samym Szefem, który miał mnie uczyć marynarskiej sztuki a on okazał się najzwyczajniejszym szefem kuchni okrętowej. Tak, miałem być kucharzem. Nie, nie kucharzem. Miałem być pomywaczem, popychadłem, najniższym szczeblem drabiny marynarskich przygód. Tak zakończył się mój sen i w jednej chwili spadłem z wysokiego masztu wprost do kuchennego kotła pełnego pomyj i to dosłownie.

- No marynarzu Szczurku. Widzisz ten kocioł tam w rogu? - zapytał szef, wstając z krzesła. - Yhy - odpowiedziałem ze łzami w oczach. - Jak widzisz, skoro gapisz się na mnie? - wybuchnął szef. Odwróciłem więc głowę i spojrzałem na ten nieszczęsny kocioł. - Ten pod którym nie ma ognia? - zapytałem. - No ten ten. Przy kotle znajdziesz wiadro z piaskiem, mydło, szmaty, drucianą szczotę i butlę z oliwą. Ten kocioł stał w porcie nie używany parę lat. Do jutra ma być zdatny do użytku.

Przyglądałem się wielkiej, różowej postaci, pewnie z nie zbyt inteligentnym wyrazem twarzy bo i on przyglądał mi się jak jakiemuś bardzo osobliwemu zjawisku. Nie miałem pojęcia o czym mówi ten odziany jedynie w spodnie i brudny fartuch, tłusty olbrzym. To znaczy pojęcie miałem, wiedziałem co mam robić, tylko nie za bardzo wiedziałem, jak się do tego zabrać, od czego zacząć.

- No w tył zwrot marynarzu Szczurek i do roboty! Nie mam czasu. Szef nie był miły ani łagodny. Nie był to też typ, który jest szlachetnie szorstki, wymagający i uczący swych podwładnych dyscypliny i porządku, według zasad sprawiedliwości. Był jedynie obleśnym pijakiem, wyżywającym się na słabszych za własne niepowodzenia, których sam był autorem, oraz prawdopodobnie rekompensował sobie w ten sposób niską samoocenę, powodowaną wyglądem prosiaka, któremu ktoś niezdarnie doczepił niektóre ludzkie członki. Nawet jeśli tak było, to ten ktoś zapomniał o oczach, bo zdradzały one jego genetyczne korzenie oraz osobowość, przy pierwszym poznaniu.

Nie chcąc drażnić szefa, wykonałem w tył zwrot i podszedłem do kotła. Teraz, gdy zobaczyłem grubą warstwę rdzy, ogrom naczynia przytłoczył mnie. Cóż, kocioł był wielki, ale zasada czyszczenia była chyba taka sama jak w normalnej kuchni z mniejszymi naczyniami. U wuja cukiernika wykonywałem tę czynność dosyć często. Polałem więc kocioł wodą, obsypałem piaskiem i zabrałem się za szorowanie. Wykonałem zaledwie kilka ruchów szczotą, gdy usłyszałem za plecami świst i poczułem przenikliwy ból w okolicy nerek. To szef zdzielił mnie mokrą szmatą.

- Co ty wyprawiasz szczurze? - zapytał tocząc pianę z pyska. - No czyszczę kocioł - odparłem szczerze. - W środku półgłówku. W środku. Na cholerę nam czysty gar z zewnątrz? Nie udawaj więcej idioty bo zrobię z ciebie sushi dla bosmana.

Nie wiedziałem co to sushi i wolałem się nie dowiedzieć. Skinąłem tylko głową i pognałem schodami na górę. Na podeście znalazłem wąską, żelazną drabinkę z hakami przyczepionymi na jednym końcu. Wrzuciłem przybory do kotła, drabinkę zawiesiłem na brzegu naczynia i zlazłem po niej do środka.

W kotle poczułem się od razu lepiej. Nie spodziewałem się tego, ale gruba warstwa żelaza oddzielająca mnie od tego tyrana, utworzyła dla mnie pewnego rodzaju azyl, schronienie. Ja nie widziałem jego a on nie widział mnie. Z małą dozą pocieszenia, zapewnioną przez żelazną płytę, zabrałem się do roboty. Pozbyłem się najpierw warstwy zaschniętego, starego jedzenia i przypalonego tłuszczu a następnie zabrałem się za rdzę. Szorowałem i skrobałem, skrobałem i drapałem, drapałem i obstukiwałem, obstukiwałem i szorowałem i tak w kółko. Gdy rozbolały mnie ręce, lub gdy z pragnienia językiem prawie już dotykałem dna kotła, robiłem kilkuminutową przerwę, zważając by nie odpoczywać zbyt długo. Nie chciałem zdenerwować Szefa Prosiaka. Tak go nazwałem, choć później słyszałem jak inni nazywają go jeszcze gorzej, ale nie będę tego przytaczał. Tak więc czyściłem tę kupę złomu, aż wreszcie po kilku godzinach ujrzałem pierwszą plamkę błyszczącego metalu, wyzierającą nieśmiało spod warstwy rdzy. Pomyślałem, że teraz powinno już być łatwiej. Myliłem się niestety. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że przy samym metalu rdza trzyma się mocno i bardzo ciężko ją zedrzeć. Pracowałem jednak bez wytchnienia.

Nagle poczułem, że się topię. Zacząłem bezładnie wymachiwać ramionami i nogami by uchronić się od okropnej śmierci przez utonięcie. Łapałem powietrze urywanymi haustami, uważając by nie nabrać wody w płuca.

- " Statek tonie, statek tonie "

To jedyna myśl jak przyszła mi do głowy. Jeśli o głowie mowa, to w amoku i szale, podczas próby ratowania się z odmętów wodnych, wyrżnąłem nią o dno kotła tak boleśnie, że aż zobaczyłem latające ryby.

- Wyłaź stamtąd szczurze! - wrzasnął ktoś znad krawędzi naczynia. Wstałem i spojrzałem w górę. Stojący tam człowiek napełniał kocioł wodą, przy użyciu węża strażackiego. Ściany naczynia raziły blaskiem wypolerowanego żelaza a ja stałem po kolana w wodzie.

- " No tak. Zasnąłem w kotle" - pomyślałem. Rzeczywiście po skończonej pracy wyszedłem z kotła, by odkręcić wielki kran odpływowy, lecz później wróciłem jeszcze po przybory. Byłem jednak tak zmęczony, że nie wyszedłem już z kotła, lecz padłem w nim na twarz i zasnąłem jak suseł.

- Wyłaź szczurze. Zaraz rozpalamy ogień. Chcesz być podany jako przystawka czy danie główne? Jeden z kuchcików przywołał mnie do porządku.Wylazłem pospiesznie na górę, po czym zbiegłem po schodach i stanąłem przy kotle. Drugi z nich rzeczywiście rozpalał już ogień w dziurze znajdującej się pod kotłem. Przyglądałem mu sie przez chwilę, nie wiedząc co teraz ze sobą począć.

- No co tak sterczysz? Idź do szefa. - nakazał mi, nie odwracając głowy.

Zauważyłem, że panuje tu zwyczaj mówienia do ludzi, nie patrząc na nich. Nie rozmyślałem nad tym więcej i czym prędzej podszedłem do biurka szefa. Ten nie podniósł nawet głowy znad zeszytu, tylko wskazał palcem jeden z blatów i rzekł:

- Cebula!

Odwróciłem się na pięcie i podszedłem do stołu. Na ziemi stał wielki kosz z cebulą. Jeden z pomocników podszedł do mnie, obrał jedną cebulę, pokroił ją w ćwiartki, następnie ćwiartki w około centymetrowe paski. Odłożył nóż na stół i odchodząc w pośpiechu krzyknął:

- Cały kosz i do gara. Resztki do kosza i za burtę.

Zrozumiałem, że cebulę mam obierać i kroić tak, jak to zostało zademonstrowane, zabrałem się więc do roboty. Po dziesiątej czy piętnastej cebuli zdałem sobie nagle sprawę z tego, że wcale a wcale nie lecą mi łzy. Ciekła mi natomiast dosyć mocnym strumieniem ślina. Zapachy, które wczoraj wydawały mi nie do zniesienia a także zapach cebuli, wywołały u mnie poczucie głodu. Nie miałem pojęcia, jaka jest pora dnia i jaki jest w ogóle dzień. Czyszcząc ten przeklęty kocioł straciłem poczucie czasu. Nie wiedziałem też jak długo spałem. Wszyscy w kuchni pracowali w pocie czoła i nie zanosiło się na ogłaszanie pory posiłku. Po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że to my przygotowujemy jedzenie, więc dotąd, dopóki nie skończymy pracy, jedzenia nie będzie. Mój żołądek zaczął się dopominać o cokolwiek, skręcając się i kurcząc coraz boleśniej. Nie mogąc znieść tych mąk, ugryzłem wreszcie jedną dorodną, soczystą cebulę. Nie zdążyłem jeszcze dobrze przeżuć tego, o dziwo słodkiego warzywa, a znów usłyszałem świst i na moich plecach wylądowała mokra szmata. Omal się nie zakrztusiłem a łzy wreszcie napłynęły mi do oczu. Szef Prosiak odebrał mi cebulę, odkroił nadgryzioną część i wyrzucił do kosza z obierkami, po czym odszedł do swoich czynności. Chłopak, który uprzednio udzielił mi instrukcji obchodzenia się z cebulą, podszedł do mnie na moment i przykucnął obok.

- Przed każdom robotom i po, myjesz rence. Ni żresz niczego przy robocie. Sprzontasz stół i w koło po każdy robocie. Za poczebom idziesz kiedy kcesz, tylko czy razy dnia i nie na dużyj niż pieńć minut. Jak czego ni wisz, to sie ni drzyj i broń boże ni idź do szefa. Podniś renke to ja przyjde do ciebie i ci powim.

Wstał i poszedł robić dalej to, cokolwiek robił. Ja siedziałem na ziemi z rozdziawioną gębą i praktycznie nie oddychając. Takiego zjawiska jeszcze w życiu nie widziałem. Nie wiedziałem do końca czy był to człowiek, czy jaki stwór morski, udający tylko człowieka. Miał on ze dwa metry wzrostu, przy czym ręce i nogi nie były grubsze niż moje palce. Jego kończyny były przy tym tak nienaturalnie długie a tułów tak krótki, że wyglądał jak czteronogi pająk. Głowa osadzona na żyrafiej szyi, zaopatrzona była w uszy wielkości talerzy do deserów, rudą, stercząca sierść na czubku, zielone, wybałuszone oczy i tysiące, miliony a nawet miliardy piegów. Jakby tego było mało, wypowiadając każde słowo, rozdziawiał gębę tak szeroko, jakby bał się, że jedno z nich utknie gdzieś pomiędzy językiem a zębami i spowoduje zator, który nie pozwoli reszcie słów wydostać się z jego gardła, przez co mógłby się udusić. Był to widok tak zaskakujący, że aż hipnotyzujący.

Oddech przywróciła mi mokra ściera Szefa Prosiaka, która po raz kolejny połaskotał mnie przez skórę po nerkach. Wystraszyłem się tak mocno, iż w pierwszym odruchu złapałem odkrojony wcześniej przez niego kawałek cebuli i połknąłem w całości. Szef zamachnął się ponownie, lecz jego ręka zatrzymała się w pół drogi.

- Jakżeś ty to przełknął? - zapytał, wybałuszając swoje zamglone, przekrwione oczy. - A przełknąłem? - zapytałem głupio, dochodząc do siebie.

Szef wzruszył ramionami i oddalił się. Nie chcąc mieć więcej wątpliwej przyjemności bliższego kontaktu z Szefem i jego ścierą, zabrałem się do roboty. Gdy skończyłem, pozmiatałem wszystkie obierki do kosza. Rudy pająk z pomocą innego chłopaka zabrali gar z cebulą i wrzucili ją do jednego z kotłów. Pająk następnie powiedział mi jak wyjść na pokład i jak obchodzić się z koszem w trakcie wyrzucania odpadów za burtę. Nakazał mi być ostrożnym i kołysać się razem ze statkiem. Zrozumiałem o co mu chodzi już na schodach. Im wyżej byłem, tym trudniej było mi utrzymać równowagę. Nie było to coś czego się spodziewałem. Nie rzucało statkiem na prawo i lewo ani w górę i w dół. Nie było to też kołysanie. Na pokładzie poczułem jak coś powoli ciągnie mnie ku przodowi okrętu i kiedy już przestaje, kolejna niewidzialna siła zaczyna mnie ciągnąć z powrotem w tył. I tak bez przerwy. Tylko od czasu do czasu poczułem, jakby ziemia usuwała mi się spod nóg po jakimś wstrząsie, któremu towarzyszył głośny huk i trzeszczenie drewna. Zdawało mi się wtedy, że okręt zaraz się rozpadnie w drobne drzazgi, lecz po chwili wszystko cichło. Dowiedziałem się później, że to mała boczna fala uderza czasem w burty. Nie bardzo mnie to uspokoiło, lecz można się było nauczyć ignorować te hałasy.

Gdy wyszedłem na zewnątrz, było już ciemno. Na pokładzie nie było nikogo. Mam na myśli kobiety i dzieci. Kilku marynarzy snuło sie po deskach. Udałem się zgodnie z instrukcją rudego w tę stronę w którą skierowane były brzuchy żagli. Uniosłem kosz z obierkami, postawiłem na brzegu burty, po czym ostrożnie przechyliłem. Obierki pofrunęły jak setki olbrzymich motyli i zniknęły w ciemności. Postawiłem kosz na deskach i przytrzymując się poręczy, dałem sobie chwilę wytchnienia. Spojrzałem w niebo i zobaczyłem miliony gwiazd. Nigdzie nie było ani jednej chmurki. Księżyc pewnie jeszcze nie wzeszedł. Wciągałem w nozdrza nowe, nieznane mi dotąd zapachy, zapachy przygody i zapachy przyszłości. Rozglądałem się wkoło i zauważyłem, że niebo za nami jest jaśniejsze niż przed nami. Wywnioskowałem więc, że płyniemy na wschód a za sobą zostawiliśmy słońce, które już zdążyło schować się za horyzontem. Na jednym z masztów zobaczyłem człowieka siedzącego w wiklinowym koszu i przywiązanego liną, zapewne mającą chronić go przed upadkiem. To chyba dobry pomysł był, bo ten drzemał w najlepsze i gdyby nie lina, pewnie już dawno rozpłaszczył by się na pokładzie.

Dałem spokój śpiącemu marynarzowi i ponownie zapatrzyłem się w gwiazdy. Chciałem się dowiedzieć, czy niebo jest takie samo jak w moich rodzinnych stronach, lecz nie pamiętałem wcale, jak wyglądało tamto. Miałem niespełna piętnaście lat a widziałem w swoim życiu już tyle różnych gwiazd, że żadnych nie mogłem nazwać swoimi. Nie tęskniłem za żadnym niebem, za żadną gwiazdą i za żadnym przyjacielem. Nie miałem nikogo i nie miałem kogo wspominać. Może poza wujem cukiernikiem i jego rodziną. Było mi u nich dobrze, ale za nimi nie tęskniłem. Tęskniłem za Alexem, lecz jego już nie było. Swoją drogą, dobrze by było rozejrzeć się później po statku, czy aby ciotka i kuzynki nie płyną razem ze mną. Stałem sobie teraz rozmarzony i rozluźniony, zapomniawszy o całym świecie, gdy nagle usłyszałem znajomy świst. Uchyliłem się instynktownie i tym razem uniknąłem mokrej szmaty Szefa Prosiaka.

- O! Refleks masz, ale oleju w głowie za grosz - wycharczał - To nie statek wycieczkowy. Czego tam wypatrujesz na niebie? Tu nawet Bóg ci nie pomoże. Smaruj na dół. Szef spojrzał w górę i dostrzegł marynarza śpiącego w koszu. Poszedł w górę schodami, pod którymi znalazł mnie bosman i po chwili wrócił właśnie z nim. Bosman podszedł spokojnie do masztu i uderzył w niego z taką siłą, że aż wszystko wokół zatrzeszczało. Marynarz w koszu obudził się i z przerażeniem krzyknął:

- Ziemia, skały, uderzyliśmy w mieliznę... - Złaś na dół półgłówku - zawołał bosman.

Marynarz zszedł, a w jego oczach widziałem prawdziwy strach. Nie przed utonięciem czy zatopieniem statku, lecz przed bosmanem. Zasnął na służbie i za to spotka go odpowiednia kara. Bosman spojrzał na mnie groźnym wzrokiem, następnie kiwną głową, jak mi się zdawało z szacunkiem. Zdziwiło mnie to troszkę. Później dowiedziałem się, że Szef Prosiak meldując bosmanowi o śpiącym, wspomniał, że to ja go wypatrzyłem. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak ważną funkcję pełni marynarz w bocianim gnieździe i że w jego oczach spoczywa bezpieczeństwo okrętu i wszystkich ludzi. Do gniazda szybko wspiął się kolejny marynarz, a ja już więcej nie dostawałem od Szefa mokrą szmatą. No raz jeszcze się to zdarzyło, ale o tym później.

Gdy wróciłem do kuchni, czekała już na mnie sterta suszonego boczku do pokrojenia. Później wbijanie jaj do kotła a na koniec mieszanie tego wszystkiego razem przez kolejne pół godziny. Kiedy cała potrawa była gotowa, Nabierałem ją wielką chochlą do mniejszych garnków, które kilku osiłków zanosiło do ładowni. Kiedy kocioł był pusty, czekało mnie szorowanie. Tym razem poszło gładko. Gdy skończyłem, podszedł do mnie rudy i oznajmił, że teraz pora na śniadanie.

- Na śniadanie? - zapytałem zdziwiony.

Byłem przekonany, że mamy późny wieczór. W tym momencie zrozumiałem, że zasnąłem w kotle pewnie koło północy i obudzono mnie, gdy przyszła pora przygotowywania śniadania dla uchodźców. Marynarz w bocianim gnieździe zasnął nad ranem ze zmęczenia a statek nie płynął na wschód lecz na zachód.

- Kiedy to śniadanie? - zapytałem rudego, sądząc, że będziemy je musieli sobie sami przygotować. - Teraz. - odparł krótko - Choć ze mno.

Powlokłem się więc za nim resztką sił, brudny, spocony i głodny tak, że bez problemu wchłonął bym całą gęś w żurawinie z miską puree a na deser wielki tort czekoladowy. Po przejściu kilku korytarzy, znaleźliśmy się w podłużnej mesie. Jajecznica, plastry boczku, owsianka na wodzie, niestety, pomarańcze i grapefruity, czarna kawa i o dziwo, świeży, ciepły jeszcze chleb, wszystko to stało już na stole.

- To nie to co my robiliśmy. - stwierdziłem zdziwiony. - Pewnie, że ni. To śniadanie dla załogi. Teraz tyż jesteśmy załoga i jemy prawdziwe śniadanie razym z nimi - objaśnił mi rudy.

Usiedliśmy na długiej ławie i rozpoczęliśmy ucztę. Nie były to prawdziwe rarytasy, ale ja, oprócz kawałka cebuli połkniętego w całości, nie miałem nic w ustach od półtora dnia. W pierwszej chwili chciałem się rzucić na jedzenie jak wilk na jagnię, ale przypomniałem sobie słowa wuja, który powtarzał mi, że spożywanie posiłku to nabożeństwo, którego nie można lekceważyć. Zacząłem więc powoli i dokładnie przeżuwać każdy kęs, by mnie brzuch od obżarstwa nie rozbolał, próbując dowiedzieć się co nieco od rudego pająka.

- Teraz jesteśmy załogą. To kiedy nią nie byliśmy? - zacząłem rozmowę. - Ja nigdy ni byłem. Żaden z nas ni był - odparł pająk - Zachowujesz się jakbyś nic ni wiedział. No tak. Ty ni byłeś na szkolyniu. Rudy uśmiechnął się i wszystko mi objaśnił. - To jes statek handlowy z ogromnom ładowniom. Normalnie przewozi się nim beczki, krzynie, worki i inny ładunki. Teraz wienksza połowa ładowni jes przerobiona tak, żeby przewozić ludzi. Pół statku rozebrali, żeby te kotły wtaszczyć. - Połowy są zawsze równe - wtrąciłem. - Co? - zdziwił się rudy. - Nic nic. Mów dalej. - pokręciłem głową. Rudy pomiędzy jajecznicą a chlebem bełkotał dalej z pełnymi ustami. - No! Nikt ni jes marynarzym, nawet szef. To jakiś kucharz, co sie zgłosił na ochotnika. Pewnie tylko po to, żeby ni iść na wojne. Reszta to chłopaki takie jak ja. Byliśmy pomywaczami w różnych knajpach i restaracjach. Zgarli nas do gotowania żarcia dla tych uciekinierów, co teraz siedzom w ładowni. Jedzenie dla załogi, robi dalej ekipa statku w oddzielny kuchni. To znaczy kucharze co tu zawsze byli kucharzami. Jako że my teraz som załoga kuchni, dostajemy normalny jedzenie, jak załoga. - Jak to normalne jedzenie? - zapytałem. - No widziałeś cośmy gotowali dla tych bab? - odpowiedział pytaniem na pytanie. - No widziałem. Jakąś jajecznicę z cebulą i boczkiem. - No. Taka papka byli jaka. A widziałeś ili tego było? - No ze trzy kotły jajecznicy? - odparłem. - No! Czy kotły. A ja widziałem jak chłopaki rozdzielali jedzenie pomiendzy baby i dziecka. Tam jes tysionc ludzi. Wychodzi po pół jajka na głowe, kostka boczku i plasterek cybuli. - Dlaczego to tak? Oni chcą zagłodzić te biedne kobiety i te dzieci? - zapytałem oburzony i dogłębnie przejęty. - Ni! Oni ich kcom uratować, ale płynoć bedziemy z miesionc a jedzynia ni ma za dużo. Baby majo dostać tyle, żeby tylko z głodu ni umrzyć. Załoga to załoga, musi jeś normalni. My też teraz załoga, musimy mieć siły, żeby robić jedzenie dla nich, to jemy jak załoga. Fajnie, ni? - No fajnie, fajnie - odparłem bez przekonania. Żal mi było tych ludzi w ładowni, ale to rzeczywiście było jedyne rozwiązanie, żeby pomieścić jak najwięcej ludzi na statku i jednocześnie zapewnić im jako takie warunki przebywania oraz ilość jedzenia wystarczającą na przeżycie. - No! A załoga to teraz ni za wesoła - Rudy ciągnął dalej, zalewając słowa kawą. - Normalnie to oni mieli pełno beczek z rumym i w wolne mogli se popić a teraz cała podróż o suchym pysku. I jeszcze te baby. Marynarze lubiom baby, ale nie na statku. Zamkli ładownie na cztery spusty, żeby baby sie po statku ni rozlazły, no. - zakończył głośnym beknięciem, co zapewne miało oznaczać koniec posiłku. Reszta ludzi w mesie jadła w ciszy, przysłuchując sie Rudemu. Marynarze kiwali tylko głowami, gdy ten wspomniał o beczkach z rumem lub o niechcianych babach na pokładzie.

Po śniadaniu mieliśmy dwie godziny wolnego. Następnie od dziesiątej przygotowywaliśmy obiad dla uchodźców. Ziemniaczano-mięsna papka i siekane warzywa, stanowiły jedyne menu na całą podróż. Na kolację wszyscy dostawali po garści suszonych i kandyzowanych owoców. Wszystkie posiłki były gotowane tylko w trzech kotłach. Trzy pozostałe służyły za destylatory w których uzdatniano morską wodę.

Tak mijał mi dzień za dniem. Obieranie cebuli, ziemniaków, krojenie lub mielenie suszonego mięsa, mieszanie w kotle, czyszczenie kotła, napełnianie kotła i wysłuchiwanie ciągłej paplaniny Rudego pająka o jego dziwnych przygodach. Połowy z nich nawet nie zapamiętałem, gdyż to co opowiadał on o swoim życiu, było zlepkiem różnych zdarzeń, zwykłych i jeszcze bardziej zwykłych, które on w w swoim przekonaniu uznał za niesamowite, interesujące a nawet nadprzyrodzone. Tak oto dowiedziałem się o jednoczesnym pojawieniu się Słońca, deszczu i tęczy. Zadziwiony był tym, że najpierw widać błysk podczas burzy a dopiero później słychać grzmot, przez co wywnioskował, że grzmot i błysk to dwa różne zjawiska, występujące oddzielnie. Ziemia według niego powinna się huśtać lub kołysać, co miało powodować odpływy i przypływy. Poza tym opowiadał mi o swoim dzieciństwie, jak to pasał krowy, lecz one złośliwie rozłaziły się po całej okolicy, gdy on starał się sprawdzić gdzie zaczyna się strumień lub gdzie zające mają swoje nory. Przytaczał historie o tym jak wredny koń łaził w kółko, kiedy on chciał zaorać pole lub jak zbita przez niego szopa zawaliła się od wiatru. Rodzice oddawali go do różnych rzemieślników, którzy odsyłali go do domu po kilku dniach, tłumacząc, że ma dwie lewe ręce niestety i oni nie potrafią z niego wykrzesać tej iskry. Chcąc nie chcąc został pomywaczem w knajpie dla przejezdnych handlarzy, gdzie roiło się od złodziei, uciekinierów z więzień i kobiet, które nie trzeźwiały od rana do wieczora i zadawały się z każdym, kto tylko kiwnął na nie palcem. Nie sprawdził się zapewne także jako pomywacz, skoro właściciel tego przybytku z radością wyznaczył go jako ochotnika do pomocy w kuchni na statku uchodźców. Po kilku dniach, wpuszczałem już to co mówił jednym uchem a wypuszczałem drugim.

Przez pierwszych dziesięć dni nie działo się nic szczególnego. Pracowałem ciężko i nie wchodziłem w drogę Szefowi. Dziesiątego dnia jednak jeden z chłopaków dostarczających jedzenie kobietom zamkniętym w ładowni, wrócił stamtąd blady i na niepewnych nogach. W ręku dzierżył kawałek papieru, który nieśmiało wręczył Szefowi. Ten westchnął, zamruczał coś pod nosem i wyszedł. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, podbiegliśmy do mimowolnego posłańca, by dowiedzieć się, cóż takiego było zapisane na kartce, którą przyniósł. Objaśnił nam, że kobiety skarżą się na warunki w jakich muszą podróżować, na ścisk i duchotę oraz brak światła. Żądały także aby wypuszczono je na pokład, gdzie będą mogły zaczerpnąć świeżego powietrza. Oprócz tego chciały się wreszcie wykąpać i wyprać swoje ubrania. Po kilku minutach wrócił Szef w towarzystwie kapitana, bosmana oraz dwóch innych marynarzy. Weszli do ładowni i zatrzasnęli za sobą drzwi. Po chwili dało się słyszeć uniesione głosy kobiet, następnie płacz dzieci aż wreszcie prawdziwe krzyki i wrzaski. Między innymi, słyszeliśmy tubalny głos bosmana, który najpierw próbował uspokajać kobiety, potem rzucał groźby. Wreszcie drzwi otworzyły się z hukiem i pięciu mężczyzn salwowało się ucieczką. Podrapani i poobijani, z poszarpanymi ubraniami z trudem zamknęli za sobą drzwi na które napierał tłum wściekłych kobiet. Cała piątka zmieszała się trochę, gdy się zorientowali, że ich sromotną porażkę obserwowała banda kuchennych pomocników. Bosman raptownie się wyprostował, dwóch marynarzy rozcierało pojawiające się sińce na rękach i twarzy a kapitan poprawiał potargane włosy.

- Koniec negocjacji! - krzyknął kapitan - na pokładzie nie ma miejsca dla tysiąca ludzi. To nie jest statek wycieczkowy, do diabła! Odwrócił się i już miał ruszyć w stronę drzwi, gdy zza drzwi dał się słyszeć kobiecy głos. - Mamy zapałki i mnóstwo papieru. Dajemy wam godzinę na wypuszczenie nas, albo wszyscy pójdziemy na dno. Kapitan słysząc to, uniósł ręce ku górze i wydał z siebie okrzyk złości, który odbijając się od blaszanych powierzchni przyprawił nas o ból uszu. Nie wiem co mnie podkusiło, by się wtedy odezwać. - Wypuśćcie je po sto na godzinę czy dwie - powiedziałem półgłosem akurat w chwili, gdy ustał krzyk kapitana i nastał cisza w której można było usłyszeć brzęczenie muchy. Na moje nieszczęście Szef stał tuż obok mnie i zamachnął się ścierą tak szybko i mocno, iż uderzenie odebrało mi dech. Kapitan zaczął chodzić wzdłuż kuchni tam i z powrotem dziwnym krokiem. To prostował się to garbił, to uginał kolana jakby szedł po schodach to znowu prostował je jak podczas marszu paradnego. Nagle stanął i wskazując na mnie palcem powiedział: - Dobra dobra panie tego. Dobra tego panie szczurku. To panie tego, będziesz teraz panie planistą od tego, no, planowania, rozrywki dla pań, no. Umiesz tego, no, pisać panie szczurku? Kiwnąłem tylko głową. - No to dostaniesz tego, no, panie pióro i ten tego, no, papier i zrobi no, ten tego, panie, grafik wyjść i tego no, i tyle tego. Kapitan mówiąc to wszystko oczywiście nie patrzył na mnie, lecz wodził oczami po suficie w poszukiwaniu kolejnej muchy czy innego bąka. Cały czas przeczesywał ręką włosy, które powoli wracały do swojego naturalnego, to znaczy dziwacznego wyglądu. - Tego, no, panie szczurku, będziesz pan, ten tego teraz planistą. No, ten tego panie planisto. Planuj pan to co, ten tego panie, tego panie sobie żądają. Kapitan potrząsnął palcem skierowanym w moją stronę, pisząc coś nosem po podłodze i wyszedł. Bosman na odchodne westchnął tylko: - No i się zaczęło. Ja stałem jak kołek i zastanawiałem się czy biec za kapitanem i oznajmić, że nie chcę tej posady czy pogodzić się z losem i robić to co mi zostało nakazane. Kobiety za masywnymi drzwiami wrzeszczały by je wypuścić a reszta chłopaków patrzyła na mnie z podziwem i zazdrością. Ja wcale nie czułem się ani dumny ani szczęśliwy z awansu. Przypomniałem sobie co te kobiety zrobiły z marynarzami, wliczając bosmana, który był chyba największym człowiekiem na świecie. Co zatem mogło spotkać mnie? Piętnastoletniego, wystraszonego chłopaka? Stwierdziłem jednak, że sobie poradzę i przystąpiłem do negocjacji. Podszedłem do drzwi i zaproponowałem wyjście po sto osób na dwie trzy godziny. Kobiety jednak protestowały, gdyż pomimo iż miały kilka ubikacji do dyspozycji, żądały także kąpieli, prania i światła słonecznego. W takim układzie niektóre kobiety musiały by wychodzić na pokład w nocy. Nadal żądały by wypuścić je wszystkie. Zacząłem je przekonywać, że pięćset osób to bardzo duży ciężar i jeżeli taki ciężar zacznie przemieszczać się po okręcie bez ładu i składu to okręt się przechyli i pewnie zatopi. Najprawdopodobniej przejęły się tym, gdyż krzyki ustały i zaczęły się naradzać. Zgodziły się na wyjścia po dwie godziny ale grupami po dwieście. Skrzętnie zapisałem więc to na kawałku papieru, jako pierwszy sukces w negocjacjach. Co do kąpieli, zgodziły się na szybkie ablucje w kotłach, pod warunkiem, że tylko raz w tygodniu. Po za tym musiały by zadowolić się suchym prowiantem i suszonymi warzywami i kandyzowanymi owocami, gdyż gotowanie nie było by możliwe w tym dniu. W jednym kotle mogło się pomieścić z dziesięć kobiet. Na to też przystały. Prania w kotłach jednak nie mogłem im zagwarantować. Po konsultacji z bosmanem, doszliśmy do wniosku, że możemy kobietom troszkę pomóc w praniu. Oznaczało to tyle, że kobiety namydlą to co będą chciały uprać, ugniotą, utrą czy co tam będą chciały z tym zrobić a później wrzucą to wszystko do sieci rybackiej. Następnie sieć będzie ciągnięta za statkiem w celu wypłukania mydła.

Pomimo moich sukcesów w negocjacjach z kobietami, kapitan i bosman byli rozdrażnieni. Po pokładzie cały czas snuły się setki kobiet i dzieci, które pomimo moich usilnych próśb, rozłaziły się po całym statku, szukając nie wiadomo czego. Z nudów, ciekawości i z głupoty często przeszkadzały marynarzom w wykonywaniu ich obowiązków. Kobiety z czasem zaczęły wysuwać nowe żądania. Niektóre nie chciały wracać do ładowni. Płakały, wrzeszczały, drapały i pluły, zachowując się jak łobuzy w podrzędnych knajpach. Marynarze zazwyczaj dawali sobie z nimi szybko radę. Kilka kubłów zimnej wody wystarczało, by zmykały pod pokład jeszcze szybciej niż na niego wyszły.Przeważnie jednak było spokojnie. Przechadzały się po prostu, podziwiając ogrom oceanu. Te bardziej bojaźliwe i nie lubiące wielkich, otwartych przestrzeni, sadowiły się na pokładzie, próbując złapać jak najwięcej słońca i zabarwić skórę na brązowo. Dnia trzynastego doszło jednak do nieszczęścia. Po południu wiatr ustał tak nagle, że nawet tego nie zauważyłem. Powietrze zrobiło się ciężkie i trudno było oddychać. Brzuchy żagli schudły i opadły w dół. Bosman wyszedł na pokład i nakazał wszystkim wracać pod pokład. Kobiety zaczęły protestować, twierdząc, że jeszcze nie minęły dwie godziny.

- Nadciąga sztorm. Zaraz was zmyje za burtę. - przekonywał bosman. Twardy i nieustępliwy wobec marynarzy, zupełnie nie radził sobie z kobietami. Te zaczęły wrzeszczeć, że to nie prawda i żadnego sztormu nie będzie bo nawet wiatr nie wieje i że się nie ruszą z pokładu. Bosman tylko machnął ręką, dając znak marynarzom, by ci postąpili jak zwykle. Nagle zawiał silny wiatr i bosman ryknął na całe gardło: - Pozbyć się ich. Natychmiast! Jeden z marynarzy wziął jego słowa zbyt dosłownie i zaczął wyrzucać kobiety za burtę. Zanim bosman go powstrzymał już trzy kobiety i dwie małe dziewczynki tonęły. Nie umiały one pływać i szybko poszły na dno. Akcja ratunkowa nie przyniosła skutku, tym bardziej, że nie mogła trwać zbyt długo, gdyż wiatr przybierał na sile i kapitan wolał poświęcić pięć dusz niż ryzykować życie pozostałych pięciuset.

W ciągu dziesięciu minut czarne chmury zasnuły niebo. Były tak nisko że zdawały się dotykać masztów. Zaczął lać deszcz, najpierw delikatnie i nieśmiało. Wiatr to cichł, to uderzał z szaleńczą mocą. Widziałem jak marynarze w ciągu kilku minut pozwijali żagle. Kobiety już bez protestów zbiegały po wąskich schodach, prawie tratując się wzajemnie. Gdy ostatnia z nich zniknęła mi z oczu, nie wiedząc czemu zamknąłem klapę, sam pozostając na zewnątrz. Odwróciłem się i spostrzegłem, że wszyscy marynarze już uciekli a przy sterze pozostał jedynie bosman. Teraz wichura rozszalała się już na dobre i rzucało statkiem na wszystkie strony, jak łupinką orzecha. Rzuciło mną na tył statku i boleśnie obiło mi plecy ale nie straciłem przytomności. Nie słyszałem nic prócz dzikiego wycia tysiąca diabłów i nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowieści Nie-Mojego Dziadka / II - Marynarska dus — czytnik · opowiadania