Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 25 min czytania

Opowieści o Agatarze - Nowy Ląd

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Opowieści o Agatarze”

„Nowy ląd”

Olbrzymi, pękaty galeon z wielką siłą rozrywał wzburzone odmęty morskie. Niczym stary bohater potyka się i zwycięża, tak ów okręt bujał się czasem niebezpiecznie z burty na burtę, lecz zawsze zwycięsko - wciąż płynął. Nie zmogły go fale nieprzyjemnego morza, nie pokonały bezustannie ciągnące się sztormy i huragany. Nie osuszył go wiatr i nie spaliło gorące słońce. Galeon „Korol” płynął dalej. Kolejny nowy dzień, nowy trud i zmęczenie. Rutyna. Marynarzy budził odgłos wody bijącej o burty i dechy statku. Usypiał wicher, świszczący w wielu nieszczelnych mocowaniach. Wszyscy byli brudni, niewyspani i głodni. Wszyscy, bez wyjątku. A to wszystko po co? Ta cała wyprawa samotnego statku, płynącego pośród wyjątkowo srogiej burzy? - Uważać! – grzmiał jakiś głos. – Wielka fala idzie! Prostujcie sternik! Prostować! Łapać się...- kapitan Weldar Werner nie dokończył zdania. Przerwała je ogromna fala, która właśnie wyrżnęła w kadłub i niemal wywróciła statek. – Psiakrew! Całuj mnie w rzyć oceanie, albo pluń psu w ucho tą falą! Gówno ci do „Korola” – po czym roześmiał się serdecznie, a po chwili dołączyły do niego śmiechy innych zebranych na pokładzie marynarzy. A wszystko po to, by na nieznanej i odległej, zasłyszanej ze starych plotek krainie za morzem, umożliwić nieludziom ucieczkę i szansę na przeżycie. Nadzieję nieludzi, pochodzących z królestwa na dalekim zachodzie, żyjącego z marnego połowu ryb oraz budownictwa statków morskich. Kolonię potężnego państwa Bellaru. Królowa Belladonna III miała ku temu powody. Wiele podobnych statków „Korolowi”, przemierzało właśnie inne południowe i północne rubieże w poszukiwaniu legendarnych połaci ziem. Wiele z nich miało zginąć w niepamięci, inne miały dostąpić chwały i sławy. Ronahorn, sąsiedzkie imperium po śmierci dobrego króla, zaczęło prowadzić dziwną politykę. Powołano „Radę Regencyjną”, która miała królować do czasu elekcji, jednak faktycznie „Rada” już od dawna pełniła funkcję królewską. A raczej despotyczną, bowiem marszałek Guntlad szybko sprecyzował swoje miejsce wśród „Rady” i objął nad nią panowanie. Zaczęto prowadzić dziwne kampanie przeciw nieludziom. Antysemityzm stał się codziennością. Cały aparat administracyjny zastąpiła oligarchia wojskowa z takąż polityką, która dążyła do podbicia ościennych państw. Zwyczajny miejski gwar, zastąpił nieustanny wrzask zabijanych bezlitośnie niziołków i elfów, a trakty i gościńce lukrowano szafotami i wisielcami. Każda noc była ta sama, a łzy chlebem powszednim. Był w tym jakiś haczyk, albowiem Ronahorn położone było w „ślepym zaułku”, otoczone przez szereg wielu potężniejszych od siebie mocarstw. Samo państwo bardzo obszerne, nie musiało dążyć do podbicia nowych ziem. Byłoby to głupotą i drogą do samozniszczenia, jak na przykładzie starych Awianów, którzy po wielu zwycięskich kampaniach, upadli, ugodzeni ostrzem własnego miecza.. Bellar głownie zamieszkiwali odtrąceni zewsząd nieludzie, Dot Albertath. Niziołki, krasnoludy, elfy, gnomy. Wszyscy. Problem tkwił w tym, że marszałek Ronahorn bardzo nie lubił Dot Albertat, Innych Ludzi. Sytuacja skomplikowała się do tego stopnia, że wielmożni woleli ryzykować życia uciekając za morze, niż ostawać w kraju, w którym niedługo miał wybuchnąć wielki pożar. - Hej, Fleance! Widzisz coś tam, do ciężkiej anielki?! – grzmiał ten sam tubalny głos. - Jak w taką pogodę coś wypatrzyć kapitanie ? – odkrzyknął białowłosy – Ja ledwo swoje buty widzę. I uważaj cholera na tego pieprzonego sternika! Majtek spadłby stąd już godzinę temu! Kapitan nie odpowiedział. Głos miał już wystarczająco zdarty. Przed nimi rozciągało się morze, za nimi też morze. Pieprzony, kurwi los. Fleance, białowłosy mężczyzna siedział oparty o fokmaszt, z narzuconym na siebie płaszczem. Zadaniem płaszcza, miało być chronienie właściciela przed deszczem, wiatrem i słońcem. Ze swojego zadania w tej chwili nie wywiązywał się najlepiej. Fleance splunął szeregiem oryginalnych bluźnierstw, godnych rodowitego krasnoluda. Na darmo szukał jakiegoś suchego skrawka deski i tkaniny. - Do diabła z tą pogodą, wściekło się czy co? – powiedział na głos. Nie mając nic lepszego do roboty białowłosy sięgnął za pazuchę po manierkę z gorzałką i ułożył się jako tako. Zasnął. Na mokrym posłaniu.

* * * * *

Jak co rano obudził go denerwujący zmęczone oczy promień słońca. Jak zwykle krążyło nad jego głową, codziennie powiększające się stadko mew. Normalnie otworzył oczy i rutynowo wyciął mizerykordią na fokmaszcie sześćdziesiątą ósmą linię. Sześćdziesiąty ósmy dzień żeglugi... - Zasrany dzień. – pięknie powitał poranek, po czym zszedł po linie na dół. Na dole już od rana panował ruch i rozgardiasz. Żeglarze latali w tę i z powrotem jak poparzeni. Rufa, dziób, dziób rufa. Pokład, ładownia, ładownia, pokład. I jeszcze raz, i jeszcze raz. - Panie Fleance, może rybę? – zapytał się śmiało wysoki, czarnoskóry mężczyzna. Najpewniej stary pirat. – Bardzoście strudzeni widać. - Ty też byś tak wyglądał, po dwóch miesiącach, tam. – kiwnął białą głową w kierunku gniazda. – Daj gorzałki, albo wina z sucharem. Żreć mi się nie chce. - Ależ dobrodzieju. Ziebra wam już wychodzą na wierzch. - A niech wychodzą. - Proszę, manierka. – marynarz wprawnie podał mu flaszę. - Hej, Fleance! – ze szpiczastego bukszprytu ozwały się grzmiące głosy. – Migiem mi tu! - Masz, dzięki. – Agatar oddał nietkniętą zawartość flaszki marynarzowi. - Nie, ja mam. - Dzięki. - Fleance, psiakrew szybko do cholery! - Idę, idę. – odkrzyknął kapitanowi, mimo kotłujących się w nim bluźnierczych myśli. - Trzymaj lunetę. Nie, nie tak psiamać, popsujesz! Ułóż w dłoni, o tak, właśnie tak, teraz podnieś do oka. Delikatnie cholera, chcesz mi wybić szkło!? Trzymaj o kciuk od oka, o właśnie tak! Dobrze. Teraz patrz tam. – Kapitan skierował palec gdzieś przed statek. – Ziemia? – zapytał z nadzieją. - Nie, kolejna rafa. – odpowiedział smutnie Fleance. – Mówiłem, że powinniśmy płynąć bardziej na zachód. Twoje pomiary Weldar są nieprawidłowe. Co noc płyniemy w morza Awerroes, zamiast w „legendarne połacie ziem”. Wiesz co oznacza spotkanie fregaty Awerroes na otwartym morzu, prawda? Nie upieraj się tak krasnoludzie. - Cholera mędrek, i pacan chędożony się znalazł. Wszystkie rozumy zjadłeś, hę? Wszyscy wiedzą, że my. – Wedlar zrobił imponującą pauzę. – Krasnoludowie, jesteśmy jednymi z najlepszych... - Kowali i górników Weldar. – przerwał mu białowłosy. – Proszę cię posłuchaj mnie kolejny raz podczas tych pieprzonych dwóch miesięcy na okręcie. Gdybym nie znalazł zawalonych beczkami sieci, zdechlibyście z głodu! - Gówno prawda! - Gdybym nie poprawił podziałki na busoli, po tygodniu wpłynęlibyście do portu, z którego wypłynęliście z wielką pompą z resztą! - Gówno prawda psiakrew! - Gdybym... - Gówno, gówno, gówno, cycki i łajno cholera ! Ty pieprzony bubku łosia! Zapomniałeś kto tu jest kapitanem?! Kogo należy się słuchać!? A jak dobrze wiesz polecenia kapitana... - Podlegają dyskusji, kiedy są mylne i fałszywe, synu diabła! Gdzie masz rozum, w rzyci?! Na to wygląda zasrańcu! Upieraj się dalej przy swoim, no śmiało, ja posłucham! Ty sobie siedzisz tutaj na pokładzie srasz za burtę i jesz suchy chleb na śniadanie! Wiesz jak to jest siedzieć dwa miesiące tam!? – wskazał ręką ku górze. – Jeść zgnity chleb, spać na mokrych deskach, otulać się w mokry płaszcz, ochędoż się sam gruby kamieniu! – Fleance był na skraju nerwów. Dyszał ciężko i wyglądał tak, jakby przypasany na plecach miecz miał złowrogo zasyczeć. – No?! Co powiesz buraku czerwony? Nikt nie zorientował się, że wszędzie panuje niesamowita cisza. Wszyscy marynarze i majtkowie na pokładzie, zresztą ci pod pokładem też, przysłuchiwali się wymianie zdań. Zdawało się nawet, że maszty skurczyły się od tych tubalnych głosów, a morze w strachu ustąpiło, odwołując swoje fale. - Co ja z tobą mam, Agatarze?! – wycharczał wściekły krasnolud. Jego szara broda, długa na dwa łokcie drżała niebezpiecznie, twarz nabrała czerwonej barwy a oczy ciskały istne błyskawice. Lecz Fleance miał przewagę, potrafił ciskać stokroć straszniejsze błyskawice, przy czym jego oczy miały taką właściwość, że w chwili wielkiej złości płonęły prawdziwym ogniem. – Popaprańcu, posłuchaj mnie. - Nie Weldar. Nie będę z tobą rozmawiał. Ty i tak będziesz przy swoim, choćbyś miał na ogonie sto pirackich okrętów. Więc pytam się po co ci moje rady? Dalej nie wierzysz, że ta wyprawa utrzymuję się przeze mnie? - Wynocha stąd! – zagrzmiał krasnolud. - Proszę bardzo. Smukła postać odwróciła się i odeszła, opierając ciężko przy relingu. Krasnolud został na szpicu, chyba pragnąc oddać morzu swój olbrzymi gniew. Z marnym skutkiem. Po chwili zaczął zwyczajnie wrzeszczeć na żeglarzy, nawet za najdrobniejsze przewinienie. Wreszcie okręt zdawał się cały jęczeć. Widocznie jego złość była nieprzebrana, a nie karcony pozostał tylko... - Dupku, mówiłem żebyś się wynosił. - Sam jesteś dupek, głupku. – odrzekł spokojnie Fleance. - Nie dawaj mi okazji, Białowłosy. Proszę cię. - No to odejdź stąd, bo po co tu stoisz? Pozostając tu, tylko wzmaga się twój gniew, a jak widzę marynarze mają dosyć. Czego ty właściwie chcesz Weldar? Nie lepiej podać sobie ręce i... - Nigdy! – zaryczał przepięknie krasnolud. Jego gniew przypominał teraz wybuchający wulkan. – Ty bękarcie diabła i diablicy! Ty zawszony tyłku mamuta górskiego! Śmierdząca beczko zgniłego piwa! Brudna i porzucona szmato... - No dalej krasnoludzie, ulżyj sobie. Dalej jeszcze jedno wyzwisko, no dalej! – zaczął podjudzać Fleance. – Proszę. Wulkan zrobił się cały czerwony. - No? Skończyła ci się gadka? Uff kamień spadł mi z serca. Dalej, skończyłeś na bękarcie i brudnej, porzuconej szmacie. No, powiedz kim jestem. Kim jest pieprzony Agatar, który tu stoi. Wulkan otworzył paszczę i zwinął pięści w bryły wielkości bochenka chleba. - Weldar, co z tobą? Nie poznaję cię. Jakże to, nie wychowała cię matka... Wulkan wybuchł strasznie. Fleance nie zauważył lecącej w stronę jego głowy pięści, był zbyt zmęczony aby się uchylić. Dostał mocno. Potem drugi raz, trzeci. Stracił przytomność. - Ani słowa o moich rodzicach ty.... ty.... Wulkan stracił impet i poddał się. Weldar padł zemdlony.

* * * * *

Gdy oprzytomniał, od razu odezwał mu się potworny ból w głowie, pulsujący w ciemieniu. Od razu wiedział, że ma podbite oko, gdy upadał dostał w ciemię, nad ucho i prawdopodobnie w bok szczęki. Wyczuł językiem, że nie ma jednego zęba. - Kurwi los. – wysyczał z trudem. - Po prawdzie, to iście kurwi Fleance. - Kto tu... Weldar? - Aha. - Zapal w kaganku ciemnica okropna. Co się stało nie rozumiem nic. - Zwyczajnie. Dostało ci się. Czy aby nie za mocno? Zawżdy mówiłem, nie żartuję! A kiedy krasnolud nie żartuje, nie warto gadać o jego rodzinie Białowłosy. Zapamiętaj tą lekcję. Masz nauczkę Fleance. - Weldar? – cicho wyrzekł Agatar. - No? - Jesteś wielką kupą chama. Krasnolud zarechotał. - Wybacz, poniosło mnie trochę. Wiesz, przemyślałem to co mówiłeś mi tam, na górze. Tak myślę teraz, że po prawdzie to miałeś rację, a ja byłem i jestem gburem. Chyba na tym polega różnica między nami. Ty, honorowy wojownik z wewnętrznym kodeksem zasad. A ja? Ehhh... szkoda gadać. Jak się czujesz ? Chcesz czegoś? - Nie dzięki, w porządku. Brawo Weldar. Przyznaję, że jesteś pierwszym krasnoludem, który przyznał rację komuś innemu, a to nie lada wyczyn. - Zdziwiło mnie to, że w ogóle dostałeś. Zwykle jesteś szybki jak żmija. Myślałeś o tej czarownicy, hę? - Czarodziejce, jeśli łaska. – sprostował białowłosy. – Byłem zmęczony Weldar. Siedzenie tam w gnieździe, to naprawdę wielki problem. Musisz zwracać uwagę na wiele rzeczy jednocześnie. Możesz spaść i złamać sobie kark. Rano jak przyśniesz ptaki wydziobią ci oczy. Słońce może spalić ci skórę tak, że odleci ci nazajutrz płatami i zrobi się biała zamiast czarnej. Tu na dole jest dużo bezpieczniej, więc z łaski swojej zwracaj uwagę na swoich wszystkich podopiecznych. – Fleance uśmiechnął się prawdziwie. Twarz psuła jedynie brzydka blizna rozciągająca się przez cały lewy policzek. - Masz rację białowłosy. Wybacz mi arogancję. - W porządku. - Tylko nie myśl, że nadal możesz podskakiwać! – odparł groźnie krasnolud. Nie minęło mrugnięcie okiem, jak obaj roześmiali się serdecznie, niczym starzy przyjaciele. Tak nawiasem, to naprawdę byli starzy przyjaciele. - Cholera ile spałem Weldar? – zapytał Fleance, gdy przestali się śmiać. - Dwa

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowieści o Agatarze - Nowy Ląd — czytnik · opowiadania