Fantasy · 39 min czytania
Opowieści o Agatarze - "Smokobójca"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
„Pewnego razu zatrzymał się Agatar przy zimowniku w lesie. Zapytany o cel swej wędrówki zaśmiał się otwarcie, a na pytające spojrzenia ludzi odrzekł obojętnie. - Gdzie cel dla mnie? Nędznego tułacza, bezdomnego odmieńca. Cóż mnie goni i co prowadzi? Dla ciebie człowieku celem jest przetrwanie, plony, rodzina i szczęście. Dla mnie celem są smoki, ich skóra, zęby i rogi. Nie mam ja nadziei, nie mogę myśleć o miłości. Jestem kostuchą w ludzkim ciele. Poproszony o opowiedzenie swej historii uśmiechnął się dziwacznie, lecz historię opowiedział. Tak narodziła się legenda o dziwnych ludziach, tępicielach smoków, najgorszych straszydeł ludzkich, o ich spojrzeniu i mieczu w mroku nocy strasznie połyskującym. Ludzie nigdy już nie spotkali owego przybysza, lecz mówiono później, że wiele smoków pozabijał, miecz jego nigdy się nie szczerbił, a nazwanym został „Smokobójcą”.”
Opowieści o Agatarze - Smokobójca
Na udeptanym trakcje zaklekotały kopyta końskie. Wprawne ucho wychwyciłoby miarowe uderzanie czterech kopyt. Jeździec ubrany był w twardą, koloru karmazynowego zbroję. Od barków po dłonie, a także przez piersi i brzuch przebiegały mu liczne kolce. Wprawne oczy wypatrzyłyby w kolcach smocze zębiska. Nad prawym ramieniem, niczym cokół wznosił się piękny, lśniący srebrem miecz. Miecz miał głowicę wyobrażoną, jako rozwaloną paszczę najeżoną kłami. Bardzo podobnymi do tych, jakie nosił na ubraniu. Jeździec włosy miał długie i białe jak mleko. Swobodnie powiewały mu w rytm końskiego chodu. Gębę miał sparzoną, lecz nie całkiem. Na drugim policzku przejeżdżały mu trzy wielkie rysy. Z oczu patrzyło koso. Kary bachmat szybko wyłonił się z gęstego lasu i na chwilę przystanął. W zimnym powietrzu para buchała mu z chrapów. Jeździec obrzucił okolicę swym niemiłym spojrzeniem i skierował konia ku rozciągającej się przed nimi dolinie. Do wsi, która w niej malowniczo siedziała. Szybko poszedł w cwał. Światła wsi rosły coraz szybciej i po chwili stanął przed ostrokołem i bramą. - Kto tam wedle fosy stoi? – padły wołania strażników. - Biedny podróżnik – odpowiedział nieznajomy. - Czego chcecie w Sobótce? - Opatrzyć się w dalszą drogę – odrzekł chrapliwy, niemiły głos. - Musicie poczekać do rana, panie podróżnik - Przybysz od dawna słyszał takie odpowiedzi. Przyzwyczaił się i nie robił awantur. Był pełen beznadziejnej akceptacji i chyba właśnie to zwiększało tylko strach przed nim. - Dobrze. Postać zsiadła z konia, odeszła z nim pod nieopodal rosnące graby i olszynki. Przybysz ściągnął siodło, wyjął coś z juków i odwiązał jaszczura. Szepnął jakieś ciche słowa i na nazbierany przed chwilą chrust padł pojedynczy płomień ognia. Strażnicy przełknęli śliny. Nieznajomy upiekł sobie soczystą i skwierczącą kiełbasę, przygrywał na dziwnym instrumencie podobnym do harmonijki. Strażnicy nie spuścili z niego wzroku nawet gdy zasnął i zadeptał ognisko.
* * *
Białowłosego obudził kłujący promień słońca, nie czuł się najlepiej. Był niewyspany i zły. Nie wiedział czemu. Szybko pozbierał swój dobytek i ciągnąc konia za tręzle poszedł ku wsi. Zauważył mimochodem, że nocni strażnicy zdążyli opowiedzieć o nim nowym. Patrzyli na niego podejrzliwie. Przez wieś przechodziła tylko jedna prosta droga. Atrakcje wsi przedstawiały się nader imponująco. Pośrodku małego placyku, postawiony był pusty jak na razie szafot. Na końcu wsi widniał spory szyld, informujący podróżnych o atrakcyjnych daniach oberży „Po piątku”. Naprzeciwko oberży zbudowany stał nieco większy budynek z dzwonnicą. Miejscowy kościółek św. Jeana. Przyciągał całkiem sporo ludzi. Obok kościółka stał dwupiętrowy dom o parterze zbudowanym z kamienia. Tam właśnie urzędował jakiś wójt. Tam zmierzał. - Gdzie to tak? – przywitali go dwaj strażnicy, stojący przed drzwiami. Przybysz popatrzył na nich w milczeniu i zauważył jak łykają głośno ślinę i zaciskają palce. Odprowadził konia do pobliskiego koniowiązu i podszedł z powrotem. - Nie mówiłem z czym to tak, tylko gdzie to tak! – odparł strażnik na pytające spojrzenie postaci. - Do twego pana – padła odpowiedź. - Do mego pana, hehe. Taki z ciebie ważniak? Żeby do wójta se ot tak przychodzić? - Tak. Zauważył, że strażnicy z niepokojem spojrzeli na jego smocze zęby oraz miecz. - Bez broni. Jak przy bramie, przybysz spokojnie odwiązał pochwę i oddał ją strażnikom. Obojętnie. Widział jak jednemu z nich po czole ścieka struga potu. - Dobrze. Strażnicy rozstąpili się, ukazując głęboką sień. - Właź, trzecie drzwi na lewo – wyszczekał strażnik. Postać weszła. - Proszę! – padła odpowiedź na pukanie do drzwi. Pokój „pana” był skromnie urządzony. Na ścianach wisiały ładne i spore poroża dziczyzny i skóry południowych tygrysów. Musiał mieć w rodzinie tropiciela i myśliwych. Sam mężczyzna był dosyć chudy i szpakowaty. Wyglądał jak poborca podatkowy. Nieznajomy spodziewał się zastać grubaśnego gbura, zajadającego się plackami. - Kim jesteś? – zapytał poborca. - Rozwieszacie to na drzewach i postojach – odparł przybysz, pokazując wójtowi jakąś kartkę. Patrzył koso. - Jesteście Agatarem? Nieznajomy twierdząco pokiwał głową. - Znak macie? – sceptycznie zapytał wójt. W odpowiedzi domniemany Agatar wyciągnął spory smoczy ząb, długi na trzy piędzi i szeroki na długość sztyletu. Wójt uśmiechnął się przebiegle. - Smokobójca psiakrew. Agatara nam tu zawiało. Siadajcie panie... - Fleance. Po prostu Fleance. - Tedy siadajcie Fleance i posłuchajcie co mam do powiedzenia. - Tu pisze, że nagroda wynosi prawie dziesięć tysięcy Matalijskich koron. - Ano, bo tak jest. Ale źle trafiliście panie Fleance... - Fleance, po prostu Fleance – poprawił z naciskiem przybysz. - Ekhm... no dobra. No więc musicie Fleance jechać do zamku, do Czteromuru. Tam namiestnik królewski da ci więcej informacji, no i... hehe tam będziesz mógł se odebrać nagrodę. Albo zamówić trumnę. - Bez obawy, wolę pierwszą ofertę. - A jakże, kto by tam śmierć od pieniędzy wolał. Czteromur jest o... - Wiem gdzie jest zamek, panie wójcie – przerwał gwałtownie Agatar. – Dziękuję i żegnajcie. Oniemiały poborca patrzył jak postać zwyczajnie i obojętnie sobie wychodzi. Jak cicho stąpa i zamyka drzwi. - Skaranie boskie z tymi tułaczami – wyszeptała pod nosem szpakowata postać i niedługo po spotkaniu popędziła na koniec wsi, do kościółka św. Jeana - na popołudniową mszę.
* * *
Po paru dniach nudnej drogi Fleance dojechał do Czteromuru. Zamek był prosty jak konstrukcja cepa, a mimo tego był nie do zdobycia. Żeby wjechać do zamku trzeba było przejechać przez szereg bram. Pierwsza była przed sporą jaskinią. Bez problemu wpuszczono go i pojechał dalej. W jaskini ciągnął się długi, wykuty dawno temu tunel. W tunelu liczącym około pół stajania długości, mieściło się pięć bram, i tysiące ukrytych schowków, przejść i dziur. Dopiero po tunelu nad głową znowu wynurzało się niebo, i przed oczyma wyrastał wysoki zamek o ośmiu basztach, i dwudziestu sześciu wieżyczkach i wieżach. Fleance bez trudu przejechał wszystkie bramy i z klekotem podków, na błyszczącym bruku, skierował się w stronę zamku górnego. Zamek Czteromur składał się bowiem z dwóch poziomów zamczyska. Pierwsze właściwe, leżało zaraz za bramą, i mieściło się w nim wszystko czego potrzebuje prosty żołnierz. Między innymi kilka burdeli, parę lazaretów, cekhauz, kilka tawern i oberży. Skromnie lecz w sam raz. W zamku górnym, oddzielonym od dolnego kolejną bramą, położone były kwatery dla możniejszych dowódców i kapitanów. - Do kogo? – powitano go szczęknięciami brudnych gęb. - Kto tu dowodzi? – odpowiadał już po raz szósty. - Namiestnik królewski, pan Norvis El’catan. – odpowiadano mu. - Do niego droga mnie prowadzi. - A z czym to? - Z pracą. - Jaką pracą przybłędo!? – krzyczano mu w twarz. – Odpowiadaj treściwiej i składniej, bo w ogóle cię nie wpuścimy! Agatar po raz szósty patrzył się w milczeniu na te twarze i z satysfakcją słuchał głośnego przełykania śliny oraz niecierpliwych spojrzeń na miecz. - Z tym. – odpowiadał Fleance i pokazywał strażnikom papiery z jakimiś instrukcjami. - Aha. Smokobójca, zaraza. Dobra wpuszczamy go. W górnym zamku, Agatara orzeźwił podmuch świeżego powietrza. Górny zamek wyłaniał się ze skał nabrzeżnych. Dolny znajdował się pod ziemią. Natomiast wszystko było tak zaplanowane, żeby żadne w świecie wojsko nie zdołało szturmować murów. A to z kolei było niemożliwym, ponieważ zamek od pierwszej bramy, dzieliło poszarpane pole klifu. Fleance bez ogródek kierował się ku kwaterze namiestnika, odpowiadając cierpliwie na pytania każdego napotkanego na swej drodze dowódcy i kapitana. - Namiestnik znajduje się w środkowej komnacie, na trzecim piętrze panie Agatar. – wytłumaczył strażnik przybyszowi. – Jak będziecie wychodzili, wstąpcie tu jeszcze na chwilkę. – dodał. – Mam parę nieobowiązujących pytań. Fleance popatrzył się na niego, a później na jego ręce. - Skoro te pytania są nieobowiązujące, to nie muszę przychodzić. – odrzekł grobowym głosem. Ku jego zdziwieniu i konsternacji strażnik się uśmiechnął swobodnie. - Panie Agatar. Niech pan tak... - Fleance, po prostu Fleance jeśli łaska. – sprostował gwałtownie. - Tak więc, nie patrz na mnie tym swoim wzrokiem Fleance. W portki się nie porobię, ani jajka nie zniosę. Pułapkę i podstęp wietrzysz? Za długo na szlaku widać jesteś, oj za długo. – strażnik zrobił niezłą pauzę po czym kontynuował. - Widzisz Fleance. Niektórzy są ciekawi twojego fachu. Podania i opowieści o waszych wyczynach nie są prostolinijne ani z pierwszej ręki. Nie są również wiarygodne ani dla niektórych wygodne Fleance. Czasami są niebezpieczne. - Czego tedy ode mnie oczekujecie? - Chcę rozmowy. Niczego więcej. Po rozmowie z namiestnikiem wróć tutaj jeśli chcesz. Dodam na zachętę, że mogę zapewnić ci parę wygód w tym zasranym zamku. Oni niczego ci tu nie zagwarantują, rozumiesz? Nawet stajni, ani kubka piwa. Namyśl się. Agatar po prostu odszedł.
Część 22 / 2
* * *
- Wejść! – krzyknął jakiś gruby głos, gdy kapitan zapowiedział gościa namiestnika. Gdy Fleance wszedł do komnaty, niemal się zachwiał. Pokój, aż raził od przepychu i złota. Nie wiedział nawet, że złoto czy srebro można wykorzystać do budowy firanek czy sufitu, a w każdym bądź razie, że można aż tak głupio marnować cenny surowiec. Namiestnik siedział za wielkim, cesarskim, laminowanym biurkiem, tak połyskującym, że zdawało mu się, że widzi w nim swoje odbicie. Na piersiach kołysał mu się potężny alszband. Pod wąskimi ustami rósł ogrom kilku co najmniej podbródków, a na Fleance’a spod krótkiej szczeciny włosów wyglądało dwoje ciemnych jak żuki, tłustych oczu. Grubą postać, niemal całkowicie okrywał niesamowicie błyszczący jedwab, barwy zielonoczarnej. Ceny niewyobrażalnej, jak stwierdził Agatar. - Mów! – rozkazał krótko namiestnik. – Kim jesteś, po co tu jesteś i ile czasu mi zajmiesz. Chciała kosa tracić zboże, lecz na kamień wypadło nieboże. Fleance śmiertelnie cicho odparł. - Jestem Fleance, smokobójca. Rozwieszacie to gdzie się tylko da – w trakcie mówienia podał namiestnikowi królewskiemu zwinięty w rulon pergamin. – chcę się stąd wynieść jak najszybciej. Grubas chwilę poczytał, trochę pooglądał i powąchał nawet, choć Fleance wątpił czy ten zwitek nadawałby się do jedzenia. - Agatar, hę? Dobra panie.. - Fleance, po prostu Fleance. – przerwał gwałtownie. - Hehe, prawda co o was mówią, zaraza. – królewski praworządca zarechotał. – Prawda to, jak mi matka miłą była. Koso ci z oczu patrzy Fleance. Pokaż mi no znak cechowy. Agatar wyjął ząb smoczy, zawieszony na bykowcu u szyi. - Co to było ? – zapytał ciekawie gbur. - Smok Provencalski dwurożny. – odparł Fleance. - Trudna robota z nim była? – pytał dalej, obracając uważnie kieł w palcach. - Dwa dni się biliśmy. Gębę mi sparzył, pół twarzy obdarł. - No, no. Widzę żeś cały zmartwiały. Provencalskie, agresywne są o ile dobrze pamiętam. Ogniem strugają na pół stajania jak niektórzy gadają. Agatar czuł coraz większy sentyment do tego człowieka. - Provencalskie są drugie pod względem agresywności. Pierwsze są Weimarskie Widłowe. A mordę mi sparzył, go sobie zlekceważyłem. We wsi nieopodal opowiadali, że łagodny, że to bagienny sukinsyn. Pewny swego wychodzę na pole, przed jaskinię, a tu ni z ziemi, ni z nieba smok wychodzi. Ha! Wyobraźcie sobie jakie było moje zaskoczenie, gdy tego skurwysyna zobaczyłem. Wielki jak stodoła, pysk tak najeżony kłami, że aż oczy raziło. - No i ? – pytał ciekawy namiestnik. – Cużej dalej wykombinował? - A ogniem potem zionął. Nie było się gdzie schować to na ziemię padłem, bowiem smoki gdy zieją ogniem zamykają oczy. No i na szczęście tylko po policzku mi przejechał. - Hmm praktyk z ciebie zawołany coś mi sumienie podpowiada. Długo na szlaku jesteś? Może piwa? - Od pięciu lat w domu nie byłem. Piwa chętnie się napiję, panie... - Mów mi Denis. Po prostu Denis, Fleance. – przerwał tak samo gwałtownie namiestnik. Fleance był bardzo zaskoczony, widząc teraz w grubasie całkiem przyzwoitego człeka. Nim obydwaj mrugnęli okiem, do potężnej komnaty weszło dwóch, bardzo bogato odzianych paziów, jakich Agatar zwykle widywał na dworach królów i cesarzy, niosących w dłoniach karafkę piwa i dwa wielkie kufle. Mężczyźni przepili do siebie i znowu wszczęli rozmowę. - Pewnie interesuje cię, co to nam tu nad głowami lata hę? Rzeknę ci, smoka nikt nie widział, oprócz miejscowego pasterzyka, który się z owieczkami na polach pasa. Jak wiadomo smoki na owieczki bardzo łase są, przeto... Hej! Czemu się uśmiechasz? – spytał, wyraźnie poirytowany namiestnik. - Widzicie Denis, zawsze śmiać mi się chce, gdy słucham tych bzdur i przesądach o smokach. Jakoby dziewice jadły, owcami pogryzając, i pięknej księżniczki w wysokiej wieży strzegąc. Wymysły są to pospólstwa i hałastry, nic więcej. Każ zawołać tego pasterza. - Pal licho te opowieści zasrane. Pasterza u nas nie masz Fleance. – odparł namiestnik, tęgo pociągając z kufla. – Głupie baby go wygoniły z zamku, bo ponoć chędożył natrętnie. Teraz błąka się on gdzieś tam, na polach. Agatar wyraźnie się zasępił. Szczerze miał dość jeżdżenia po cuchnących miastach i wsiach. Chciał smoka znaleźć, ukatrupić i mieć święty spokój. - Tedy poczekam na niego sobie, panie namiestniku. Grubas mało co nie udławiłby się pucharem. - Jak to poczekasz psiakrew?! Robota to robota. A z nią jak z królikiem, nieopatrznie się odwrócisz, ani chybi ucieknie. Chcesz mieć pieniądze i zęby? Idź! Poluj na bestię. Szukaj pieprzonego pasterza. Inaczej być nie może. - To smoka sami sobie ubijajcie. – odparł butnie Fleance, poczym skrzyżował ramiona na piersiach. Namiestnik zauważył, że nabijany kolcami kaftan, nie utrudnia swobody i ruchów smokobójcy. - Panie Agatar. Trzymajcież czasem język na wodzy. Dobrze wam radzę. Baczcie do kogo mówicie. - Gadałem już wyższymi od was Denis. – odparł zimno jak stal Fleance. Namiestnik zatrząsł się od gniewu i z trzaskiem osadził kufel na stole. Ruchem dłoni przekazał Fleancowi, że ma go naprawdę po dziurki w nosie i żeby się stąd wynosił. Jak najszybciej. Agatar miał dosyć dyskusji. Dosyć intryg, oszustw, cackania i gówna. Wyszedł. Po prostu i obojętnie.
* * *
Jak się spodziewał przed portalem czekał strażnik, z „nieobowiązującymi pytaniami”. Szczerze powiedziawszy Fleance był zainteresowany. Bo na chłopski rozum, gdzie teraz miał się udać jak nie na nocleg? A dolny zamek słyną z wybitnej niegościnnej atmosfery. Awantur miał już serdecznie dość. Podszedł do strażnika. - O której i gdzie? – zapytał bez ogródek. Strażnik chyba był zaskoczony, ponieważ popatrzył się dziwnie, i powoli przypomniał sobie własną propozycję. - Po zmianie wart, o drugiej godzinie po północy. Na wschodniej baszcie. Każdy ma tam wstęp wolny. – odparł uśmiechnięty. - Będę.
* * *
Zgodnie z umową, Agatar poszwędał się trochę po mieście, coś zjadł, umył konia, ale na drugą po północy zdążył. Cicho jak śmierć wdrapał się po stromych schodach, i przy akompaniamencie surowego świstu wichru, pomiędzy kamieniami murów czekał. Strażnik przybył niedługo po nim. Śpieszył się widać, bowiem nie raczył ściągnąć nawet swojego pancerza. A może był zakaz ściągania pancerzy? Kto wie. Fleance trafiał już nawet do takich królestw, gdzie od rana obowiązywał nakaz codziennej toalety i higieny osobistej, albo zakaz chędożenia więcej niż czterech razów na dzień. Kto by pomyślał... - Jesteś, panie Agatar. – przywitał się strażnik. - Jestem zmęczony, mów. Strażnik widocznie za nic sobie mając zakazy i nakazy, wyciągnął zza pazuchy długą fajkę i małą podróżną manierkę. Fajkę nabił i podpalił, natomiast manierkę podał Białowłosemu mężczyźnie. - To wódka. Pij bez obaw. – upewnił go strażnik. Sam zaciągał się bardzo zachłannie. Był w nałogu. Fleance widział już sporo takich ludzi. Oczy świeciły im się w ciemnościach, a ręce zaciskały się machinalnie i automatycznie. - Słuchaj strażniku, śpieszy mi się, już ponad tydzień w drodze jestem jak smoka szukam. Prosto i jasno. Wiesz gdzie on jest? Strażnik pokiwa twierdząco głową. - Co chcesz w zamian? – odparł dobrze poznajomiony z takimi typkami Fleance. Ten zaciągnął się jeszcze głęboko parę razy i z uśmiechem oparł się o blankę. - Tobie Fleance, to ja bym konia, i swą oberżę pożyczył, bez obawy o zdradę. Poczciwość dosłownie bucha ci z oczu. Poczciwość i naiwność. - W jaką gierkę grasz nieznajomy? Nie znam zasad. Agatar zbliżył się do postaci opartej o mur. Tylko trochę, nieznacznie. - Moją ceną za twojego smoka... – strażnik przerwał na chwilę, i pomyślał intensywnie. – Zabierzesz mnie, żebym sobie popatrzył jak go ubijasz oraz chcę jeden z jego zębów. Zgoda? Agatar podejrzewałby, że w tym momencie nie zdziwiłby się bardziej, gdyby w zamkowej fosie kąpał się niedźwiedź, który krzyczałby „ Jestem małą sardynką, jutro będę na targu w beczce”. Kiedyś zdziwił się bardzo, gdy będąc na jednej z hucznych uczt w jakimś królestwie, król wygonił mimów za ich przednie żarty, natomiast gdy oswojony niedźwiedź zrobił kupę na środku sali, ta jak jeden mąż wybuchła straszliwym śmiechem. Co za życie... - To był żart prawda? – Agatar spytał się strażnika. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy strażnik przecząco kiwał głową. - Ale ja nie mogę, nie rozumiesz? Będę odpowiadał za twoje bezpieczeństwo. Smok to nie jak zagoniony w dziuplę ptak. Nie będzie tylko tu, nie będzie przewidywalny. Smok to jak... to jak twój żołądek, po całonocnej hulance. Nim się odwrócisz, a tu cię weźmie i ściśnie. - Tak i smok albo nadleci, albo ucieknie, albo widząc w tobie mniejsze zagrożenie, po prostu cię zje. I jak? Dalej chcesz iść? – zapytał swym zwyczajnym tonem strażnika. - Nie. Masz mnie zabrać i tyle! Inaczej nie powiem ci o nim nic. – uparł się na swoim nałogowiec. – A po za tym umiem sam się o siebie zadbać, uwierz mi. Ty masz zabić smoka, i przynieść mi jego ząbek. To wszystko. A ty jak widzę cały czas węszysz i węszysz i niuchasz zasadzkę. - Za długo żeś na szlaku był! Za dużo śmierci i gówna za przeproszeniem widziałeś, ot co! Daję ci moje słowo, że tak rzeknę słowa strażnika największej w królestwie warowni, jest na wagę jej samej, rozumiesz? Fleance uśmiechnął się ponuro. Oczywiście powaga najpotężniejszej w królestwie warowni, na pewno nie równoważyła się z rangą tego nic nie znaczącego…