Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 21 min czytania

Opowieści o Agatarze - Tempus Monumentum

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Opowieści o Agatarze – Tempus Monumentum

Był zimny jesienny podwieczorek. Szybko się ściemniało. Promienie słońca już ledwo przezierały przez dostojne korony drzew, a nad powierzchnią ziemi zebrała się przeźroczysta mgła, jakby otulając ziemię do snu. Jednak zwykłego podróżnika zwiódłyby ten wszechobecny spokój i harmonia natury. Ten cichy śpiew drozda i pohukiwanie sowy. W pewnym momencie podróżnik obejrzałby się szybko i wytężył słuch. Oczy rozszerzyłyby mu się ze strachu, a krew odeszłaby z bladej twarzy. Ręce szukałyby broni, kurczowo zaciskając się nerwowo. W pewnym momencie nieświadom niebezpieczeństw puszczy elfów Tel Donneth, podróżnik opasłby przy pniu drzewa, a jego uszy łowiłyby nieludzkie odgłosy... Błysk. Szum rozdzierającego powietrza. Błysk. Znowu błysk. Szum. Stęknięcie. Miriaż tysiąca iskier i zderzenie obu kling. Błysk. Stęknięcie. Iskry. Burza srebrzystych włosów i cień zaledwie przebiegającej sylwetki. Szelest wielu dziesiątek lotek. Krzyki rannych. Chrapy umierających i rzężenie konających. Ryk orków. Delikatne i śpiewne nawoływanie elfów. Wiele szybciutkich postaci. Cieni pomiędzy drzewami. Ziemia drży. Księżyc schował się tchórzliwie za dywanem szarych chmur. Kwiaty są deptane. Ziemia drży. Przeraźliwy wrzask. Odgłos rozrywanych ścięgien, mięśni i skóry. Zapach krwi, surowego żelaza i stali oraz więdnących kwiatów. Smród bestii. Zamach orka o świńskiej twarzy. Zamach obiecujący bezmyślną ale szybką śmierć. Blok, mig, rozdarcie powietrza. Śpiew małego ptaszka. Ryk orka, rozpaczliwie trzymającego swe niekształtne paluchy przy rozwalonym gardle. Ryk. Nie patrzy żadna gwiazda. Nie słucha wiatr. Orki mordują. Elfy się bronią. Szelest lotek. Padają rozkazy, aby ogień skierować ku drzewom. Minuta. Ryk potężnych płomieni, szybko ogarniających suche i omszałe dęby. Wrzask elfów. Bohaterska obrona. Jeszcze jedna strzała. Jeszcze jeden zabity wieprz. Drzewo z hurmem uderza obalone o ziemię. Dogasają na nim tlące się jeszcze żary, i dymiące odzienia na kościach - czarnych i malutkich od sadzy. Nieludzkich. Zwycięskie okrzyki orków. Motywacja, i gwałtowna eksplozja radości. Elfy w liczbie mniejszej od dwudziestu rozpaczliwie uciekają. Są okrążone. Słychać to po okrzykach. Ukrywanie się nie ma sensu. Jednak nie panikują. Po krótkim biegu na ich spotkanie wybiega mała polanka, na szczycie wzgórza. Otoczona jest ruinami zwalonych menhirów, zapomnianych przez bogów i ludzi. Elfy walczą honorowo. Każdy swój krok w tył okupują stratą trzech najeźdźców. Za każdego swojego pobratymcę, płacą dziesięcioma zabitymi wieprzami. W ich oczach bucha straszny ogień. Zemsta i gniew. Szalona rozpacz, i desperackie cięcia mieczem. Zgrabne szable zdają się idealnie pasować do skóry orków, które płatają z największą łatwością. Ranione potwory ryczą, w strachu łapiąc się za kikuty członków, i swe rozerwane aorty. Elfy walczą dzielnie. Mądrze, przemyślanie i strategicznie. Każdy ruch jest idealnie dopasowany do ciosu swego kolegi i koleżanki. Nikt się nie potyka i nie chwieje. Wszystko jest jedną wielką harmonią. Orków jest coraz więcej. Napędzani rykiem swego najmądrzejszego z najgłupszych stworzeń, pędzą na złamanie karku. Pędzą i padają łanami zabitych. Ich ciała śmierdzą. Ich krew jest obrzydliwie żółta i lepiąca się. Elfy tracą siły. Zaczynają umierać. Orki zewsząd otaczają polanę, nie ma ucieczki. Elfy stojąc pośród menhirów, wydają się być pomnikami bohaterskich wojowników, którzy miast uciec i porzucić bogaty honor, walczą do końca i po mimo śmierci, wygrywają. Została dziesiątka smagłych sylwetek. Szable błyskają ze zdwojoną szybkością i siłą. Oczy goreją okropnym ogniem. Na piękne twarze wychodzą malutkie żyły. Czoła otaczają się aureolą czerwonej skóry i potu. Ruchy raz to stają się wolne i omszałe jak powalone drzewa, to raz przyśpieszają niesamowicie. Elfy są w matni. Orki ryczą. Drzewa się palą. Księżyc nie wychodzi, nie patrzy. Gwiazdy smutnie opłakują zabijanych. Elfów oczywiście. Z ciężkich chmur padają łzy smutku i żalu. Deszcz cieknie strugami. Siecze po twarzy. Zmywa krew. Oczyszcza. Elfy są w matni...

* * * * *

Podróżnik, gdyby znajdował się niedaleko tego pagórka, z trzęsącymi się rękoma łapałby się za głowę, prosząc po kolei wszystkich sobie znanych bogów i bóstw, o ratunek i bezpieczeństwo. Starałby się tamować odgłosy, przenikające jego palce, przenikające wszelkie wewnętrzne blokady. Paraliżujące do tego stopnia, że próba wstania na klęczki staje się nie lada wyzwaniem. Podróżnik modliłby się ze zdwojoną siłą, błędnie wierząc, że wymyśleni przez ludzką głupotę bogowie, są zdolni ocalić mu skórę. Podróżnik prawdopodobnie już po raz drugi, z wielkim wysiłkiem zatamowałby chęć zsikania się w spodnie. Podróżnik nie mając wyboru, słuchałby dalej...

* * * * *

- Żywiej, żywiej! – krzyczy jakiś gromki głos. Pomiędzy lasem niczym elfie, przemijają spore sylwetki. Szybko i wprawnie biegną, kierowani odgłosami strasznych jęków, szczęku żelaza i stali. - Żywiej no tam! – krzyczy ten sam głos. Postacie zwiększają szybkość. Zdają się być cieniami, pośród mgły, która akuratnie zebrała się nad powierzchnią ziemi. Toporne, lecz solidne buty wykonane z różnych rodzajów skór, ciężko tupią - miażdżą. Biegną. Wysokie i umięśnione sylwetki poruszają się nadspodziewanie szybko. W wielkich postronkowatych łapach i ramionach, uginają się ciężkie miecze, topory i dzidy. Niektórzy dźwigają ogromne tarcze, wykonane chyba z samych bierwion. Twarze mają szaleńczo umalowane, są dzikie i fantastyczne. Na piersiach nałożone mają futra niedźwiedzi, lampartów i wilków. Twarz wykrzywia im grymas wściekłości i bojowego szału. Powoli wprowadzani w stan nieskończonej koncentracji, stają się Bersekers, czyli niepokonanymi wojownikami. Włosy splecione w ciasne warkoczyki i kity, swobodnie powiewają im w rytm biegu. Biegną szybko, z wściekłością. Bezlitośni. Spragnieni krwi. Bardzo źli. Barbarzyńcy z gór. - Żywiej, żywiej tam! Viten! – krzyczy tubalny głos. - Viten! – odkrzykują potężne sylwetki, i pędzą dalej. A Viten, bardzo szeroko uśmiechnięty, patrzy z nieprzebranej głębi przestrzeni. Patrzy na swych małych wojowników. Dodaje im sił...

* * * * *

Wódz orków ryczy jak wół. Wskazuje grubym paluchem we wszystkie kierunki, i ryczy niezrozumiale. Stwory zdają się rozumieć pana. Pędzą we wskazanych kierunkach. Krzyk i ryk, dwa machnięcia palcami. Dwa oddziały bestii kierują się od obydwóch stron, chcąc otoczyć broniące się bohatersko elfy. Szum lotek, dźwięk spuszczanych cięciw. Ryk bólu i rzężenie podartych gardeł. Drgające drzewce strzał o białym upierzeniu, wystające z każdego nieopancerzonego miejsca na ciele. Parę z bestii przypomina jeże. Ork dowódca jest zły. Znowu krzyczy i wymachuje paluchami. - Uk, Uk! Orki biorą w swe małpie garście patyki, które wygięto nie wiadomo jakim włosiem. Elfy równocześnie błyskają mieczami, a żółta jucha leci na kilka metrów w górę. W chwili przerwy patrzą na dalsze szeregi bestii. Ogarniają pole bystrymi oczyma oraz parających się z patykami orków. Jak jeden mąż wybuchają bardzo szydzącym śmiechem. A śmiech ten jest histeryczny i szalony. Niekontrolowany, przepełniony całkowitą rezygnacją i obojętnością życia. Gniew w oczach i buchający żar, przybiera na sile, dmuchany potężnym miechem wściekłości i zemsty. Wystrzelone patyki uleciały kilka metrów i nieszkodliwie odbiły się od suchej kory drzew. Jeden przypadkowo wystrzelił w swego wodza. Ten w przypływie niesamowitej już złości, wyrzuca małpią pięść prosto w twarz swego niedoszłego zabójcy. Ork pada trupem. Co jak co, ale siłę to ten wódz ma. Elfy strzelają dwoma seriami, kładąc łany zabitych. Ziemia jest już tak przesiąknięta obrzydliwą krwią, że elfy taplają swe zgrabne i misterne buty w błocie. Ciała leżą w niektórych miejscach nawet na wysokość małego murku. Elfy pogardliwie się śmieją. Nadal walczą. Jest ich siedem. Ork ryczy, paluchami wydaje rozkazy. Przy każdej próbie wypowiedzenia, czy może wybełkotania czegoś, pluje niezmierną ilością ślinopodobnej cieczy. Jeszcze bardziej obrzydliwej od żółtej krwi. Wódz w komendzie ostatecznego rozkazu ryczy na całe gardło i swym bardzo prymitywnym mieczem wskazuje garstkę elfów. Rozległ się krzyk wielu dziesiątek dzikich gardzieli, i jak pod wpływem wielkiej lawiny, ziemia zadrżała. Elfy, wiedząc co się szykuje popatrzyły się na siebie swymi bystrymi, pięknymi oczyma i szybko mówiły jakieś słowa, które w porównaniu do języku orków obrazowo wyglądało jak perła pośród kwiecia oraz obok leżące gówno. - Evene’yes galan eth du mi erne. - Onn, dev Bluthveth salean. Mewicerthani assael’en y poss? - Phoi tecarcen en metalceth coei. - Mella, Osten bly’s cethalen es Tel Donneth amael. - Bonthare ellan thera! - Ovill - Ovill Bentha. - Ovill’e Semael ellthane. - Ovill Frindervin Alleaph. - Mewicerhani ys Tel Donneth elblun. - Ovill becarthe - Becarthe! - Becarthe!

Elfy mają już dosyć. Chcą zakończyć to szybko. Dać satysfakcję psim mordom. I tak zostaną pomszczone. Gotują się na śmierć. Drżenie ziemi wzmaga się niesamowicie, jakby z gór spadała prawdziwa lawina kamieni i lodu. Wrzaski wzmagają się. Przypominają teraz ryczących sto tysięcy bawołów, świadomych, że są zabierane na rzeź. Zdziwione elfy patrzą po sobie. Co to jest do cholery?! Wyraźnie słychać mordowanych orków. Ich darcie się nie da się pomylić, z żadnym innym. I w tym momencie elfom szczęki opadły do samych ziem, a dla czasu zatrzymał się sam czas...

* * * * *

Gdyby podróżnik leżał skulony pod swym przypadkowo objętym drzewem, usłyszałby cichy, lecz stanowczy bieg jakiejś postaci. Pomimo wyzierającej duszności strachu, spojrzałby z ciekawością na tą postać, o tygrysim biegu. Tym razem jego zwieracze nie wytrzymałyby. Za jednym razem oddałby światu całą zawartość jelit oraz pęcherza moczowego. Podróżnik zobaczyłby w pierwszej kolejności piękny i połyskujący srebrem miecz. Miecz, którego ostrze było oddalone od jego nosa zaledwie o centymetry, natomiast głowica wyrzeźbiona była w kształcie głowy szczerzącej zębiska. Nie umiał rozpoznać jakiego zwierzęcia. Dopiero później jego wzrok padłby na właściciela miecza. Był to mężczyzna w dojrzałbym wieku. Podróżnik dałby mu najwięcej zasłużone czterdzieści. Miał mlecznobiałe włosy, które w pewnych miejscach upstrzone były brzydką żółtą i czerwoną juchą. Ubrany był w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%