Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Podróże · 13 min czytania

Opowieści singapurskie cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wstęp

Do Frankfurtu niewiele się działo, chociaż z powodu ulewy, zanim wylądowaliśmy, krążyliśmy 40 minut nad miastem. Biznes klasa na trasie europejskiej to nieporozumienie. Po prostu składają środkowy fotel i robią z niego stolik. Zamiast plastikowych naczyń są porcelanowe, no i serwują trochę lepsze jedzenie. Z resztą najlepiej świadczy o tym fakt, że większość „garniturowców” leciała w klasie ekonomicznej. Lotnisko we Frankfurcie to gigant w porównaniu z Okęciem. Z samolotu do samolotu „biegłem” korytarzami kilkaset metrów. Mój Jumbo Jet na szczęście czekał i z 40 minutowym opóźnieniem polecieliśmy do Singapuru. Klasa biznes na trasach międzykontynentalnych to już co innego. Lecieliśmy na górnym pokładzie. Każdy miał fotelo-sypialno-multimedialne centrum z internetem bezprzewodowym, stołem, ekranem, pilotem i słuchawkami. Wszystko rozkładane, wysuwane, chowane. Ale po kolei. Po pierwsze odległości między fotelami takie, że nie tylko można wyprostować nogi i je oprzeć na podpórce, ale za naciśnięciem guzika zrobić z tego łóżko i wymasować plecy. Dostaje się koc, poduszkę, klapki na oczy, zatyczki do uszu, szczoteczkę do zębów, skarpetki i jednorazowe nakładki na słuchawki. Do dyspozycji są różne gazety. Jedzenie bardzo wykwintne, z nieograniczoną ilością alkoholu. Sąsiad Norweg, korzystając z okazji, pił go sporo, ale „wytrzymał” :-). W zestawie multimedialnym są filmy, radio, TV, gry, książki elektroniczne, video clipy itd. Można też wybrać kanał z informacjami na temat lotu: jaka jeszcze pozostała odległość do pokonania, kiedy dolecimy, ile stopni na zewnątrz, jaka prędkość lotu i, co najbardziej interesujące, „mały samolot” na tle mapy ziemi pokazujący gdzie w danej chwili jesteśmy. Po wyjściu z samolotu i przejściu przez odprawę zobaczyłem na sali przylotów kierowcę w białej koszuli z tabliczką z moim imieniem i nazwiskiem. Przed lotniskiem stała limuzyna (Mercedes klasy E) ze skórzanymi fotelami, barkiem, włączoną relaksacyjną muzyką i klimatyzacją. Na dworze sauna, naprawdę, tylko trochę chłodniej. Ale powoli przyzwyczajam się. Po półgodzinnej jeździe, stanęliśmy pod gigantycznym luksusowym hotelem. Portier otworzył drzwi od samochodu, a bagażowy zabrał walizkę. Poszedłem do recepcji i tu pojawił się mały problem. - Poprosimy o Pana kartę kredytową - powiedziała recepcjonistka. Okazało się, że numer karty wystarczył tylko do rezerwacji, a do wydania kluczy od pokoju potrzebna jest już cała karta. A ta była w Polsce u mojego Szefa. Zażądali depozytu, prawie całą kasę, którą miałem ze sobą. Całe szczęście, że Szef nie zgodził się abym wziął tylko diety i kazał mi zabrać dodatkowe pieniądze, skromne 3 000 USD :-)). Wysłałem faxem formularz, który odesłany po wypełnieniu przez firmę, z załączoną kserokopią karty, umożliwił płatność. Ale miłe to nie było, bo patrzyli na mnie lekko podejrzliwie, tym bardziej, że mówią tzw. Singlish (to już inna bajka) i początkowo nie do końca rozumiałem o co chodzi.

Po małych problemach z windą, najpierw skierowali mnie do niewłaściwej (żeby pojechać na górę windą trzeba włożyć kartę), i pomyleniu pięter, otworzyłem (oczywiście kartą) drzwi od pokoju. Hmm, pokój jest niewiele mniejszy od mojego mieszkania (45 m2). Wielkie podwójne łoże , plazma na ścianie, przybudówka z gabinetem do pracy (to jest biznes klasa w hotelu) i ogromna łazienka z wanną i prysznicem (niestety nie ma Yakuzzi, skandal :-)). W wyposażeniu praktycznie wszystko: żelazko, suszarka, deska do prasowania, wypełniona po brzegi lodówka, ręczniki, szlafroki, kosmetyki, papeterie, sejf i ...... już nie pamiętam co jeszcze. Na ścianach nowoczesne malarstwo. Lampy (wszystkie) zapalają się po włożeniu karty do specjalnej szczeliny w ścianie. Wielka szafa otwierająca się od strony sypialni i łazienki z dużą ilością wieszaków. Oczywiście regulowana indywidualnie klima, bo inaczej się nie da. W cenie pokoju jest śniadanie bufetowe (bajka – krewetki, sushi itp.) i lekka kolacja (wyśmienita, podobnie jak śniadanie). Prawdę mówiąc czasami się stresowałem, bo wszędzie nakazy i zakazy, no i tzw. dress code. Chociaż jak zobaczyłem na śniadaniu wytatuowanego śniadego gościa w obskurnym dresie, to przestałem się przejmować specjalnie swoim wyglądem :-))). Towarzystwo zarówno elitarne jak i dość niepozorne, a obsługa nadskakująca, co momentami drażni :)). Chociaż gadatliwy, starszy Hindus gay zabawny. Skąd wiem, że gay ? Żebyście widzieli jak "fajnie" porusza się i mówi. Myślał, że Polska jest obok Szwecji, ale z grubsza co nie co wiedział o naszym regionie :-))).

Ruch uliczny

Po pierwsze informacja dla wielbicieli samochodów. Są zupełnie inne niż w Europie, ale o dziwo nie wszystkie mniej obszerne jak się powszechnie sądzi. Nie wiem sam, może badania marketingowe udowodniły, że Azjaci mają inny gust. Smutna prawda, wystarczy spojrzeć na ulicę i od razu widać, że to znacznie bogatszy kraj od naszego. Kupa luksusowych fur, a takiej ilości Ferrari, to nie widziałem w całym swoim życiu, włączając w to oglądane prospekty. Do tego wszystkie praktycznie nowe. A my jesteśmy śmietniskiem całej Europy Zachodniej, oj przykro. W dodatku drogi równe jak stół, nie zauważyłem żadnej dziury. Ruch jest lewostronny, jak na Wyspach, o czym trzeba pamiętać przechodząc przez ulicę. Jeżdżą teoretycznie chaotycznie, ale nie widziałem ani jednego wypadku. Często używają klaksonu, a z uprzejmością na jezdni nie przesadzają. Pieszych obowiązkowo przepuszczają w miejscach gdzie wymagają tego przepisy, gdzie indziej nawet nie ma co liczyć na taryfę ulgową, nawet nogi z gazu nie zdejmą. Na autostradach jadą obowiązkowo 80 km/h. Nikt nie szarżuje mimo, że praktycznie nigdzie nie widać policji. Dlaczego ? A no dlatego, że co 200 (słownie: dwieście) metrów stoi radach, więc jak ktoś chciałby spróbować to powodzenia. A mandaty są drogie.

Ruch pieszy

Myślałem, że z ruchem pieszym jest podobnie jak z ruchem ulicznym, tzn. jest lewostronny. Hmm, no niezupełnie. Singapurczycy chodzą wprawdzie głównie lewą stroną, ale expaci (obcokrajowiec na dłuższym „zesłaniu” z własnej firmy, siebie mogę nazwać short-time ex-pat) i turyści prawą, więc na chodniku panuje niezły bałagan i zostaje chodzenie slalomem. Tak czy owak jak ktoś

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowieści singapurskie cz.1 — czytnik · opowiadania