Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Podróże · 11 min czytania

Opowieści singapurskie cz. 2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Praca z Singapurczykami.

Biurowiec, w którym przyszło mi pracować, to jedna z dwóch bliźniaczych wież w centrum Singapuru. Wchodziłem do niego z rzeką ludzi o azjatyckich rysach, a ja byłem europejskim rodzynkiem, który o głowę wystawał ponad tłum. Po pewnym czasie stałem się swego rodzaju atrakcją, bo sporo ludzi z innych firm, których nie znałem pozdrawiało mnie na powitanie. W windzie podpatrzyłem ciekawy obyczaj, wtedy jeszcze mało popularny w Polsce. Mianowicie osoba, która wsiada do windy ostatnia, naciska dwa guziki: numer piętra oraz ten, zamykający drzwi. Przyspiesza to znacznie podróż, zwłaszcza wtedy, kiedy każdy wysiada na innym piętrze. Do biura po raz pierwszy przyszedłem przed dziewiątą rano i …… pocałowałem klamkę. Pracownicy zaczęli schodzić się dopiero około 9.15. - Dzień dobry jestem M z Polski – przedstawiałem się każdej kolejnej osobie pojawiającej się w biurze. - Oooo z Polski - patrzyli przez chwilę w osłupieniu. - Przecież nie powiedziałem, że jestem białym niedźwiedziem z koła podbiegunowego, tylko z polskiej firmy, ich większościowego udziałowca, a patrzą na mnie jakbym przybył z kosmosu - myślałem. Z resztą poznana pewnej nocy Sarong Party Girl była przekonana, że Polska faktycznie leży w okolicach koła podbiegunowego, gdzieś na półwyspie skandynawskim. - Przepraszamy za spóźnienie – mówili, kiedy docierało do nich, że mam zajmować się przez miesiąc czasu swego rodzaju nadzorem nad ich pracą. Później jednak okazało się, że spóźnianie się jest normą, a godzina rozpoczęcia pracy (9.00) czysto umowna. Na początku posadzili mnie w sali konferencyjnej. Ponieważ biuro mieści się na 26 piętrze, to z okna rozpościera się piękna panorama miasta. Z drugiej strony biura widok jest jeszcze piękniejszy: statki na redzie, port i sąsiednie wyspy. Bajka. Pracownicy w dużej większości okazywali mi życzliwe zainteresowanie, a ja też jako reprezentant swojej firmy, pierwszy, który ma z nimi dłużej pracować, starałem się jak mogłem pozyskać ich sympatię. Zostałem oprowadzony po biurze i przedstawiony kolejnym przychodzącym osobom. Biuro liczyło kilkunastu pracowników. Był Żyd, Hindus, Filipinka, oraz osoby o azjatyckich rysach twarzy, jak się później zorientowałem, głównie Chińczycy. Przekrój z grubsza taki jak całego społeczeństwa w Singapurze. Język jakim posługiwali się …… hmm singielski. Tak jak mi wcześniej mówiono, czasami bardzo trudny do zrozumienia, zwłaszcza w chińskim wykonaniu. Kiedy się mocno nie koncentrowałem, odnosiłem wrażenie, że zwracają się do siebie właśnie po chińsku. Zresztą coś w tym jest, bo jak tłumaczyła mi J (asystentka w biurze, dziewczyna dynamit, jedna z dwóch osób dzięki którym mój pobyt w Singapurze był naprawdę fantastyczny) rozmawiając między sobą Chińczycy używają swoistej mieszanki singielskiego i mandaryńskiego. W ogóle angielski w wydaniu Singapurskim, czyli singlish różni się dość znacznie od angielskiego jaki my znamy. Język pisany jest z grubsza taki jak English, ale w mowie potocznej używają często innej składni, wielu skrótów oraz wymawiają, niektóre wyrazy w specyficzny dla siebie sposób. W sumie powoduje to, że czasami ciężko jest ich zrozumieć, ale zawsze chętnie powtórzą jak czegoś się nie rozumie, więc komunikacja jest jak najbardziej możliwa. Dostałem swój pokój, a jeden z menedżerów przywlókł ze sobą jakąś wystraszoną dziewczynę i spytał mnie: - Do you have cats ? – Cats ? No. – odpowiedziałem uprzejmie. - You don’t have cats ? - skrzywił się. W tym momencie zauważyłem, że dziewczyna wyciąga w moim kierunku dwie ręce, trzymając wizytówkę. - Oh, cards, of course I have – wykrzyknąłem uradowany i wręczyłem dziewczynie oraz menedżerowi swoje wizytówki. Menedżer ten później, jako jedna z dwóch (obok J) osób starał się bardzo, aby mój pobyt w Singapurze był przyjemny. Wraz z jego rodziną (przemiła żona, urocze 2,5-letnie bliźniaki płci obojga oraz 5-letni sympatyczny synek) zwiedziłem singapurskie zoo, wziąłem udział w Night Safari i zaliczyłem American Party w ekskluzywnym klubie dla Amerykanów. Do tego spora ilość lunchów, brunchów i dinnerów w dobrych restauracjach. I za to jestem mu bardzo wdzięczny. Nie wiem dokładnie czym się zajmował ten człowiek w firmie, ale zauważyłem, że ciągle lata na jakieś spotkania i podobno negocjuje kontrakty z klientami i dystrybutorami. Uwielbia też napawać się wizualizacjami inwestycji budowlanych swojej firmy. Raz zaprosił mnie do siebie pokazał na laptopie dwie ilustracje budowanej właśnie fabryki (jedną pokazującą stan obecny, a drugą obrazującą przyszły wygląd) i zachwycony klikał na nich na zmianę powtarzając jak mantrę: - Było, będzie, było, będzie, było …. Ciekawostką jest fakt, że klimatyzacja w biurze była centralnie sterowana i przeważnie ustawiona na tak niską temperaturę, że trzeba było siedzieć przy biurku w marynarce czy nawet kurtce, co było nie do pomyślenia na zewnątrz. Nie będę dalej szczegółowo opisywał funkcjonowanie firmy, w której przyszło mi przez miesiąc pracować, gdyż nie różni się ona tak bardzo od…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%