Fantasy · 35 min czytania
Opowieści Trzeciej Ery 5. Miasto Białych Elfów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Zaraza jasna! Wracaj, Fahe! Elf zawrócił i z trudem wprowadził konia z powrotem na brzeg. - To się nie uda. Inimma jest tu za głęboka. Za silny nurt. - Zdążyłem zauważyć – odparł zjadliwie Fahe, wykręcając wodę z koszuli - Trzeba się przez to jakoś przeprawić. Co robimy? - Hmm... po drodze mijaliśmy jakieś miasteczko. Może tam będzie ktoś chętny do przewiezienia nas na drugi brzeg. Fahe zmierzył Elyę bystrym spojrzeniem. - Przecież miasteczko, które mijaliśmy, to Dun. Biała wytrzymała wzrok. Milczała. Fahe westchnął. - Dobrze. Nie mamy i tak wyjścia, inne miasto znajduje się jakieś sześć kilometrów stąd. - Właśnie. - Chodźmy więc. Lora? Zielona Elfka potrząsnęła głową, jakby wyrywając się z głębokiej zadumy. Siedziała na pobliskim kamieniu. - Idziesz? Lora wstała, otrzepała ubranie, wsiadła na swojego nowego kasztanka. Milczała. Milczenie ostatnimi czasy stało się jej specjalnością. Zimno i chłód spojrzeń, którymi darzyła cały świat i ich, swoich domniemanych „przyjaciół”, niepokoiło Elyę. Spojrzała na elfa, w którego oczach odczytała tę samą obawę.
*
Miasteczko Dun tętniło życiem. Tu mieszkają jej rodzice. Pamiętam, pomyślała. Pamiętam imię, które zdradziła mi służąca. Utkwiło mi to w pamięci. Ravitha. Normalne, wiejskie imię. Moja biologiczna matka. Czy jeszcze żyje? Ciekawe. A nawet jeśli, to w jaki sposób mogłabym ją tu odnaleźć? To wielkie miasto. Ogromne jak... jak... Jak Kael Kaan. Wspomnienia. Przyszłość, przeszłość. Trzy matki. Która prawdziwa? To wola przeznaczenia, moje dziecko. Moja córko. Przeznaczenie czy przypadek? Co jest obłudą, co jest prawdą? Cichutko, córko. Chrzest nie boli. Widzisz? To jest Nekla, stworzycielka Świata. Patrz, to ona. Musisz w nią wierzyć. Musisz. Teraz to twoja bogini. W imię Ojca, i Syna... tak, świetnie, wnusiu. Gdyby twoja matka cię zobaczyła... a może tak chciało przeznaczenie... Źle, źle, źle! Jak chcesz rządzić później tym cholernym państwem?! Ty chcesz być moją córką?! No i co się tak kulisz? Myślisz, że to zmaże twoją głupotę?! Gdzie mój rzemień... Przeznaczenie? Jakie Przeznaczenie? Teraz ja mam wybierać, czy tworzyć, czy niszczyć... czemu ja? Przeznaczenie nie istnieje. Ja istnieję przez przypadek. Muszę to zrobić, wypełnić moją misję, bo jeśli nie.. To Przeznaczenie mnie nie uratuje. - Elya. Wyrwała się z głębokiego snu. Otworzyła oczy. Zobaczyła twarz pięknego elfa. Świat trząsł się jej przed oczami. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to nie świat, tylko Fahe potrząsa ją za ramiona. Jego głos dobiegał do niej z daleka. Przetarła oczy, zaczęła widzieć świat wokół siebie. Rynek miasteczka, dookoła gwar i ścisk. Zaskakująco wiele barw poraziło jej oczy, wściekle kłując. - Co się dzieje? Nic ci nie jest? – zapytał Fahe z niepokojem w głosie. Elya zauważyła, że obok niego stoi przestraszona Lora. Po raz pierwszy zauważyła na jej twarzy ślad emocji. - Nnic mi nie jest... jestem tylko trochę zmęczona – wykrztusiła Biała. - Wyglądałaś, jakby ktoś rzucił na ciebie urok... - Nic mi nie jest – oświadczyła pewniej Elya, starając się zachować twardą minę. Kiepsko jej to wyszło. Fahe nadal miał zatroskaną minę. Lora wbiła wzrok w ziemię. Milczała. - No, chodźmy już – ponagliła ich Elya, powstrzymując zawroty głowy – To przez ten zaduch się tak poczułam, ale już wszystko w porządku. Elf z powątpiewaniem pokręcił głową, ale poprowadził konia przez tłum. Zostawili wierzchowce w stajni obok karczmy. Tam zamierzali się zapytać o kogoś, kto mógłby ich przeprawić na drugą stronę rzeki. Fahe i Elya długo męczyli się, wypytując mieszkańców miasteczka. Nie było chętnych do przeprawy przez Inimmę. - Nie znajdziesz chętnego w tym mieście, panie, bo Kaerianie trzęsą zbyt portkami – oświadczył karczmarz – ostatnio rozzuchwaliły się nam elfy, co drugi brzeg zamieszkują. Gotowe nawet bełtem w łeb trafić, jeśli kto nie zawróci w porę, a elfia strzała nie chybia. To i boją się miejscowi, a i waszmościom szczerze odradzam, bo bezpiecznie tam nie jest, a wam dobrze . Biała bacznie obserwowała twarz Fahe’a, ale mina elfa niczego nie zdradzała. Kiwnął tylko głową, odwrócił się i stanął jak wryty. Przed nimi stała kobieta, której uroda wręcz biła po oczach. Raziła pięknem tak oczywistym, że aż niesamowitym, przykuwającym wzrok, a dech zamierał na chwilę w piersiach. Była ubrana normalnie – szczupła sylwetka schowana pod lnianą koszulką, którą wypychał pokaźny biust. Oczy, dwie wielkie rubinowe gwiazdy, utkwiła w Białym Elfie. Na dużych ustach tańczył figlarny uśmiech. A złociste włosy... Piękne, jak cała reszta. - Doszły mnie wieści, że potrzebują waszmościowie przewoźnika – powiedziała, trzepocząc rzęsami. - Przesłyszałaś się, panno – odpaliła niespodziewanie gwałtownie Lora. Fahe i Elya spojrzeli na nią ze zdumieniem; po raz pierwszy od dłuższego czasu wykazała jakieś emocje w stosunku do świata. Panna udała zdumienie, zmarszczyła czółko. - Proszę wybaczyć, pani – pospieszył z wyjaśnieniem Fahe. Jego głos był spokojny i oziębły. Biała słyszała, że mało która półludzka kobieta kiedykolwiek spełniała wymagania elfów. Tym razem jednak nie wierzyła, by uroda mieszczki nie zrobiła na Fahe’u wrażenia. – Potrzebujemy rzeczywiście pomocy. Nie pomyliłaś się. - Och, to wspaniale – zaśmiała się perliście. – Bo ja mogę waszmościów przeprawić przez rzeczkę. A nawet potem mogłabym pomóc przejść przez siedzibę Białych Elfów w górach – znam te okolice jak nikt, gdyż prababka ma jest jedną z nich. - Bylibyśmy wdzięczni – Fahe całkowicie zignorował pomruki elfki. – Jak brzmi twe imię, pani? - Jaka znowu pani. Mów mi Passifere. A wy ja się zwiecie? - Ja jestem Fahe, to jest Lora, a to Elya... A więc, Passifere, kiedy nam pomożesz? - Choćby i z samego rana. - A ile to nas będzie kosztować? – zapytała zjadliwie Lora. - Niewiele – odparła Passifere, a Elya usłyszała niewielką zmianę w jej słodkim głosie. Z przerażeniem stwierdziła, że nie czuje żadnych emocji od kobiety. Zasępiła się.
*
- Czołem, Vizedud. Masz? - Mam. - To dawaj. Z karczmy dochodziły odgłosy hucznej zabawy. Można było nawet wychwycić odgłosy z mieszczącego się na drugim piętrze zamtuza. W uliczce było ciemno. Siedząca pod sąsiednim budynkiem żebraczka leżała na rozłożonej na ziemi szmacie, wiercąc się co chwilę i złorzecząc w kierunku burdelu. W drugim końcu ulicy w najlepsze trwała bójka. Wychwytując słowa spomiędzy całego gąszcza przekleństw można było wywnioskować, że spór trwał o skrzynię słynnych paeryjskich wiśniówek z San’Melr. Pod karczmą stało dwóch opryszków ze spoconymi gębami. Jeden z nich, Vizedud, wyciągnął z kieszeni obdartego kubraczka flakonik z niebieskim płynem i podał go drugiemu. Wąsacz wziął buteleczkę, odkręcił korek i wlał sobie jej zawartość do gardła. Potem potężnie beknął i rzucił pustym flakonikiem o ziemię. Buteleczka rozprysnęła się z hukiem. - Nieźle pewnie idzie dziś interes, co? – zapytał wąsacz, kątem oka dostrzegając stojącą nieopodal prostytutkę. Machała mu, zalotnie puszczając oczko. - A nieźle, nie zaprzeczę – przyznał Vizedud – a ty, Szczurołap? Co dziś zamierzasz? - Bawić się – odparł, znacząco patrząc na pannę do towarzystwa - Przecie Berhaar jest. Mężczyzna pokiwał głową. Usłyszeli dochodzący z góry jęk. - Tak... Berhaar – powtórzył Vizedud, patrząc ze zrozumieniem na dach zamtuza. – Święto kurewskiej Radości, psia mać... eh... pozazdrościć. Ja jeszcze dzisiaj kupę roboty mam. Nic, ino te lucynki mi mus rozdawać... no, ale jakoś trza na żywot zarobić. Baw się dobrze, Szczurołap. Wąsacz charknął, splunął, przeczesał brudnymi palcami jeszcze brudniejsze włosy. Odwrócił się w kierunku prostytutki. Zrobił dwa kroki. I zobaczył coś dziwnego. Prostytutka nagle cofnęła się dziwnie, mechanicznymi, nienaturalnymi ruchami. I zamachała mu zupełnie jak wcześniej. Puściła zalotnie oczko. Znowu podeszła o dwa, wolne kroki. Jak kilka minut temu, gdy rozmawiał z Vizedudem. Szczurołap przetarł oczy, spojrzał znowu. Prostytutka zaczynała się niecierpliwić. To na pewno wina lucynki, pomyślał, choć wcale w to nie wierzył. To feralucyna. Szczurołap odwrócił się, zachwiał. Wracam do domu. Już nigdy nie wezmę tego świństwa do ust, przemknęło mu przez myśl. Jak matkę kocham. Ale matki nie kochał. I oczywiście później znowu wziął. Do ust...
*
Część 22 / 2
- To oszustka – stwierdził Fahe, obserwując plecy wychodzącej z karczmy nieznajomej. - Dlaczego? – zdziwiła się Elya. Lora wyraziła cień zainteresowania. - Nie słyszałaś, co mówiła? – prychnął – że ma prababkę wśród Białych Elfów. Ale to nie jest możliwe. - Czemu? - Ponieważ elfy z miasta i ze Wzgórz nie utrzymują ze sobą kontaktu – wyjaśnił Fahe z politowaniem - a nawet jeśli jej prababka była elfką, teraz już nie byłyby dla siebie rodziną. - A ja – wtrąciła Elya – nie czuję od niej żadnych emocji. Żadnej woli. - Co masz na myśli? - Ta moja zdolność – wyjaśniła z ociąganiem – że potrafię rozpoznać uczucia innych. Od niej... od Passifere nie czuję nic. - Dziwne... tylko czarodzieje potrafią... Elya poczuła, jak coś ciężkiego osuwa się na dno jej żołądka. W jednej chwili przypomniała sobie czarownicę, którą spotkała całkiem niedawno. - W takim razie co robimy? – wykrztusiła. Fahe wzruszył ramionami. - Bądźmy czujni. Nie wiem, jakie są jej zamiary. A może jednak nie życzy nam źle? Nie wiemy, kim jest. Lora skrzywiła się. - Czy nie możemy po prostu... - Nie, nie możemy. Wybacz, Lora – dodał po chwili - Innego ochotnika nie znajdziemy. Kelnereczko! Chcemy zapłacić...
*
- O, tu jest! – głos Passifere dobiegał z wyjątkowo zarośniętych chaszczy – Chodźcie i pomóżcie mi ją wyciągnąć... Mieszczka, Elya i Fahe wytaszczyli z niemałym trudem średniej wielkości łódkę. Lora przez cały czas stała nieopodal, oparta o drzewo, z opuszczoną głową. - Musimy się przeprawić pięć razy – oznajmiła Passifere swym zwykłym, nieco dumnym głosem – To znaczy, ja muszę. Łódka zmieści dwie osoby. Kto pierwej? Lora bez słowa podeszła i zaczęła popychać łódkę na wodę. Białej przez chwilę wydawało się, że w rubinowych oczach Passifere pojawia się jasnoczerwony błysk. Ale równie dobrze mógł to być tylko odblask słońca. Przeprawa odbyła się sprawnie. Fahe popłynął ostatni. Elya zauważyła spojrzenie Lory pełne złości, gdy patrzyła na piękną Passifere, która śmiała się z żartów Fahe’a. Kiedy byli już na drugim brzegu, Elya zauważyła, że Lora bierze elfa na stronę. Poszli w krzaki. Porozmawiać. Passifere też to spostrzegła, a na jej ustach wykwitł nieładny uśmiech. Nic nie powiedziała, schyliła się nad łodzią, poprawiając najwyraźniej ławki z luźnych desek. Elya westchnęła. Usiadła na kamieniu, zapatrzyła w niebo. - Na co tak patrzysz, dziecinko? – spytała po chwili Passifere – Na chmury? Usiadła na kamieniu obok Elyi, spojrzała na nią. - Piękna dziś pogoda, prawda? Elya kiwnęła głową. - Sierotko – powiedziała ze współczuciem, głaszcząc ją po policzku – takaś skryta, takaś samotna. Nikt ciebie nie rozumie, prawda? Ale ja cię rozumiem. Patrzyła żem na ciebie... widziałam twój strach... Passifere szeptała jej teraz do ucha. Biała była sztywna jak deska. Coś powstrzymywało ją od wstania, odsunięcia się od kobiety. Jej dotyk był ciepły. Paraliżował. Przesunęła palcami po jej szyi, dotknęła obojczyka. Elya zdała sobie sprawę, że nie może się poruszać. Nie może mówić. Nie może krzyczeć. A jej powieki stały się przeraźliwie ciężkie. Passifere musnęła wargami jej policzka. A Elya ze zgrozą zauważyła że oczy, które wpatrują się w nią usilnie, nie są już rubinowe. Teraz stały się wściekle niebieskie. Nos Passifere, zawsze idealnie prosty, teraz był lekko zadarty. Włosy, zamiast złocistych loków, przybrały postać prostych i kruczoczarnych, delikatnie zsuwając się z szczupłych ramion oszustki. - Zostaw ją. Biała, zanim osunęła się bezwładnie na ziemię, dostrzegła Fahe i Lorę z mieczem w dłoni. Kruczowłosa kobieta, która stała teraz nad nią, w niczym nie przypominała Passifere. - Fahe ze Wzgórz i Lora z Lasów Perevolu. Cóż za przyjemność wreszcie móc pokazać się wam w prawdziwej postaci. - Lenna ker Bungerder, jeśli mnie pamięć nie myli. - Nie myli – czarodziejka uśmiechnęła się zjadliwie. – Wyrokiem Rady Magów zostałeś skazany na śmierć. - Ciekawe. A ty? Jeśli nas nie wymordujesz zostaniesz również zabita? Czarodziejka zacisnęła usta w złowieszczym uśmiechu. Milczała. Wolnym krokiem zaczęła się zbliżać do Fahe’a i Lory. Elfka mocniej ścisnęła rękojeść miecza, stanęła w rozkroku. Nicość. Wokół ciemność, a pośrodku ciemności oni: Lora, Fahe, i Elya. Nad nimi ziemia, pod nimi niebo. Chmury pędzą jak szalone, nacierają. Błysk. Światło. W dole ciemna przepaść. Lora wczepiła się kurczowo w kubrak Fahe, który stał w ciemnościach z niewzruszoną twarzą. Elya czuła, że zaraz spadnie w ziejącą pod nimi dziurę. Zaczęła zsuwać się z niewidzialnego gruntu, wrzasnęła. Teraz, trzymała się nogawki spodni Lory, jak lalka targana nieistniejącą nawałnicą. Z oczami rozszerzonymi ze strachu. Nagle widzi Lennę, lecącą ku niej przez ciemność, odpędzającą od siebie czarne kłęby. Słyszy krzyk Fahe’a i srebrną kulę, która strzela jak pocisk spomiędzy jego palców. Czarodziejka zwinnie unika strzałów, z każdą chwilą się do nich zbliżając. Elya słyszy krzyki. Błysk. Elya leży na trawie, Lora i Fahe stoją obok niej. Oczy Lory są straszne. Są wściekle czerwone. Biała zrozumiała, co się stało, zerwała się na równe nogi, by ponownie upaść. Tuż przed nią stała Lenna, która zwaliła ją na ziemię jednym potężnym smagnięciem rozżarzonego do czerwoności pręta. Elya, ignorując palący ból ramienia, podniosła się trochę, wypluwając piasek. Usłyszała makabryczny krzyk. Poczuła ciarki na plecach. Odwróciła głowę i zobaczyła rozmazaną sylwetkę Lory, która miotała się jak szalona, nacierając na czarownicę. Lenna z dziecinną łatwością odpierała ataki. Niedaleko nich stała kobieta – skąd ona się tu wzięła, pomyślała Elya ze strachem. Ta druga trzymała ręce nad głową, utrzymywała tarczę ochronną wokół Lenny. Elya zacisnęła szczękę do bólu. Spojrzała w drugą stronę i zastygła w bezruchu. Pod sąsiednim drzewem coś leżało. Elya poczuła, że jej serce na moment wstrzymuje pracę. Z zapartym tchem zaczęła czołgać się w stronę zarośli. Nie potrafiła wstać. Słyszała dzikie wrzaski Lory i wariacki śmiech czarownicy. Wreszcie po chwili, która według jej mniemania trwała wieczność, udało jej się podczołgać do drzew. Do tego, co wcześniej ujrzała, a miała nadzieję, że to omamy. Pod drzewem leżał Fahe. A raczej to, co z Fahe’a zostało. Elf miał dziurę wielkości kuli armatniej w miejscu prawego płuca. Nie miał lewej nogi. Elya zakrztusiła się powietrzem. - Fahe... Elf kaszlnął krwią, spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem. - El... ya... - Nic nie mów – wyszeptała Biała, której łzy mimowolnie napłynęły do oczu. - Elya... musisz tam dotrzeć... do świątyni... jak będziecie w ich obozie... – Fahe zachłysnął się. Dopiero po długiej, naprawdę długiej chwili szepnął – Pytajcie o... Priscillę... Fahe zamknął oczy. Wyglądał, jakby spał. Lecz Elya wiedziała że on nie śpi. Przymknęła powieki, spod których wytaczały się łzy. Zerwała się na nogi. Twarz wykrzywioną wściekłością skierowała na czarownicę. Zabić. Zaczęła się unosić. Powoli, stopniowo. Zauważyła, że wiedźma odrzuciła Lorę zaklęciem, że teraz w nią ciska błyskawice. Lecz to nie miało już znaczenia. Wokół Elyi utworzyła się błękitna, świetlista kula., która odbijała wszystkie strzały. Elya wyciągnęła przed siebie ręce, rozczapierzyła palce. Wyszeptała zaklęcie. Świat zadygotał. Ziemia zatrzęsła się. Czerwona smuga ze świstem przecięła powietrze. Jej celem była wiedźma. Zabić. Zniszczyć. Zgnieść! I po chwili było już po wszystkim. Z potwora pozostał tylko popiół.
*
Milczenie. Lora i Elya siedziały w karczmie, nic nie mówiąc do siebie. Wokół panował gwar, lecz one go nie słyszały. - Jak to się stało? – wyszeptała Elya. - Wtedy, gdy ty leżałaś – odpowiedziała cicho Lora. Elya czekała na dalszą część opowieści, lecz nic takiego nie nastąpiło. W końcu, nie mogąc wytrzymać, zapytała: - Ale jak to się stało? - Kiedy odrzuciło mnie do tyłu przez tę jej iluzję, z jej ręki wystrzelił jakby srebrny półokrąg, który tak kręcił się i wirował... Trafiło na Fahe’a. Odrąbało mu nogę – jej głos brzmiał dziwnie głucho. Wbiła wzrok w stół. – Potem skoczyłam na nią, cięłam. Nawet jej nie drasnęło. Odskoczyła, śmiejąc się tylko. Nagle zobaczyłam, jak z krzaków wypada jakaś kobieta... miała brązowe loki. Chyba też czarodziejka. Strzeliła w Fahe’a zaklęciem. Szybkim jak pocisk. Nie zauważyłam nawet ruchu ręki tej kurwy. A on nie zdążył wytworzyć bariery. Przebiło mu płuco... nie pamiętam, co było dalej, bo przemieniłam się ... - jej głos załamał się. Ukryła twarz w dłoniach. Po chwili poderwała się z krzesła i wyrzuciła – ty wtedy leżałaś tuż obok niego... a nic nie zrobiłaś! - A co miałam zrobić? – w głosie Elyi brzmiało wiele nut: usprawiedliwienie, rozpacz, beznadziejność. – Wcześniej ta suka mnie osłabiła! - Kiedy cię zobaczyłam... gdy ona ci to robiła – wyszeptała Lora, wiercąc Elyę wściekłym spojrzeniem – nie oponowałaś. Nie odsuwałaś się od niej. Może sprawiało ci to przyjemność? Biała wstała gwałtownie z krzesła, otworzyła usta. Zamknęła. Wyleciała z karczmy, rozwścieczona. Mimo iż na zewnątrz było ciemno, Elya ruszyła wzdłuż ulicy, ze wzrokiem wbitym w przestrzeń, nie rejestrując żadnych szczegółów. Jej myśli pełne były wściekłości i bólu po…