Fantasy · 25 min czytania
Opowieści Trzeciej Ery 6. Góra Losu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- Uff... ależ dziś upały... – sapnął grubas, ocierając mokre od potu czoło. - Yhy – mruknął chudzielec. Po chwili przeciągnął się silnie i zawołał silnym głosem: - Tiule i jedwab z Roggue! Z Roggue jeeedwaaaaaab! - Z Roggue? – zdziwiła się tęga, barczysta chłopka, przechodząca obok z naręczem ciężkich toreb. – A jużci, nie wierę! - To niech pani popatrzy jeno, z samego Roggue, powiadam! Kobieta pochyliła się nad towarem, gruby sprzedawca ze straganem obok znowu sapnął, wziął głęboki oddech i zaczął zachwalać koronkową bieliznę z Jesemitu. - Oj, powiadam ci, miły pani – westchnął grubas, robiąc przerwę w wrzaskach – Słabo dzisiaj interes bieży, oj słabo... - Wiem – odparł chudy kupiec ze zrezygnowaną miną, kiedy tęga chłopka wyśmiała jego jedwab – Taki upał, nacz komu tera zakupy czynić, kaliżdy w chałupach siedzi, dupę chłodzi. A obaczysz, jak niedługo Vereglare nastanie. Lato tak skoro przyszło. - Ano... ee? Kako to? Na ulicy rozległy się odgłosy zdziwienia. Z nieba zaczął padać śnieg. - Nie może być?! – dziwili się, patrząc z rozwartymi gębami w górę. - Ki diabeł? – spytał przerażony gruby kupiec. - To boski znak! – wrzeszczał kapłan. - Pojęcia nijakiego nie mam – wyszeptał chudzielec, kręcąc głową z niedowierzaniem.
*
- Lora... - Hm? - Królowa Białych Elfów mówiła mi o tobie – zaczęła ostrożnie Elya. - Co ci mówiła? – twarz Lory stała się kamienną maską. - Że... jesteś Naznaczoną. Milczenie. Lora siedzi w bezruchu. Elya sprawdziła zupę z królika, wlała trochę do miseczki i wręczyła Priscilli. Potem nalała elfce, lecz gdy ta nie przyjęła, westchnęła ciężko i postawiła naczynie na ziemi. - Czemu nic nie mówisz? Milczenie. - Jak stałaś się Naznaczoną? Lora, wcale nie budzisz we mnie odrazy! – dodała Elya z oburzeniem. Czuła emocje. Lora spojrzała jej w oczy, znowu upuściła wzrok. Przetarła przypruszone czymś oko. - Ja... nie chciałam tego... – wyszeptała. Elya nie na żarty przestraszyła się, że po tej rozmowie Lora znowu zamknie się w swojej skorupie, jak to się stało po przywróceniu pamięci. - Lora, mi możesz o tym powiedzieć. Priscilla. Idź do jeziorka, umyj się. Dziewczynka wstała bez słowa, oddaliła się szybkim krokiem. Elfka westchnęła. Po długiej chwili zrezygnowanym głosem zaczęła opowiadać. - Pewnego dnia... kiedy jeszcze mieszkałam w lasach Perevolu, w dalekim Farr... dowiedzieliśmy się, że wojna wisi w powietrzu. Matka bała się o nas: o mnie i o Villę... moją młodszą siostrę – Elya zauważyła, że głos jej zadrżał. – Wysłała nas za granicę razem ze swoją przyjaciółką, Gliderą. Byłyśmy młode, same nie dałybyśmy sobie rady. Matka została, by walczyć. Wszystkie Zielone Elfy z Farr miały taki obowiązek. Mimo iż wojna była z góry przegrana... wszyscy o tym wiedzieli, ale walczyli. Matka chciała nas od tego uchronić. Ale zamiast tego zagwarantowała nam jeszcze większe piekło. Lora wzięła głęboki wdech. - Rozpoczęła się ucieczka na oślep. Uciekłyśmy do Yepisu, państwa Srebrnych Elfów, które już należało Do Mer Immolin, Elfiego Przymierza – ciągnęła – Ale nie mogłyśmy tam zostać. Nie byłyśmy tam mile widziane, bo nie byłyśmy Srebrnymi Elfami... Mimo, że Srebrni zarzekają się, że są tolerancyjni, to wiele goryczy w nich siedzi. Jest ich najmniej ze wszystkich rodzajów elfów. Uciekłyśmy więc do Essanii... Po dłuugiej i męczącej wędrówce... Ale tam... Lora zamilkła, wpatrzyła się w ogień. - Jeśli nie chcesz mi o tym mówić... - Nie, po prostu... powiem ci w skrócie. Porwali nas zbójcy i wywieźli na skup niewolników. Glidera popełniła samobójstwo. Waląc z całej siły głową o ziemię. Na naszych oczach – Lora przetarła powieki, z jej piersi wydobyło się urywane westchnienie. – Na targu kupił nas – mnie i Villę – elfi czarodziej. Cóż... co mam ci powiedzieć. Nie chcę, żebyś czuła się zażenowana czy skrępowana. Villa zginęła w skutek jakichś chędożonych testów. Uciekłam zaraz po tym. Cudem. Więził nas przez kilka lat... – jej głos załamał się. Spuściła głowę. Elya niezdarnie poklepała ją po ramieniu. - Trafiłam do Demanii – podjęła po chwili. – i tam znowu straciłam wolność. Porwali mnie łowcy nagród. Łapali wszystkie zbiegłe elfy z Farr. Kiedy dotarliśmy do Kaerii, podczas obozowania napadła na nas banda Nocnych Elfów. Zamiast mnie zabić, wzięli ze sobą, sądząc, że się nadam. Zresztą... spodobałam się jednemu z nich. Bawili się mną. - Priscilla wraca – ostrzegła Elya. - Trudno - westchnęła elfka – nic się nie stanie, jeśli to usłyszy, nawet jeśli komuś coś powie – co mnie to obchodzi? - Miałaś opowiedzieć o tym, jak zostałaś Naznaczoną. - Pamiętasz, jak mówiłam, że uciekłam do Essanii z Yepisu? – wyszeptała po chwili, gdy Priscilla położyła się na swoim posłaniu wyłożonym liśćmi i okryła się derką – Tam... poczułam, że muszę gdzieś iść. Coś mnie przyzywało. Przez tydzień wspinałam się z Villą na Górę Cieni. Było tak zimno – Lora zadrżała, jakby poczuła ten chłód. – Ten dziwny... głos... zawiódł mnie do małego domku w górach. Padał śnieg... Villa prosiła, ostrzegała mnie... ale ja jej nie posłuchałam. Ta wiedźma zaczarowała mnie i od tej pory, kiedy jestem wściekła, przemieniam się w potwora. Elf, który potem mnie kupił na targu niewolników, domyślił się, kim jestem. Opowiedział mi o moich zdolnościach.... Zbadał je... Lora zamknęła oczy. Spod jej powiek zaczęły wytaczać się łzy. - Nie mam pretensji o to, że przytrafiło mi się to, co przytrafiło – szeptała, trzęsąc się w bezgłośnym szlochu w objęciach Elyi. – Ale czemu Villa? Co ona zrobiła? Była taka młoda... A on ją... On ją... skurwiel... Elya gładziła włosy elfki, kołysała w usypiającym rytmie. Zasnęły, przytulone do siebie.
*
Szły już drugi dzień wąską, krętą ścieżką pod górę. Dawało się to we znaki szczególnie Priscilli, która, będąc człowiekiem, była o wiele mniej wytrzymała. Z jej powodu musiały się często zatrzymywać. Elya była zła, chociaż nie okazywała tego. Miała wrażenie, że Czas może się lada chwili rozpaść - a razem z nim cały ich świat. Czuła, że musi się śpieszyć, a to sprawiało, że bez przerwy była podenerwowana. - Priscilla, skąd pochodzisz? – zagadnęła ją na jednym z postojów Lora. - Dziewczynka rzuciła jej strachliwe spojrzenie. - Urodziłam się na Wyspie. - Wyspa? – Elya zmarszczyła czoło. Priscilla przytaknęła. - Nie pamiętam mamy. Tata mi powiedział, że gdy miałam trzy latka, zabili ją zbójcy. Kryliśmy się cały czas po jaskiniach, bo Wyspę przejęły Elfy Ognia – nawet w cieniu drzew widać było, że Priscillą wstrząsnął dreszcz – Złośliwe one były strasznie, oj, złośliwe! I niedobre. Dlatego uciekać musieliśmy. Tatuś zawsze nosił taką futrzaną czapkę, by ukryć uszy... wyglądał wtedy jak elf... – dziewczynka fryknęła nosem – Zbudowaliśmy małą łódkę. Pomagałam, jak potrafiłam. Popłynęliśmy za statkiem kupieckim. I trafiliśmy akurat pod samiuteńką Górę Losu. „Może tam znajdziemy schronienie?” powiedział tedy tatuś. Znaleźliśmy. Ale potem... tata... to był przypadek... - Spokojnie, mała, nie płacz – powiedziała z troską w głosie Lora, poklepując ją po ramieniu. – Nie musisz mi o tym mówić. Wiem, co czujesz. Chodźmy lepiej. Już chyba niedaleko, bo jest coraz zimniej. Priscilla kiwnęła główką. Uśmiechnęła się smutno, ale pięknie. Biała nie sądziła, że moment wejścia na szczyt Góry Losu nastąpi tak szybko. Wydawało jej się to być jakąś niezwykle odległą przyszłością. Ale jednak była już tak blisko, tuż, tuż, klucząc pomiędzy drzewami. Na samą górę. Na szczyt. Zmęczenie tak jej dokuczało... ale to nic. Nie przestawać, bo potem już nie pójdziesz. Musisz iść. Elya westchnęła. Dotarła tam, zrobiła to. Była na szczycie Góry Losu. Patrzyła z góry na rozległe plamy pól, ledwo widoczne spod warstwy chmur. - Biała... zrobiłyśmy to... – wydyszała Lora, która trzymała pod koniec zmęczoną Priscillę na rękach. - Tam jest świątynia! – Lora postawiła Priscillę na ziemi, wyprostowała się. I stanęła w bezruchu. Elya odwróciła się gwałtownie i również zamarła. - Dzień dobry. Kazałyście mi trochę na siebie czekać.
Część 22 / 2
*
- Dobrze... Realinko, zanieś jeszcze to klientowi ze stolika przy drzwiach, temu obdartusowi. Dziewka służebna kiwnęła głową, wzięła z rąk karczmarza tacę z piwem i bigosem. Wyszła z kuchni, ruszyła rzędem stolików. Miała w pewnym sensie szczęście – nikt jeszcze ani razu nie poklepał ją po tyłku, a to wszystko dlatego, że Realina Madritta nie należała raczej do szczupłych dziewcząt. Postawiła jedzenie przed nosem cichego małomównego chłopa, który zmierzył ją spojrzeniem i wrócił do swojego obiadu, zawiedziony. Dziewka służebna westchnęła ciężko. Realinka Madritta nie była zbyt piękna, ale nie sprawiało to jej aż tak dużego problemu – no, może czasami, kiedy bracia śmiali się, że jej ryj jest jak ogródek – nic, tylko kopać i kopać, a jak się już rozkopie, to i tak nie będzie różnicy – tak zarośnięty. Te złośliwe docinki sprawiały jej ból, ale potrafiła go odreagować w grze w „Piłkonoga”. Z niektórymi chłopcami znajdywała lepszy kontakt niż z dziewczynami. Gra ta polegała na kopaniu szmacianej piłki i trafianiu nią do bramek zaznaczonych kamieniami. Dzielili się wtedy na dwie drużyny – która drużyna przegrała, oddawała drugiej szklane kulki, które ostatnio były największym hitem wśród dzieci z Havbardt. - Realinko! Dziewczyna potrząsnęła głową, wyrwała się z zadumy. - Idź, zanieś piwko onym panom spod... – reszta słów karczmarza utonęła we wrzasku dochodzącym z głównej części oberży. Realinka wpadła tam i zobaczyła coś niezwykłego. Mniej więcej na środku pomieszczenia stała bardzo brudna i gruba kobieta ubrana w skórę. Dziwna sukienka sięgała jej do połowy potężnych ud i odsłaniała lewą, ogromną pierś. Kobieta miała łupkowaty wyraz twarzy i lekki zarost na brodzie i pod nosem. Długie, pozlepiane w strąki włosy o bliżej nieokreślonym kolorze zwisały jej aż do pasa. - Abulsuhguju... Ghulumulupapapleple! – wrzeszczała, parskając śliną i wymachują drewnianą pałką na wszystkie strony. Wybuchła wrzawa. Niektórzy wybiegli z karczmy, inni odsunęli się pod ściany. Lecz Realinka nie zamierzała się poddać. Wpadła pędem do kuchni, złapała pierwszy lepszy przyrząd kuchenny. Wbiegła do głównego pomieszczenia i wpadła prosto na dzikuskę. Zamachnęła się dziko i rąbnęła kobietę z całej siły patelnią w głowę. Dzikuska zachwiała się, zamamlała i runęła na plecy. Meble zatrzęsły się. W karczmie na moment zrobiło się cicho, a potem wszyscy jak jeden mąż wybuchnęli śmiechem. Niektórzy podchodzili do dziwnej kobiety i tykali ją widelcem czy patykiem. Lecz ta nagle zaczęła rozpływać się w powietrzu. Aż wreszcie zniknęła całkowicie. - Co za dziwy – pokręcił głową karczmarz. - Brawo, Realinka! – wrzasnął ktoś, a ludzie zaczęli poklepywać dziewczynę z uznaniem po plecach. Uśmiechnęła się. Niech tylko o tym usłyszą chłopaki, przemknęło jej przez myśl.
*
- Dlaczego to robisz? – zapytała Elya, a głos drżał jej ze strachu – Przecież świat może zginąć! - Wiem – odparł swobodnie Ceor – Ja po prostu chcę go trochę pozmieniać za twoją pomocą. - Konkretnie? – zapytała Elya, czując, że do gardła podchdzi jej dzisiejszy obiad. - Trochę cofnąć Czas. - Jeśli cofniesz Czas za pomocą Dziecka Czasu – pisnęła ledwo dosłyszalnie Priscilla zza pleców Lory – To spowodujesz zachwianie Równowagi! - A co ty, ludzkie dziecko, możesz o tym wiedzieć? – Ceor zmroził dziewczynkę lodowatym spojrzeniem pełnym pogardy. – Jak widać jeszcze pałęta się po świecie jakieś robactwo. Pasożyty trzeba tępić. - Powtórz to – syknęła Lora, wydobywając ledwo zauważalnym ruchem miecz z pochwy. Ceor uśmiechnął się złowróżbnie. I wszystko zaczęło się dziać tak szybko. Lora i Władca Magów natarli na siebie jak lwy rzucające się sobie do gardeł. Z ręki czarodzieja wystrzeliły niesamowicie szybkie kule energii, które w oczach Elyi wyglądały jak wściekle czerwone smugi. Lora sprawnie je ominęła, rechocząc przy tym iście po żabiemu. Jej oczy płonęły czerwienią. - Biegnij! Priscilla popchnęła Białą w stronę świątyni. Elya wrzasnęła, gdy w miejscu, w którym chciała właśnie postawić stopę, gruchnął piorun. - Biegnij! Elya poczuła paraliżujący ból w lewej ręce. Tuż przed drzwiami budowli…