Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Historia · 31 min czytania

Opowieści Wielkiej Wojny - Karpackie boje

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pamiętnego roku 1914 już końcem listopada śnieg pobielił karpackie pola i lasy. Przyroda tonęła w błogim śnie zimowym zgodnie z pradawny porządkiem ustanowionym przez Stwórcę. Jednak człowiek nie wsłuchiwał się w głos Matki Ziemi i tegoż roku cała Galicja płakała. Wtargnął w jej serce wicher moskiewski. Jeszcze jesienią polscy poddani Franciszka Józefa spod Biecza, Sącza, czy Limanowej słyszeli o Moskalach panoszących się gdzieś pod Lublinem, na Ukrainie, czy daleko za Wisłą. Jednak nie spodziewali się ujrzeć obcej armii w swoich miasteczkach, wsiach, a nawet progach rodzinnych. Ale wróg przybył. Końcem listopada przestrzeń pomiędzy Nowym Sączem, a Limanową była jedną z aren zmagań wojennych w Galicji. Bez wątpienia była to arena drugorzędna, ale jak zawsze w przypadku styku dwóch armii dochodziło do wielu napiętych chwil - również dla ludności cywilnej. Trwały tam ciągłe przepychanki. Moskal zajął Sącz, potem próbował przedzierać się na zachód. Generał Dragomirow zajął Limanową i wysłał wyborowy szwadron kawalerii składający z oficerów celem wykonania akcji wywiadowczo – dywersyjnej. Wybrańcy mieli zniszczyć linię kolejową Mszana – Sucha. Niestety wpadli. Przedzierając się górskimi ścieżynami, nocując w górskich wioszczynach, dali się zaskoczyć piechocie. Nieznanej piechocie, która właśnie wkroczyła na limanowską arenę i z braku miejsc noclegowych w dolinach została wysłana na nocleg na Chyżówki – górskiej wioski, w której już nocowali Rosjanie. Z pomocą miejscowych nowoprzybyły oddział zaskoczył Mocha zyskując uznanie u głównodowodzących tym odcinkiem frontu. Również sama Limanowa kilkakrotnie przechodziła z rąk do rak. Proboszcz limanowski gościł na plebani na przemian sztaby austriacki i rosyjski. Duchowny w tym czasie budował świątynię, Kościół dla Bolesnej Piety Limanowskiej. Był to trudny czas. Konfiskowano wszystkie materiały budowlane z przeznaczeniem na cele wojenne, zabierano mężczyzn do wojska. A dodatkowo moskiewski armaty podczas jednej z pierwszych wizyt zaczęły wstrzeliwać się w miasteczko biorąc za punkt odniesienia więżę budowanego kościoła. Szybko jednak zakończyło się branie celu, gdyż jak twierdzą przekazy jakaś tajemnicza mgła, Kobieta w Płaszczu zasłoniła swój kościół od rosyjskich pocisków. I takie to w okolicach Limanowej, jak nazwał to jeden z brygadierów z tamtego okresu, odprawiano wojenne tańce. Jednak 6 grudzień miał przynieść przemianę. Sennym wzrokiem wpatrywał się w tańczące za oknem ogniki. Palacz właśnie dokładał węgla do paleniska, a lokomotywa coraz bardziej mozoląc się wspinała się pod górę. Wpatrywał się z zaciekawieniem na ten iskierkowy taniec siedząc w pierwszym wagonie wypełnionym żołnierzami rosyjskimi. Był jednym z nich. Dla niego i towarzyszy przebywanie w ciepłym wagonie było długo oczekiwanym luksusem. Odzwyczaili się od niego, a wielu z nich nigdy takiego nie zaznało. Dla nich dotychczasowym chlebem powszednim tej wojny było błoto okopów, przyjaźń z głodem, chłodem, śmiercią i połajankami oficerów. Dla wielu z nich wojna z Austro – Węgrami była pierwszą i jedyną wyprawą zagraniczną, gdzie odkrywali taką egzotykę jak smak salcesonu, czy zapach kaszanki. Ale Saszka, jak na niego tutaj wołali, nie myślał o pozostałych jako współtowarzyszach broni. Może tak było latem na początku drogi wojennej, ale nie teraz. Obecnie tak naprawdę myślał wyłącznie o dezercji, ucieczce do „Austryjców”. Współtowarzysze nic nie podejrzewali i nawet nie przypuszczali, z kim tak na prawdę mają do czynienia. Saszka był najbardziej tajemniczym żołnierzem VIII Korpusu. W rzeczywistości był Polakiem, potomkiem Walentego Jabłockiego, powstańca z czasów pamiętnego stycznia sprzed półwiecza. Piętno zrywu narodowościowego swojego dziada Saszka, a tak naprawdę Jan Jabłocki, nosił do dnia dzisiejszego. Dlaczego? Niestety Partia dziadka walcząca na Polesiu została zmasakrowana przez szwadron kawalerii rosyjskiej. Sam dziadek został schwytany przez Rosjan, zawleczony na postronku do najbliższej wioski i powieszony na przydrożnym drzewie. Niestety ktoś życzliwy poinformował również władze carskie, że Walenty miał rodzinę. W efekcie tego majątek rodzinny Jabłockich został skonfiskowany, a rodzina zesłana na Sybir. Po trzynastu latach tułaczki na Polesie wrócił jedynie najmłodszy syn Walentego - Wiesław. Z pomocą dalekiej ciotki znad Niemna Wiesław zdobył wykształcenie nauczycielskie i osiadł gdzieś na Wileńszczyźnie, w zapadłej wioszczynie litewskiej oddając się słynnej na owe czasy pracy organicznej. Jednak pamiętał o patriotyzmie i wartościach rodzinnych. Ożeniony, również z nauczycielką, z Marzeną z Kurowskich, doczekał się dwóch synów – Janka i młodszego Walka. Wpajał młodym chłopcom uczucia patriotyzmu, wykładał historię Polski, która w jego mniemaniu wkrótce miała się odrodzić. Mówił o Kościuszce, Mickiewiczu i innych. Ale nie żył długo. Miał wyniszczony Sybirem organizm. Zmarł na suchoty. W tych dramatycznych okolicznościach to na Janku spoczęły obowiązki głowy rodziny. Marzył o wykształceniu dla siebie, ale wszystko z śmiercią ojca oddaliło się tak nagle. Był czas, że w raz z matką walczyli o byt rodziny. W końcu jednak uśmiechnęło się do nich szczęście i z pomocą przyszedł spadek ciotki. Tej samej dobrotliwej staruszki, która swego czasu pomogła Wiesławowi po powrocie z zesłania. Oczywiście Jabłoccy nie odziedziczyli niebotycznej fortuny, ale i tak była to poczciwa sumka, którą matka wraz z Jankiem postanowiła przeznaczyć na wykształcenie dziewięcioletniego wówczas Walusia. Osiem lat później Walek wyjechał na studia zagraniczne do Krakowa. Tu i ówdzie na Litwie słyszało się o autonomii w Galicji, o swobodach i o tym, że w Krakowie można uczyć się polskości. Skład z impetem wpadł na stację kolejową w Sączu. Para wydostająca się z lokomotywy spełzała na perony zatapiając we mgle czekających oficerów carskich. Już po chwili gwałtownego hamowania pociąg zatrzymał się i z wagonów wysypali się żołnierze VIII Korpusu. Wszystko wyglądało na akcje w bezładzie, ale to było tylko złudzenie. Już po chwili Moskale zaczęli ustawiać się posłusznie na zbiórce. Poczęły z wolna formować się poszczególne kolumny. A potem wymarsz. Janek był zachwycony. Przeczuwał wprawdzie, że przywieziono ich tutaj planując jakąś większą akcję i że wkrótce znowu otrze się o śmierć, ale to nie to tak bardzo go podniecało. Zachwycił go Sącz, miasto pełnych składów, oświetlonych uliczek, elektryczności rozbłyskującej wśród karpackich ciemności. Wiedział, że pójdą na akcję, ale wcześniej liczył na kilkugodzinny odpoczynek w cywilizowanych warunkach. I nie pomylił się. Zaraz za stacją czekali na nich kwatermistrzowie. Rozdzielono kwatery i już za chwilę Saszka szedł do przydzielonego lokum. Niestety po uzyskaniu przydziału był w zmienionym nastroju. Znów musiał dzielić kwaterę z Wasylem, Borysem i Igorem. To przez nich stracił wiarę w Rosję i zwycięstwo Polski w przymierzu z carem. Kiedy wybuchła wojna był jak wielu innych Polaków z Królestwa wielkim optymistą. Konflikt kolosów mógł dać szansę na wolność zniewolonemu Narodowi. Znalazł się w armii carskiej i wyruszył na front. Jego jednostka zaczęła operować w Galicji i właśnie tam Janek doznał szoku. Na swojej drodze spotykał podbity lud, który mówił jego językiem, dzielił wspólną wiarę i kiedyś tworzył z jego Ojczyzną wspólne państwo. A na dodatek przerażało go to, że ten lud również, tak jak on, wierzył w zmartwychwstanie Narodu. Tylko, że Galicja liczyła na cud poprzez wykorzystanie armii germańskich. Wobec takiej postawy jego poglądy, a dokładnie coraz dobitniejsze uświadamianie sobie dramatu polskiego związanego z nadziejami rozumianymi w każdym zaborze inaczej, ulegały stopniowej przemianie i odbierały animusz do walki. Bał się, że za którymś razem wbije bagnet nie w serce austriackie, czeskie, czy węgierskie, ale w polskie. A na dodatek postawa jego ruskich towarzyszy! Najgorzej było w nowo zajętych miejscowościach, gdzie jeszcze nie dotarła władza carska. Dowódcy starali się trzymać w ryzach zwykłego żołnierza, ale czy żołnierz nie umiał kombinować. Prym w tym względzie wiedli w jego batalionie Wasal, Borys i Igor. Wieczorami ściągali insygnia żołnierskie i szli na wieś za jadłem. Z pewnością ich wycieczki pociągnęłyby wiele ofiar, skazało wiele panien na pohańbienie, gdyby nie Janek. Czuł, że musi z nim chodzić, by ochraniać miejscowych przed ruską agresją. To dzięki niemu udawało się zazwyczaj łagodzić ich zapędy i popędy. Brali jadło i szli dalej. Ale i tak, Janek nie mógł sobie darować incydentu jeszcze z początku wojny gdzie Wasal z Igorem pobili na śmierć Żyda i splądrowali jego sklep. Bo tak naprawdę lekkie pobicia i nadużycia były normą podczas tych ich wypraw. Janek mozolił się by towarzysze nie przekraczali tej specyficznej, jak to już powiedzieliśmy, normy. Zresztą, tak naprawdę nic więcej nie mógł zrobić. Ale dzisiejszego wieczoru było inaczej. Szli na kwaterę wpatrując się w pomigujący na ulicach cud elektryczności. To Janka uspokajało. Miał nadzieje, że przewaga technologiczna tego miasta nad zwykła wsią uspokoi zapędy współtowarzyszy i zadowolą się wygodą przydzielonych kwater. Nie pomylił się. Tej nocy wyspał się jak nigdy jeszcze podczas tułaczki frontowej. Drugiej takiej nocy już nie zaznał. Cały następny dzień 5 grudnia przygotowywano wymarsz. Batalion Janka uwijał się to przy rozładowywaniu armat z wagonów, to przygotowywaniu transportu, pakowaniu prowiantów, amunicji, ładowaniu wozów i tym podobnych zabiegów. Czuło się w powietrzu smak kolejnej ofensywy. Samo przybycie tak licznego wojska do Sącza wskazywało, że drugoplanowa arena wojenna może stać się już w krótkim czasie miejscem decydującego starcia. Już wkrótce zagrać tu miała ciężka artyleria, przez którą ta ziemia nie była jeszcze orana. Rosjanie liczyli na zaskoczenie. A plan był bardzo chytry. Przełamanie obrony i frontu. Przejście przez Limanową, Mszanę i na Podhale. A stamtąd: oskrzydlona twierdza Kraków na północy, prosta droga na Czechy, a w dalszej kolejności na Wiedeń. Dowództwo rosyjskie wierzyło, że ta trwająca od końca listopada nic nieznacząca przepychanka uśpiła już całkowicie wojska wroga. Ale od kilku dni wszelakie oddziały, zwiady i podjazdy operujące na zachód od miasta niechętnie pozostawały w polu i przy byle sposobności wracały w jego mury. Może to był fortel, który miał wzbudzić w przeciwniku wrażenie regularnego, rosyjskiego odwrotu, a może dyskomfort małych oddziałów pozostających w bliskości wroga. W każdym razie to sprawiło, że już wkrótce Limanowa na powrót została zajęta przez Austriaków, a ich główna szpica defensywno - uderzeniowa rozlokowała się w wiosce na południowy – wschód od miasteczka. Cała strefa pomiędzy Sączem, a Limanową miała być według mniemania sztabu carskiego ziemią niczyją, po której VIII Korpus miał przemaszerować spacerkiem, nabrać rozpędu i staranować obrońców. Tak mniemał sztab, ale czy słusznie. Najpierw 4 grudnia na lewym skrzydle planowanej ofensywy jakiś bliżej nierozpoznany oddział przepędził przy użyciu armat siły rosyjskie z Wysokiej oraz góry Rdziostowskiej, ostatniego wzniesienia tuż przed mostem na Dunajcu. A na dodatek następnego dnia ten sam tajemniczy oddział, operujący już na prawym skrzydle, na trakcie z Marcinkowic usidlił oddział Kozaków dońskich, biorąc kilku jeńców. Robiło się gorąco. Było pewnym, że jeńcy wygadali się o planowanej ofensywie. Zaczęto przyśpieszać przygotowania i dlatego wieczorem Janek, zamiast zaznawać wywczasu na kwaterze, maszerował jako osłona artylerii, nie będąc pewnym, czy dożyje następnego zachodu słońca. Myślał o bracie. Ostatni raz widział go półtora roku wcześniej. Przyjechał wtedy na wakacje. Podobnie miało się stać i ostatniego lata, ale nagły wybuch wojny zastał Walusia w drodze do Królestwa. Czy zdążył przekroczyć granicę? Janek sądził, że tak. Jakimś dziwnym trafem dowiedział się, że brat na wieść o wybuchu wojny zaciągnął się do polskiego wojska. Na początku Janek ucieszył się bardzo i postanowił niezwłocznie również uczynić to samo. Jednak nigdzie nie słyszał o odrębnej polskiej formacji w armii cara. - Co ten Waluś wymyślił – pomyślał Janek i całe stado niespokojnych wizji napłynęło mu do głowy - Chyba nie zaciągnął się do Austriaków. Niemożliwe – próbował się wyciszyć. Słyszał wprawdzie o jakimś Piłsudskim, ale gazety wyraźnie donosiły, że cesarskie polskie orły zostały doszczętnie rozbite pod Kielcami. Dlaczego miałby nie wierzyć tym zapewnieniom. Tymi przemyśleniami nieco się uspokoił, tym bardziej, że monotonia marszu stawała się coraz bardziej uciążliwa. Nagle po drugiej stronie Dunajca, na drodze wijącej się ku wzniesieniu, wśród ciemności grudniowych błysnęło jakieś światełko. Janek domyślił się, że w grę wchodzi wyłącznie wojskowa latarka. Szli bardzo szybko. Jaszczyki i armaty dudniły wlekąc się po zbrużdżonej przez mróz drodze. Janek zdał sobie sprawę, że jeżeli na górze, na której zauważył światełko są żołnierze wroga to na pewno już wiedzą o ich ruchu. Taki hałas. Jedyną nadzieja były ciemności, chociaż tej grudniowej nocy i tak nie można było zaliczyć do najciemniejszych. Oficerowie popędzali pochód. Mieli wyraźne rozkazy - dojść jak najdalej pod osłoną ciemności i stworzyć warunki do przeprawy przez Dunajec najpóźniej w godzinach porannych. Wtedy to miało ruszyć jednoczesne uderzenie na lewym skrzydle. Według rozpoznania w pobliżu Sącza przebywały w tym czasie jedynie nieliczne, ale bardzo waleczne patrole wroga. Dały się we znaki szczególnie patrolom Kozaków dońskich. Ale walec, który właśnie wkraczał na arenę wojenną miał być niezniszczalną machiną, miażdżącą wszelkie znaki oporu. Dlatego też tej nocy oficerowie spieszyli się by wszystko mogło zgrać się w czasie. Janka jak już wspominaliśmy zaniepokoiło dziwne światełko. Zgłosił ten fakt oficerowi, ale ten nie zareagował. Marsz trwał dalej. Wierzono w siłę walca, a oficerski spokój miał w zamyśle udzielać się wszystkim żołnierzom. Ale wszystko to miało trwać do czasu. Około dziesięciu minut po tym jak nasz bohater zauważył światełko latarki, potężny huk wstrząsną nocą i odbił się echem po okolicznych wzgórzach. Nagły grzmot poruszył cały tabor. Janek widział w podświadomości podskakujące w ciemnościach armaty, słyszał świst nadlatującej śmierci, masy ziemi sypiące się na żołnierzy, jęk rannych. Niejednokrotnie podczas tej wojny widział efekt ostrzału artyleryjskiego. Ale tym razem na szczęście za wystrzałem nie poszedł złowieszczy pisk pocisku. Bardzo szybko uświadomiono sobie, że tabor nie jest celem ataku. Nie wstrzymano pochodu. Wozy i armaty nadal skrzypiały po drodze i nie było wątpliwości, że ruch taboru jest słyszalny przez napastników. Ale celem ich ostrzału stał się Nowy Sącz, a dokładnie drogi wyjściowe z miasta. Ostrzał prowadzony był z łagodna precyzją i dokładnością. Jasnym stał się fakt, że dowódca armat z góry Rdziostowskiej to prawdziwy profesjonalista. Nakazał skierować ogień tak, aby nie poczynić szkód domostwom mieszkańców. W samym mieście zarządzono zaciemnienie, ale widząc ciągle trwającą skuteczność ognia nieprzyjacielskiego sztab rosyjski nakazał zorganizować łapankę, bo niewiarygodnym było, aby napastnik bez wskazówek z wewnątrz mógł tak precyzyjnie kąsać bramy miejskie.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowieści Wielkiej Wojny - Karpackie boje — czytnik · opowiadania