Historia · 7 min czytania
Opowieści Wielkiej Wojny - Żołnierska Wiosna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Zdenek odezwij się bracie – pomyśl o Pradze, o piwie i babeczkach. To nic, że dmie i zaraz zamarzniemy. Albo dostaniemy po kulce od braci Moskali. Ważne, że jeszcze żyjemy. Już marzec, a my żyjemy. Zdenek przecież jesteśmy Czechami i kochamy Franciszka zresztą i Józefa zarazem. Zdenek nie spij! Nie śpimy! Musimy pilnować by nas nie zaskoczyli. Byśmy nie zamarzli. Zdenek odezwij się. Nie odezwiesz się. Dobra idę do ciebie. W tej samej chwili coś się poruszyło w okopie, schowanym gdzieś w bieszczadzkich połoninach. Jakiś biały duch zaczął gramolić się wzdłuż przekopu. Czy to żołnierz, czy śmierć z jasełek? Zamarznięte ubranie jak sopel. Człowiek obwinięty w białe prześcieradła. Sople u nosa. Odmrożone wszystko, całe ciało włącznie z męskością i przyrodzeniem. Gdy szedł skrzypiało, jakby za chwilę miał rozpaść się na miliard kawałków, jak kryształ lodowy podczas kontaktu z twardym gruntem. Podszedł do nieruchomego kształtu tak bardzo podobnego do siebie. Dotknął go i ... nie było reakcji. Dotknął jeszcze raz i zamarznięty trup osunął się w czeluść dna okopu. - Zdenek nie fiksuj, Zdenek wstawaj. Kto ci pozwolił zamarznąć. Wstawaj – już nie hamował się. Wpadł w jakiś obłęd. Krzyczał a jego ryk odbijał się po połoninach. Zamieć przybierała na sile. Ktoś puścił serię z karabinu maszynowego. Już nie wiedział z której strony, czy od Ruskich, czy od własnych. Osunął się na dno parowu, w zamarzniętą grudę dna okopu. Za chwilę ktoś go zaczął wynosić ze stanowiska. - Rusz się durniu bo zamarzniesz
*** - To nerwy Panie poruczniku – rzekł żołnierz w pękniętych okularach. - Nerwy durniu. My wszyscy mamy tu chore ... Chyba zamarznięte nerwy. To niesubordynacja - ryczał oficerek niskiej postury – mamy tu pięciu konających, siedmiu z odmrożeniami do amputacji. Gdzie jest jakiś szpital? Jak długo mam ich trzymać w drewnianej kwaterze w okopie. Czym mam palić? A tu jeszcze dureń z nerwami. Symulant. Zabierz go z moich oczu. O świcie pójdziecie szukać szpitala polowego. Wynocha. A potem jeszcze mruknął pod nosem: – Już chyba dawno trzeba było się poddać. Ale Ci tam też nie mają lepiej. Okularnik wyprowadził pośpiesznie wpatrzonego w płomień Jaromira, który przypominał słup soli. Strata przyjaciela przelała czary goryczy żołnierskiego, a właściwie psiego życia. Kapitan Mróz i Siostra zamieć odzierali żołnierzy z całego człowieczeństwa. Niektórzy zaczynali się modlić o błogosławioną śmierć od przyjacielskiej, moskiewskiej kuli. Lecz ta przychodziła do wybranych.
*** Martin był pomocnikiem aptekarza. Dlatego też po stracie, a właściwie zamarznięciu pułkowego felczera przejął opiekę nad zdrowiem batalionu. Nie miał nic. Bandaże skończyły się jakiś czas temu. Nawet nie musiał już walczyć z ranami. Zastygały same na mrozie. Teraz brnął przez śniegi, a za nim cień. Na początku był zły. Chciał zostawić Jaromira. Ale ten jakoś nagle w swoim obłędzie zaczął chodzić za nim i coś rzęził pod nosem o jakimś płomyczku, czy ogniku. Dlatego teraz brnęli razem przez Bieszczady w zamieci w połowie marca dziwując się dlaczego jeszcze nie ma wiosny. Pod wieczór zobaczyli ogień. Gdzieś na horyzoncie paliła się chałupa, a może stóg siana. Skierowali się w tamtym kierunku. Gdy się przybliżyli ogień już dogasał. Jacyś żołnierze spalili bacówkę ratując się przed zamarznięciem. To była jedyna szansa na przetrwanie nocy. Martin z Jaromirem jeszcze zdążyli i dogasający ogień poroztapiał lód ich zamarzniętych ubrań.
*** - Jutro pójdą do…