Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 11 min czytania

Opowieści z Verdis: Hivemind

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Fex wstał ze swojego miejsca na widowni i zaczął przedzierać się do drzwi, kręcąc przy tym głową. Na scenie ktoś właśnie umierał, melodramatycznie.

— Koniec jest bliski, moja najdroższa, czemu tym wszystkim przejmuję się?

— Zawsze twe ramiona dawały mi wsparcie, lecz dziś nic poradzić tu nie potrafię.

Ludzie siedzieli, nie odrywając się od dwójki młodych aktorów, jakby widzieli co najmniej samego Multimena, czy innego superbohatera. Ledwie przesuwali nogi, żeby przepuścić wychodzącego, czasem musieli być wręcz szturchnięci, żeby go zauważyć.

Z kwaśną miną mężczyzna dotarł w końcu do wyjścia, gdzie drogę zagrodził mu ogromny, oczywiście łysy, byczek w granatowym stroju.

— Siadaj, nie przeszkadzaj — warknął szeptem osiłek.

— Muszę do łazienki, mam to zrobić na fotel? — W dawnych czasach dałby się zastraszyć, ale jego ostatnia diagnoza… Nie miał już nic do stracenia. Był wolny.

Policjant, czy tam inny agent, bo w tym granacie mógł być kimkolwiek, spojrzał na niego spode łba.

— Dobra, ale nie możesz już wrócić i przerywać — burknął, po czym uchylił mu drzwi.

Fex wyślizgnął się z pomieszczenia i wciągnął powietrze z korytarza. Przynajmniej nie było tu zapachu spoconych ciał. Teatr był dla wszystkich, prawie za darmo. A więc ściągał różnych ludzi szukających rozrywki. Bardzo różnych.

Mężczyzna podrapał się po głowie i ruszył w stronę wyjścia.

“Co robić, co robić?”, pomyślał.

Nie stać go było na ekstrawaganckie spędzenie czasu. Musiał wymyślać rzeczy raczej tanie lub darmowe. Tylko ile można spacerować po mieście, które jest praktycznie całe zalane betonem. Już mu się znudziło, widział wszystko, co było warto zobaczyć. Slumsy znał na pamięć, dzielnica robotnicza była szara i nijaka, jak jej mieszkańcy. To porównanie sprawiło, że zachichotał.

A do dzielnicy bogaczy go nawet nie wpuszczą.

Chyba że…

“Mogę spróbować ukraść odpowiednie ubranie!”.

Natychmiast ruszył szybkim spacerem, nucąc swoją ulubioną piosenkę. Mijane osoby dziwnie się na niego patrzyły. Zdawał sobie sprawę, że w slumsach taka wesołość nie jest raczej powszechna.

Prawie wbiegł na schody prowadzące do wyższych partii miasta i musiał przystanąć. Oparł się pięściami na kolanach i ledwie mógł złapać oddech. Zrobiło mu się duszno, a w głowie zakręciło. Klapnął na tyłek. Tam, gdzie stał. Ludzie, jak gdyby nigdy nic, zaczęli go wymijać, niczym nurt rzeki omijający skałę. Kładąc się ryzykowałby stratowanie, podpowiedział mu umysł, gdy przed oczami zaczęła narastać ciemność.

Plask. Jeden. Drugi. Ból. Lekki, na policzku. Otworzył powieki. Przed nim kobieta. A raczej sylwetka płci pięknej. W pomarańczowym uniformie. Tyle widział.

Próbował się zerwać z miejsca, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Z zewnątrz pewnie wyglądał jak złowiona ryba w desperackiej próbie wskoczenia do wody.

— Prrr, spokojnie, straciłeś przytomność — powiedziała głosem sugerującym lekką pretensję. — Ściągnęłam cię z chodnika. Masz, pij.

Nie widział jeszcze zbyt dokładnie, a wszystko dookoła wirowało. Poczuł, że przyłożyła mu plastikową butelkę. Pociągnął łyk i westchnął cicho.

Świat zaczął powoli do niego wracać. Kobieta przed nim była młoda, może w jego wieku. Błękitne oczy wpatrywały się w niego uważnie, a gładkie, lekko zmarszczone czoło, nadawało twarzy słodki wyraz zmartwienia. Przyjrzał się jej ustom. Pełnym. Czerwonym. Tak zmysłowym. Czy powinien je pocałować?

Cały się zarumienił. Dziewczyna rozpogodziła się na ten widok, a to sprawiło, że uśmiech sam wypłynął też jemu na twarz, wymykając się całkowicie spod kontroli.

— Jestem Resa — przedstawiła się, kucając obok niego. Skrzyżowała z nim wzrok, a on szybko odwrócił głowę.

— Fex — skrzeknął i skrzywił się na dźwięk swojego głosu. Odchrząknął i pewniej powtórzył: — Fex.

— Witaj Fex Fex, powiesz mi, co się stało? — zapytała, unosząc wesoło kącik swoich cudownych warg.

— Nie wiem. — Wzruszył ramionami i podniósł się z ziemi. Był dalej na środku chodnika. Mógł sobie przysiąc, że mówiła coś o ściągnięciu go na bok? — Wbiegłem po schodach i nagle bah, nie pamiętam.

Wstała razem z nim, podpierając go za łokieć. Jej dotyk… Barki mu się rozluźniły, a na karku pojawiła się gęsia skórka. Żałował, że ma na sobie ten szary, okropny sweter.

— Pójdziemy razem na kolację? — zapytał, czym zaskoczył zarówno ją, jak i siebie. Nie stać go było na takie ekscesy. A jednak bardzo nie chciał kończyć tej znajomości. Była jakby żywcem wyjęta z jego snów.

“… żywcem wyjęta z moich snów”, podświadoma myśl dotarła do płata czołowego i uderzyła niczym taran. Zachwiał się.

— Cholera, jesteś wytworem mojej wyobraźni — wyszeptał i zacisnął mocno powieki. — Cholera, cholera, cholera.

Kobieta stała jak wryta, tłum ludzi lawirował wokół, idąc w swoich kierunkach. Ale czy na pewno omijali ją, czy może tylko jego? Podszedł i złapał mocno za rękę dziewczyny. Ściągnął brwi, bo mózg podpowiadał, że faktycznie coś trzyma, chociaż uczucie było dziwne, jakby ściskał lekko wibrującą, ciepłą rurę, a nie ludzką dłoń. Potrząsnął głową.

Jego diagnoza…

— Coś ci odbiło, Fex Fex, musiałeś uderzyć się mocno w głowę — zakpiła. Zmarszczyła delikatnie swój nosek i jęknęła: — Puść, to boli!

O dziwo, słowa sprawiły, że mijający ich ludzie oglądali się.

— Nie wiem, co…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowieści z Verdis: Hivemind — czytnik · opowiadania