fantastyka · 16 min czytania
Opowieści z Verdis: Kanały Nithrium
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
— Smok?! — krzyknął Pomocnik, a echo słów poniosło się w głąb kanałów. Konie zastrzygły uszami, drepcząc w miejscu i parskając nerwowo.
— Nie wygłupiaj się — warknął Gratner, ale wyciągnął pistolet z kabury. Zabobony. Żaden stwór nie porywa zagubionych. Co innego Opozycja. — Wykonaj skan przestrzeni, potem pokaż hologram mapy.
Po chwili zastanowienia wymienił broń na coś cichszego. Mini-działko ogłuszające, które położył na łęku siodła. Wymagało co prawda dwóch dłoni do oddania strzału, ale za to nie wydawało dźwięku. Bezpieczniejszy wybór.
Czekali.
Pomocnik pociągał przez zatkany nos, postukując momentami w ekran terminala naręcznego. Gratner zaś wypatrywał zagrożenia w ciemnościach. Źródło światła pomagało koniom się nie potykać o każdą wystającą rurę, ale jednocześnie oślepiało na większe odległości.
— Mam — chrząknął w końcu Pomocnik i rzucił między nich powiększony hologram mapy. — Jesteśmy tutaj. Skan…
— Nie trzęś!
— Przepraszam. Nie wykryłem nic poza szczurami. Jaka decyzja?
— Skan wygląda identycznie jak poprzedni — westchnął Gratner. — Ruszamy, co oni nam każą badać.
Część 22 / 6
Kątem oka dostrzegł ruch powietrza, glitch. Przywidzenie? Możliwe, byli w drodze od kilku godzin. Umówili się, że nie zrobią przerwy, dopóki nie wejdą do większej komnaty. A na trasie, którą przyszło im zbadać, takich komnat jeszcze nie napotkali. Zwykle były rozstawione co paręset metrów.
Wyprostował się na końskim grzbiecie, górując nad podejrzanym kawałkiem przestrzeni. Zacisnął ręce na uchwycie działka, aż słyszał trzeszczenie skórzanych rękawic.
— I-idziemy? — zająknął się Pomocnik. Podążał wzrokiem od Gratnera do miejsca, w które ten się wpatrywał i z powrotem. — Coś się stało?
— Nie. Znaczy nie wiem. Masz działko?
— Ta-ak?
— Wyciągaj. Widziałem coś. Strzelę, przejmiesz celowanie, jak moje będzie się przeładowywać.
— Nie musicie — rozszedł się kobiecy głos, z miejsca, w które celował Gratner. — Możecie odłożyć broń, jesteście otoczeni.
— Pokaż się — pisnął Gratner i natychmiast odchrząknął, patrząc ze zmarszczonymi brwiami na Pomocnika. — Pokaż się — powtórzył spokojnym, wyćwiczonym głosem.
— Uwaga, nie strzelaj, jak się pojawię. Jak mówiłam, jesteście otoczeni. Jasne?
Część 33 / 6
— Jasne — odparł Gratner, nogą wskazując Pomocnikowi sakwę, aby ten nadal próbował wyciągnąć działko.
Przestrzeń przed nimi zafalowała. Znikąd zmaterializowała się twarz młodej kobiety z zadartym nosem i piegami na policzkach. Do twarzy dołączyły wkrótce krótkie włosy, szyja i… nic poza tym. Stali naprzeciw lewitującej głowy. Na ścianie owalny cień zawisł między graffiti a rurami odpływowymi.
Gratner siedział sztywno, nie spuszczając głowy dziewczyny z celownika, nawet pomimo poruszającego się pod nim konia. Nie pokaże drugi raz słabości.
Skrzeknięcie wyrwało go ze skupienia. Wisząca przy siodle drugiego konia dłoń złapała przedramię Pomocnika. Skóra współtowarzysza zwiadu poczerwieniała pod naciskiem palców napastnika.
— Mówiłam, nie róbcie nic głupiego — zaśmiała się lewitująca głowa, wyglądając dzięki temu znacznie młodziej. Powietrze pod nią zawirowało i ukazała się reszta ciała w długim, ciemnym płaszczu z heksagonów.
— Skąd macie technologię maskującą? Kim jesteście? — zapytał Gratner, starając się nadać tonowi protekcjonalne brzmienie.
Odłożył broń na siodło i się rozluźnił. Nie wiedział, z iloma osobami ma do czynienia, a na Pomocnika nie mógł liczyć. Zresztą, byli zwiadowcami, nie płacili im za walkę z Opozycją, czy tam kimkolwiek ci ludzie byli. Musiał wysłać sygnał pomocy. Najnaturalniej jak potrafił, złapał się ręką za lewy biceps i przesunął dłoń w stronę terminala naręcznego.
— Zagłuszyliśmy sygnał. Nic stąd nie wyjdzie — oznajmił kolejny głos, męski, niedaleko, z prawej strony. Zapewne poza zasięgiem kopnięcia.
— Tylko chciałem się podrapać. — Gratner ostentacyjnie jeździł palcami po przedramieniu wokół terminala. Wyświetlacz się aktywował, ale faktycznie wskazywał brak zasięgu. — No, to jak to działa? Czego chcecie? Czemu nas śledzicie i jakim cudem nie było was na skanach?
Część 44 / 6
— To my tu będziemy zadawać pytania — zaśmiała się kobieta. — Naprawdę jesteś aroganckim sukinkotem. Wystaw ręce.
Kajdanki pojawiły się znikąd. Gratner niechętnie spełnił polecenie i natychmiast poczuł zimny metal dotykający skóry.
Pomocnik, któremu też założono więzienną biżuterię, zeskoczył z konia. Był spokojny. Nawet bardzo. Gratner widywał go wcześniej, jak podskakiwał na dźwięk pisku szczura. A teraz ten sam mężczyzna stał wyprostowany i przyglądał się kobiecie z nieprzeniknioną miną.
— Dobrze, ruszamy — zakomenderowała dowódczyni Opozycjonistów.
Powietrze dookoła Gratnera glitchowało od niewidzialnych peleryn. Technologia nie była najlepsza. Odbijała po prostu światło w odpowiedni sposób, przez co, aby poprawnie maskowała, trzeba było pozostawać w bezruchu. Tandeta. Tylko skąd mieli jej aż tyle? Niestety, to też najwidoczniej wystarczyło, aby ich podejść.
Warknął cicho, popchnięty przez niewidzialną siłę i zaczął podróż w głąb kanałów Nithrium.
***
Szli dobre pół godziny, bez źródła światła, dzięki czemu oczy Gratnera przywykły do półmroku. Było jaśniej, niż się spodziewał. Zawsze używał dodatkowego światła dla koni, ale okazało się, że wierzchowce świetnie sobie radzą, nie mając tego przywileju.
Jak stąd wyjdzie, skończy z latarkami.
Część 55 / 6
Na szczęście ekipa z Opozycji przestała się maskować. Sześcioro na dwoje nie było idealne, zwłaszcza z takim partnerem, ale nie było to też niemożliwe. Trzeba przetestować czujność, przygotować pole walki.
Potknął się i oparł o bok konia. Żaden ze strażników nie zwrócił na to uwagi. Dobrze. Amatorzy. Drugi raz udał, że traci równowagę i wsunął dłonie do juków. Miał tam małą kuleczkę z wiązką lasera. Powinna przeciąć kajdanki. Tylko gdzie ona…
— Zostaw to! — huknął jeden z Opozycjonistów, szarpiąc go za ramię i popychając na ścianę. — Z dala od koni, już!
Gratner zwrócił na siebie uwagę reszty. Zerkali na niego, obserwując każdy ruch.
Znowu trzeba odczekać, uśpić czujność i dopiero zaatakować.
Przez kolejne dziesięć minut przyglądał się przeciwnikom. Największy niósł działko. On pierwszy musi być wyeliminowany. Potem szybki strzał w tego po lewej i proporcja zmieni się na czterech do dwóch. Nie tak źle.
Stopniowo Opozycjoniści się rozluźnili. Nadal zerkali podejrzliwie, ale pojawiały się szepty i ziewnięcia.
— Na mój znak — szepnął Gratner pod nosem, zbliżywszy się do Pomocnika. — Osłaniaj tyły. Ja zdejmę ich po kolei. Potem na koń i spadamy.
Spojrzał na Pomocnika, ale ten ani drgnął, stawiając krok za krokiem i patrząc na stopy. Wyglądał, jakby pogrążył się w szoku lub zadumie. Niech go Mars wessie.
Część 66 / 6
— Słyszysz? Działamy, nie wiadomo, ile czasu zostało.
Pomocnik przekręcił głowę na bok i powoli skinął. Unikał kontaktu wzrokowego.
Gratner gwizdnął sygnał stop dla koni i włożył obie ręce do juków, gorączkowo macając przedmioty w środku. Gdzie to?
Opozycjonista bezpośrednio za nim wpadł na zad zwierzęcia i odbił się, upadając na splot rur, nad którym przechodzili. Dowódczyni i reszta szajki obrócili się w stronę zamieszania, ale jeszcze nie wydawali się rozumieć.
Tutaj! Metalowa kulka z małym otworem. Tuż obok konserwy. Przystawił narzędzie do kajdanek. Niewielki przycisk i wiązka lasera przebiła się przez torbę. Ale najpierw uwolniła mu ręce.
— Pomocniku! — krzyknął, rzucając kulkę.
Obrócił się gotów do walki. Nie usłyszał metalu upadającego na beton, dobry znak. Musiał ufać, że Pomocnik otrząśnie się z letargu.
Skoczył w stronę dryblasa, trzymając puszkę z konserwą wyrwaną z juków.
Metal spotkał twarz…