Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 7 min czytania

Opowieści z Verdis: Lombard

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Sabriel wyczuwał srebro w tym miejscu już od wejścia. Aby odwrócić od niego myśli, odkaszlnął, przy okazji zwracając na siebie uwagę łysego lombardzisty. Ten powoli podniósł wzrok znad swoich notatek, przewrócił oczami skrytymi za okularami, odłożył długopis i przez zaciśnięte zęby wycedził.

— Słucham.

Nie dał się zbić z tropu. W jego mniemaniu to lichwiarz powinien cieszyć się, że klient do niego przyszedł. Ale z jakiegoś powodu ci, co posiadali trochę pieniędzy, uważali się za lepszych. Czuł na sobie jego taksujące spojrzenie, oceniające, od góry do dołu jego szare, postrzępione ubrania i buty, które niejedno już przeszły i na których zakup ledwie mógł sobie pozwolić przed laty.

— Mam do zastawienia łańcuszek. Srebrny. — Starał się, by jego ton nie zdradzał zirytowania.

— Czy sprzedawał “pan” — słowo to w ustach staruszka zabrzmiało prawie jak obelga — już coś u nas?

— Nie. To pierwsza moja wizyta, przejeżdżałem niedaleko. Już dawno miałem się udać do lombardu, ale nie miałem ku temu dobrej okazji.

Była to tylko częściowa prawda. Tak, zasadniczo szukał gdzie upłynnić wisiorek, ale przyjechał tu raczej celowo. Wszystkie sklepy w jego pobliżu już go znały. Teraz musiał stawać się coraz bardziej kreatywny, aby nie zostać oznaczony jako złodziej.

— Skąd osobnik taki jak ty ma tak dobry łańcuszek? — lichwiarz zerknął na Sabriela podejrzliwie. Ten w duchu tylko przewrócił oczami. Za każdym razem to samo.

— Niedawno kupiłem go na prezent dla żony, ale niestety okazało się, że przez to zabrakło nam pieniędzy na jedzenie i muszę go zastawić.

Kredytodawca zastanowił się chwilę. Chyba uznał wyjaśnienie za prawdopodobne, bo zaczął dokładnie się przyglądać naszyjnikowi przez szkła powiększające.

— Mistrzowska robota. Na łączeniach nie widać absolutnie żadnej wskazówki, że łańcuszek nie był kiedykolwiek jednością. To gdzie go kupiłeś?

— W stolicy, gdy byłem na jednej z robót mijałem jakiegoś jubilera. Ale nawet nie pamiętam nazwy, a na ulicach stolicy znam się wcale, za rzadko tam jestem.

— Skąd mówisz, że miałeś pieniądze? — Jego wzrok rozmył się na chwilę gdy spojrzał na naręczny terminal. Coś na ekranie wyraźnie go zadowoliło. Podniósł palec wskazujący wyraźnie chcąc, żeby jednak nie odpowiadał, kliknął jakiś przycisk i z zimnym uśmiechem, nieobejmującym oczu, zwrócił się z powrotem do Sabriela. — Jak dotąd wiarygodna historia, dobrze się przygotowałeś.

Zastygł w bezruchu. To zwykle nie było częścią przesłuchania lichwiarzy. Teraz powinien go zapytać o to gdzie pracuje, że miał okazję podróżować do stolicy. Miał odpowiedzi na wszystkie podobne pytania wyryte na pamięć.

Dreszcze przebiegły mu po kręgosłupie a jego oddech przyspieszył. Czuł, jakby jego życiu zagrażało natychmiastowe niebezpieczeństwo. Być może tak nawet było? Dla kogoś jego postury to naprawdę rzadkie odczucie. Złodzieje, szubrawcy, pijacy zwykle omijali kogoś, kto pracuje fizycznie szerokim łukiem. A jednak ten drobny człowieczek, ze swoją pomarszczoną twarzą i trzęsącymi się dłońmi wywołał w nim całą gamę emocji, o które siebie nawet nie podejrzewał.

— Obserwujemy cię od pewnego czasu. Szczerze mówiąc naprawdę jestem pod wrażeniem twojego talentu. I związanego z nim kunsztu.

Na blat lady wyciągnął teraz grubą teczkę z dokumentami. Na jej wierzchu

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Opowieści z Verdis: Lombard — czytnik · opowiadania