Romans · 44 min czytania
Orient Exprees.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
I
Nigdy nie lubił tej pracy, matka zmusiła go do studiowania medycyny. Mówiła – Franc nie bądź taki jak ojciec, sam wiesz że dla niego liczą się tylko kobiety i whisky . Zimne, śliskie ściany laboratorium i rozproszone światło mdliło go za każdym razem. Metalowe przyrządy operacyjne – noże i zaciski, czuł się jak zwykły rzeźnik rozpruwając małe brzuszki niewinnych zwierząt. Większość kolegów na pierwszym roku mdlała przy sekcji żaby, którą wcześniej sami musieli wyhodować w domowych terrariach. Każdy poranek przed wyjściem do szpitala zaczynał się dla niego ogromnym stresem i falą wymiotów. Siedział na łóżku i patrzył na rozdygotane dłonie myśląc jak ma wyciąć komuś wyrostek kiedy nie umie utrzymać brzytwy przy goleniu. Na szczęście mocna kawa i mały drink uspokajały go na tyle że mógł wyjść z domu.
Pierwszy dzień w szkole rozpoczął całą lawinę obleśnego, lekarskiego życia. - Dzień dobry – nieśmiało powiedział przez małe okienko chwytając mokrą dłonią za klamkę. - Proszę wejść, jak domniemam pan Franc Muller – zapytała kobieta za biurkiem. - Tak byłem umówiony na rozmowę z profesorem Lafargiem. - Czeka już na pana w swoim gabinecie – odrzekła. Pierwszy raz był w katedrze medycyny, zaciekawiony planszami z dziwnymi rysunkami zawieszonymi na ścianach przemierzał ciemny korytarz. Na ostatnich drzwiach znalazł wizytówkę z nazwiskiem, które szukał. Wiedział że ojciec wcześniej zarekomendował go u profesora, mimo tego jego stres nie był nawet troszkę mniejszy. Zapukał do drzwi. - Wejdź! – usłyszał stanowczy, dojrzały głos. Od tej chwili ten głos towarzyszył mu każdego dnia. Pamiętając słowa matki na nauce spędzał każda wolna chwilę, stając się jednym z najlepszych studentów i asystentem profesora. Lafarg był mu drugim opiekunem zastępując wciąż pijanego ojca. Uniwersytet w Paryżu był dla niego drugim domem, za pieniądze ze stypendiów wiódł całkiem przyzwoite życie studenckie. Po sześciu latach i wyśmienicie obronionej pracy magisterskiej otrzymał propozycje pracy na uniwersytecie. Rok 1883 to był rok dużych zmian na świecie, wytwornych bali arystokracji i mody na podróże dopiero co powstałą koleją szynową. Tego roku Franc rozpoczął pierwsza pracę, z której był bardo dumny, jego marzenia o dalekiej podróży stawały się coraz bardziej realne. Razem z profesorem i grupą studentów prowadzili badania nad szczepionkami na różne rodzaje chorób lecz najbardziej skupili się na zarazie, która w tym czasie dziesiątkowała ludność na południu Europy. Najprościej było zarażać zwierzęta i testować nas nich skuteczność szczepionki. Po kilku miesiącach wciąż nie mieli serum, które miało pomóc chorym, profesor uważał że byli o krok od sukcesu. - Franc nie możemy dłużej czekać, w czwartek wyjeżdżamy. - Jak to profesorze – odparł całkowicie zaskoczony Franc. - Ludzie nas potrzebują, prace dokończymy w pociągu – powiedział Lafarg i udał się do szatni. Młody naukowiec musiał dokończyć prace więc wrócił do laboratorium. Od jakiegoś czasu szczury, na których testowali serum zachowywały się agresywnie. Biegały po klatkach jak oszalałe a ich piszczące głosy nie dawały spokoju. Na dodatek jeden ze studentów zauważył że oczy gryzoni pokryły się mętna błoną. Profesor uważał że to niepożądane działanie antybiotyku. Kiedy wszedł do pomieszczenia grupka studentów otaczała jedną z klatek, dało się słyszeć dziwny odgłos jakby klatka zaraz miała spaść na ziemię. Trochę rozmarzony wizja podróży Franc nie specjalnie zwracał uwagę na dziejące się sprawy. - Profesorze, profesorze – krzyknął mu do ucha młody człowiek. - Niech pan spojrzy – wskazał palcem na klatkę. - Odsuńcie się wszyscy – machnął dłonią w kierunku podenerwowanej młodzieży. Jego oczom ukazał się zakrwawiony pysk czarno – białego szczura. Przyjrzał się bliżej i zauważył że drugie zwierzę z tej samej klatki leży nieruchomo z wygryzionym okiem, Żyjący gryzoń miotał się nerwowo skacząc na mało solidne kratki. Nie wiedział co ma zrobić więc zaczął improwizować. - To klasyczny stan zwierzęcia po zaaplikowaniu antybiotyku – tłumaczył nerwowo studentom. - Zwierzę w tym przypadku szczur nie panuje nad sobą , profesor Lafarg celowo wywołał ten stan aby sprawdzić działanie nowej szczepionki – syczał dalej Franc. - Za chwile podam dawkę mieszaniny witamin i antybiotyku – mówiąc dalej podszedł do szafki. Uczniowie nawet na chwile nie spuszczali wzroku z coraz bardziej ośmielonego gryzonia. Żaden z nich nie odważyłby się otworzyć klatki. To samo czuł Muller, jednak nie chcąc utracić swego z trudem zdobytego autorytetu uzbrojony w metalową strzykawkę otworzył drzwiczki. Szczur zmieszany nowa sytuacją cofnął się chwilę by zaraz rzucić się na drżącą rękę Franca. Mężczyzna odruchowo odskoczył do tyłu lecz gryzoń zawisł zębami na dłoni młodego mężczyzny. Miotające się i piszczące zwierze spadało w końcu na ziemię a Franc w obronnym geście rozdeptał szczura Uczniowie stali w oniemieniu, żaden nie wydał z siebie głosu, tylko jeden pobiegł po Lafarga. - Profesorze pomocy szczur zaatakował. - Spokojnie, wszystko mi opowiedz – odpowiadał starszy mężczyzna. - Szybko, szybko chodźmy tam – roztrzepanym głosem krzyczał student. Zainteresowany Lafarg ruszył szybkim krokiem w stronę drzwi. Muller leżał wtedy na podłodze. - Franc, co jest? – pytał badając oddech i źrenice. Kiedy otworzył powiekę zauważył że gałka oczna pokryta jest mętną błoną jak wcześniej u szczura. Złapał szybko nadgarstek leżącego, drżącym kciukiem starał ,się wyczuć puls, nie mógł go odnaleźć w geście rozpaczy i ostatniej nadziei uderzył kilka razy w klatkę piersiową jednak ta pozostała nieruchoma. Wstał, spojrzał na przerażonych słuchaczy i kazała im wyjść. Sam zdjął płaszcz i przykrył nieboszczyka. - Co ja narobiłem – pomyślał i skierował się korytarz by zawiadomić karabinierów. Po kilku minutach wracając usłyszał damskie krzyki pomyślał, że to którąś ze sprzątaczek znalazła ciało. Przyspieszył kroku, otworzył drzwi i zobaczył Franca walczącego z młodą studentką. Mężczyzna trzymał dziewczynę za gardło i starał się wgryźć w jej krtań. Warczał przy tym i rzucał się jak dzikie zwierzę. Para walczyła ze sobą już jakąś chwilę. - Franc co ty robisz! – krzyczał profesor. Nie zważając na słowa Lafarga bestia przewróciła kobietę na podłogę. Nagle pojedynczy wystrzał z rewolweru przerwał wrzaski panujące w laboratorium. Krew zalała twarz studentki a ciało napastnika bezwiednie opadało na podłogę. W ostatnim momencie profesor przypomniał sobie o rewolwerze w szafce, nigdy nie przypuszczał że będzie zmuszony go użyć ratując życie człowiekowi. Teraz nie był pewny czy uratował życie kobiet czy po prostu zastrzelił swego ukochanego ucznia.
II
- Papo zabierz mnie ze sobą – ze łzami w oczach prosiła Katarina. - Moja córko, jutro zaczynasz nowy rok akademicki - w żadnym wypadku nie możesz ze mną jechać. - Ale ja – nie pozwolił jej dokończyć. - W lokomotywie nie ma miejsca dla kobiety – odwracając się odpowiedział Pierre. Młoda dziewczyna obserwowała ojca od kilku dni , widziała że z dnia na dzień denerwuje się coraz bardziej. Wiedziała że ta podróż może zaważyć na jego wymarzonej karierze maszynisty. - Wiesz dobrze że to dla nas wielka szansa na poprawę bytu – mówił myjąc twarz – nie mogę sobie pozwolić na wpadkę, za te pieniądze będziesz mogła skończyć studia – mówił dalej Pierre, nie odwracając wzroku od miednicy z wodą. - Nie chce leczyć zębów bogatym starym panom! – w gniewie odwróciła się od ojca. - Nic mnie to nie obchodzi, do łóżka spać! – krzyknął i sam zaczął ubierać pidżamę.
Nalewając gorącej wody do balii obserwowała Pierre'a, on jak co dzień uklęknął do wieczornej modlitwy szeptają słowa skierowane do Boga. - Chyba nie myśli że go wysłucha – pomyślała ironicznie. Zaciągnęła za sobą cienką kotarę w ich małym mieszkaniu nie było miejsca na łazienkę. Ciepłe łóżko już czekało na młodą dziewczynę by śliczne ciało utulić miękkim puchem. Usiadła na skraju materaca i po omacku starała się wymacać zapałki, które zazwyczaj kładła na szafce. Czekała aż ojciec zacznie chrapać wtedy była pewna że może zapalić świecę. Po chwili małe światełko zaczęło otaczać dziewczyną i coraz bardziej rozprzestrzeniało się dokoła. Dopiero teraz można było dostrzec piękno kobiety zapisującej strony swojego pamiętnika, robiła to zawsze w nocy kiedy czuła się bezpieczna, była to jej mała tajemnica. Wyprostowana smukła postać rzucała cień na łóżko, światło świecy błądziło po jej ciele bawiąc się wśród czarnych loków. Biała koszula nocna przyklejała się do schnącego jeszcze ciała by można było zauważyć każdą krągłość Katariny. - Kochany pamiętniku, papa nie chce się zgodzić na mój wyjazd, dziś trzeci października miałam ostatnią szanse by go przekonać ale się nie udało, jest mi bardzo przykro. - Nie zostanę sama w Paryżu – pisała w swym kajeciku dziewczyna.
Ranek przyszedł bardzo szybko, obudzona krzątaniem ojca przypatrywała się uważnie, udając że jeszcze śpi. Pierre był dla córki ideałem mężczyzny, marzyła o takim mężu. Opiekuńczy, troskliwy zazwyczaj łagodny choć bardzo stanowczy i za razem bardzo przystojny. Poranne słońce wkradało się przez okno pomagając Pierre'owi przy porannej toalecie. Każdego ranka golił się i przycinał swoje długie wąsy, z których był bardzo dumny, czasami Katarina zastanawiała się z co bardziej lubi ją czy swój chlubny zarost. Spojrzała na swoją dłoń wystającą z pod kołdry, mała śniady kolor jak skóra ojca. Była bardzo z tego dumna, nie raz wykorzystywała swój piękny wygląd wśród młodych kawalerów. Pierre właśnie zakładał swoje odświętne ubranie. - Wstawaj Kati, śniadanie jest na stole – mówił poprawiając granatowy beret. - Mam spotkanie z panem Negelmackersem , dowiem się czy na pewno mam te pracę, zdążę wrócić przed obiadem – mówił zamykając za sobą drzwi wejściowe.
Część 22 / 3
Katarina nie poszła do szkoły, cały dzień nerwowo czekała na powrót ojca. - Papo, papo co ty robisz? – pytała zdziwiona dziewczyna. - Muszę znaleźć walizkę, szybko pomóż mi – prosił Pierre córkę. - Jeszcze przed siedemnastą muszę być na dworcu, wyruszamy dziś wieczorem – mówiąc to ojciec zatrzymał się na chwilę i podszedł do zasmuconej Katariny. - Za parę dni wrócę, nie wyjeżdżam na całe życie, to tylko moja praca – przytulił córkę i zaczął wypełniać sporą walizkę. - Dobrze ja wychodzę jestem umówiona – ubierając się mówiła z wyraźnym smutkiem. - Będę na ciebie czekać – podeszła do ojca by go uściskać i wyszła z domu.
Odjazd pociągu był zaplanowany na dwudziesta, więc miała kilka godzin. - Chyba się nie domyślił że cos kombinuje? – myślała oglądają się w szybach wystawowych wyraźnie zadowolona. - Może kupię chociaż gazetę by umilić sobie czas – spoglądała na witrynę przydrożnego kiosku. - Proszę tę z wielkimi literami na pierwszej stronie – nie wiedziała nawet jak się nazywa bo nigdy nie czytała tutejszej prasy. Tajemnicza śmierć młodego lekarza, mówił nagłówek napisany tłustym drukiem na pierwszej stronie. - Papa mówił że to taki bezpieczny zawód – pomyślała i przyspieszyła kroku by zdążyć zrealizować swój plan.
III
Wielokrotnie odprowadzała ojca na dworzec, jednak tym razem sytuacja, którą napotkała bardzo ją zdziwiła. Przed budynkiem większy tłum niż za zwyczaj, bryczka za bryczką, pełne bagaży wozy wjeżdżały na perony. Nie zdążyła nawet przyjrzeć się jak to zwykle robiła pięknu tego miejsca, wielki gmach od niedawna oświetlony lampami elektrycznymi wywierał na Katarinie wielkie wrażenie. - Z drogi!- krzyczał woźnica kolejnej bryczki do zamyślonej dziewczyny. Odskoczyła na chodnik wciąż przyglądając się zmasowanemu poruszeniu, nie zwracając uwagi na chłodny wieczór, choć jej rozpięty płaszcz powiewał na zimnym wietrze. Dla nie doświadczonego znajomością dworca wydarzenia mogły by zdawać się paraliżujące. Katarina szła wielkim hallem, jakby w innym czasie, nie spieszyła się, jej wzrok przykuwało każde nawet drobne poruszenie. Wystawne, piękne suknie, w których prezentowały się panie zapierały dech w młodych piersiach. Po chwali spojrzała na swoja sukienkę i wzruszyła brwiami. Czuła że nie pasuje do tego miejsca. Ocknęła się i przyspieszyła by na czas znaleźć pociąg swego papy. Wiedziała że musi się udać na peron dziesiąty jednak nigdy wcześniej na nim nie była, teraz już wie dlaczego. Bezczelna czerwona tablica krzyczała na całą okolicę - tylko dla arystokracji, tym, którzy nie umieli czytać dwóch rosłych kolejarzy przypominało u wejścia że tu nie jest ich miejsce. Przez chwile nie wiedziała co ma zrobić, przystanęła a tłum trącał ją to z jednej, to z drugiej strony. Cofnęła się kilka metrów, z daleka było już widać napis – peron 9. - Tam może mi się udać – pomyślała i wbiegła po schodach na wyższy poziom. Faktycznie to co ukazało się jej oczom wprawiło ja w osłupienie. - Papa miał racje czegoś takiego jeszcze nie widziałam – pomyślała. Peron dziewiąty był całkiem pusty, wszyscy poszli przyjrzeć się nowemu przedsięwzięciu francuskiej kolei. Pociąg na dwudziestym drugim torze wyglądał bardzo spokojnie, można było przyjrzeć się bardzo dokładnie. Drewniane wagony przypominały domy na kółkach. Duże okna przyozdobione w koronkowe zasłonki. Ogromna lokomotywa z rozgrzanym już kotłem, wielkie kłęby pary otaczały skład. Katarina nigdy jeszcze nie widziała tylu wagonów, a ogromna węglarka świadczyła że pociąg wybiera się w długą podróż. Usiadła oniemiała na ławce by po chwili rozczytać napis, który pojawiała się pod oknami każdego wagonu – Orient Expres. - Więc o tym mówił papa – pomyślała. Nie traciła więcej czasu, przeskoczyła jeden tor by po chwili wisieć już na drabinie wagonu węglowego. Wspięła się na samą górę. To był jej plan, chciała jak najdłużej ukrywać się w wagonie z węglem, blisko ojca. - Ależ ten węgiel brudny – pomyślała przechodząc na drugą stronę wagonu. Sytuacja, którą zobaczyła była zupełnie odmienna od tej, która widziała wcześniej. Służba ładowała wielkie kufry i walizki. Granatowe mundury konduktorów plątały się pomiędzy wystawnymi cylindrami i frakami wielmożnych panów. Czuła się jak królowa w mrowisku kiedy obserwowała ludzi z góry. Każdy miał wyznaczone zadanie i je wykonywał co dziwiło Katarinę bo jak cokolwiek robić w takim tłumie – myślała. Niektórzy pasażerowie byli już w wagonach inni nie mogli znaleźć jeszcze swojego miejsca. Bogate damy w wielkich przystrojonych piórami kapeluszach żegnały ze łzami w oczach swoje rodziny i niemniej poruszeni mężowie poprawiali tylko monokl spoglądając na przywieszony do fraka zegar. Dżentelmenowi nie wypadało płakać i być zbytnio poruszonym. Nie było w dobrym tonie by mężczyzna okazywała za dużo emocji.
- Chodźcie panowie chciałbym wam przedstawić człowieka wprowadzającego w ruch te ogromną maszynę – z zachwytem mówił Negelmackers. - Och będziemy zaszczyceni, prawda panie About – odpowiedział ambasador. - Owszem lubię wiedzieć komu powierzam swoje życie – odparł dziennikarz - Pierre prosimy cię zejdź do nas, chciałbym przedstawić sobie najważniejszych ludzi w moim pociągu – ciągnął dalej Negelmackers. Wyraźnie zadowoleni mężczyźni , z najbardziej dumnym jego twórcą sali skapani w kłębach pary i rozmawiali o podróży. Georges Nergelmackers pomysłodawca kolei transkontynentalnej palił drewnianą fajkę i gestykulują dłońmi przedstawiał sobie mężczyzn. - Ambasador Francji w Turcji Jean-Claude Poussin. - A to nasz wyśmienity maszynista Pierre Noiret, jemu powierzyłbym kierowanie każdą lokomotywą – zaśmiał się łagodnie Georges. - Ja jestem Edmund About i postaram się żeby o tym bezprecedensowym wydarzeniu dowiedział się cały świat – powiedział z powagą młody mężczyzna. - Edmund jest przedstawicielem Timesa, mam nadzieję że ludzie w Anglii będą mogli pozazdrościć Francji jej nowej kolei – zaśmiał się Georges. - Zobaczymy, zobaczymy – odparł. Ambasador stukał laseczką o próg peronu i poprawiał wąsy. - To bardzo dobrze że to właśnie pan poprowadzi jeśli mogę tak się wyrazić nasz pociąg, słyszałem o panu same superlatywy – zaśmiał się wesoło. - Bardzo się cieszę że pan Negelmackers zaufał właśnie mi – odpowiedział maszynista. Panowie uśmiechnęli się razem, a Georges klepnął oboje mężczyzn i ruszyli w swoją stronę. - Chodźmy nie ma czasu – rzekł na koniec.
Katarina uważnie obserwowała rozmowę ojca z obcymi ludźmi, mimo że nie słyszała o czym rozmawiali była z niego dumna. Na peronie było bardzo głośno od wrzasków przekrzykujących się ludzi i rżących koni zaprzęgniętych w ciężkie wozy. Dziewczyna cofnęła się nieco i usiadała na górze węgla. - Ciekawe co teraz będzie – myślała. Wyjęła z kieszeni swój pamiętnik i zmarzniętymi dłońmi zaczęła opisywać to co spotkało ją dotychczas. Krzątanina na peronie trwała jeszcze jakiś czas by punktualnie o dziewiętnastej usłyszeć gwizd lokomotywy i krzyczącego kierownika pociągu. - Odjazd, wsiadać, drzwi zamykać!. Drzwi wagonów zatrzaskiwały się a ogromna, czarna maszyna po raz pierwszy szarpnęła długim składem.
Część 33 / 3
IV
Tryumfalny odjazd Orient Expresu żegnała cała arystokratyczna część Paryża. Dęta orkiestra zamówiona przez Negelmackersa umilała pasażerom pożegnania, a młodzi chłopcy rzucali kolorowe serpentyny. Węglarze dorzucali coraz więcej węgla by ciężkie żelazne koła nabierały prędkości. Resztki pary znikały na ostatnich metrach peronu gdy wagony wyjeżdżały z zadaszonej części dworca paryskiego. - Spójrz droga Cristino nawet w naszym piecyku zdążyli już rozpalić ogień, jestem bardzo zadowolony z warunków są całkiem przyzwoite – ambasador przyglądał się poszczególnym elementom wyposażenia. Stojąc obok kominka oglądał bogato zdobiony zegar zawieszony ponad fotografiami, które służba w sama porę zdążyła już ułożyć. - Nawet zegar został ustawiony według czasu zachodnio – europejskiego – ciągnął dalej ambasador. - Tak, tak kochanie – odparła kobieta nie odwracając uwagi od szukania czegoś w zielonej walizce. - Czy widziałaś nasze dzieci, nie widziałem ich od wyjazdu z domu – pytał mężczyzna, choć w jego głosie nie można było wyczuć choć krzty prawdziwej troski. - Pewnie są w swoim przedziale, wiesz ze Claude zaopiekuje się siostrą - jest znalazłam! – ucieszyła się Cristina znajdując mały wachlarzyk.
- Wspaniale gwieździsta noc, nie uważasz Bernadet, w domu nigdy byś takich nie widziała – mówił do siostry nie odwracając oczu od okna. - Co mnie to obchodzi, ja straciłam przyjaciółki, narzeczonego a ty zachwycasz się jakąś ciemna plamą w oknie! – krzyczała nerwowo Bernadet. Pociąg wyjechała już jakiś czas temu z centrum Paryża. Oczom pasażerów ukazały się przedmieścia, a w oddali rysowała się czarna linia lasu, gdzie nie gdzie przerywana światełkami w małych oknach zaznaczających obecność gospodarstw rolnych.
Większa część pasażerów ze wzmożoną ciekawością wyszła na wieczorek zapoznawczy organizowany w wagonie restauracyjnym. - Jean-Claude ja jestem strasznie zmęczona, jeżeli chcesz to idź sam, zresztą nie wypada abyś się nie pojawił, ja położę się do łóżka – mówiła Catarina wyraźnie zaspanym głosem. - Nie kochane, bez swojej pięknej żony nie ruszam się na krok, więc pójdziemy spać razem – odparł ambasador. -O dzieci nie musimy się martwić, Claude zapewne utuli siostrzyczkę do snu, dobranoc – rzekła kobieta przykrywając się pachnąca jeszcze świeżością kołdrą. Jednostajny, nudny stukot kół działał jak kołysanka, by znużone oczy dostojnych gości utulić do snu.
- Wiesz co Claude, ja bym poszła poznać nowych ludzi w pociągu, co ty na to? – szeptała leżąc na łóżku Bernadet. - Dobrze wiesz że rodzice się na to nie zgodzą, po za tym już śpią, ty też już śpij – nie odwracając się od ściany odparł Claude. Od tej chwili w przedziale zapanowała cisza przerywana równomiernym rytmem nadawanym przez koła wagonu. Claude jak zwykle nie mógł zmrużyć oka, leżał i rozmyślał o wielu rzeczach, żałował że jego łóżko nie stoi obok okna, mógłby wtedy obserwować gwiazdy na bezchmurnym niebie. Obrócił się na drugi bok i przyglądał się śpiącej siostrze, leżącej w przeciwnej stronie wagonu. - To piękna dziewczyna, szkoda że niezbyt mądra – myślał. Na chwile jego wzrok utkwiła na rudych włosach siostry by zaraz po tym spostrzec dziwaczne ruchy dziewczyny. - Pewnie śni się jej cos złego – myślał Clod, ruchy dziewczyny stawały się coraz bardziej nerwowe. Obróciła się w jego stronę, oczy miała zamknięte ale cały czas się ruszała, przełykała ślinę i dziwny grymas pojawił się na jej twarzy. Kołdra uchyliła się na chwile by ukazać ciemną czeluść oświetlaną jedynie promieniami księżyca. Bernadet jakby przyspieszała swoje zachowanie, Clod przeraził się trochę i oparł na łokciu by dokładnie się przyjrzeć. Dziewczyna miała uniesione jedno kolano, podsunięta koszula nocna sfałdowała się koło pępka. Starał się dostrzec co się dzieje jednak było zbyt ciemno, nerwowe gesty siostry wzmagały jego ciekawość, teraz można było usłyszeć szybszy oddech Bernadet i ciche jęki wyrywają się z jej ust. Nagle otworzyła oczy a jej ciało ogarnął skurcz, zawstydzona dziewczyna nic nie mogła poradzić, przeżywała akt rozkoszy nie przejmując się bratem. Potem naciągnęła na siebie kołdrę i jakby nigdy nic odwróciła się do ściany. - A to ci dobre – pomyślał Claude , nawet moja mała siostra wie już jak to się robi, pewnie bezczelny Olaf wkładał jej łapy do majtek. Długa praca podskakujących kół przyniosła w końcu efekt bo klejące się oczy Claude'a zamknęły się na resztę nocy.
Pierwsze śniadanie zaplanowano na godzinę dziewiątą. Jako pierwsza zjawiła się rodzina ambasadora. Po krótkiej chwili nadszedł pan Negelmaker w towarzystwie dwóch dżentelmenów. - Tego pana już znacie, prawda? – spytał George. - Tak przedstawiałeś nas na peronie, jednak tej pięknej i miłej damy nie było mi dane poznać, jestem Edmund Abut. Młody Clod zachwycił się że w końcu pozna prawdziwego dziennikarza i to z samego Timesa. - A to jest nasz specjalny gość, jedzie z nami by pomóc chorym na zarazę w południowej Europie, zresztą jak sądzę sam opowie nam o tym, drodzy państwo oto profesor Lafarg, dziekan katedry medicus na Sorbonnie – zachwalał profesora George. - Miło mi państwa poznać, to dla mnie zaszczyt spożywać śniadanie w takim dostojnym towarzystwie – siadając do stołu mówił starszy już mężczyzna. Służba wniosła właśnie opiekany