Inne · 7 min czytania
Osa i Ćma
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Biurko stało tuż przy parapecie okna. Był rześki, sierpniowy poranek. Przez otwarte, prowadzące na balkon drzwi do pokoju wlewało się letnie powietrze. Na pobliskiej drodze nie słychać było przejeżdżających samochodów - było na nie o wiele, wiele za wcześnie.
Wyglądałem właśnie przez okno, podziwiając ten sam widok, co niemalże każdego poranka. Tylko drzewa codziennie robiły się niezauważalnie wyższe i tylko krzaki coraz bardziej zasłaniały tory kolejowe.
Opuściłem nieco wzrok i zauważyłem, że na parapecie leży ćma. Nie ruszała się. Duże, złożone nad odwłokiem skrzydła odbijały słoneczne światło. Głowę i korpus owada porastały gęste, jasnobrązowe włosy. Z przodu widać też było jakieś krótkie czułki i spore, czarne oczy. Była martwa. Leżała na boku, tak spokojnie jak zasuszony, jesienny liść. Musiała wlecieć do pokoju wczoraj wieczorem. Przemknęło mi przez myśl, że mogłem nieopatrznie uwięzić ją, kiedy zamykałem okno. W takich przypadkach często staram się złapać ją w jakąś szklankę i po prostu wynieść za drzwi, ale ta jedna musiała jakoś umknąć mojej uwadze...
Martwa ćma. Śmierć zawsze wydawała mi się właśnie taka, jak ten owad - spokojna. Zupełne przeciwieństwo dynamicznego, chaotycznego życia. Całkowity bezruch. Obrzydliwy ład. Coś, co wczoraj było jakimś niesamowitym, niewytłumaczalnym cudem, dzisiaj wydawało się tylko kawałkiem martwej materii.
Widzieliście kiedyś ćmę? Nie chodzi mi o ten zasuszony kawałek brązowego futra z przyczepionymi skrzydłami. Chodzi mi o prawdziwą, żywą ćmę. Prawdę mówiąc, nie przepadam za owadami. Zwykle przejmują mnie wstrętem. Jeśli jednak chodzi o ćmy... Jest w nich jedna wyjątkowa cecha - to charakterystyczne zmierzanie do światła. Wystarczy w lecie otworzyć okno do oświetlonego pokoju, a po chwili pojawi się w nim owad. Ogromny, ciężki, włochaty. Wydający głuchy łoskot, za każdym razem, kiedy uderzy w coś tym ciężkim cielskiem. Krąży wokół żarówki, jakby to było jakieś jego bóstwo. Oddaje jej cześć. Tak właśnie wygląda żywa ćma. Widziałem ich dziesiątki, jeśli nie setki.
Część 22 / 2
Dla owada na moim parapecie pogoń za światłem okazała się zdradziecka. Odwróciłem się od niego, żeby znaleźć jakąś kartkę, którą mógłbym go podnieść i przez balkon wyprawić w ostatnią podróż, na trawnik mojego podwórka.
Wtedy do pokoju wleciała osa. W tym czasie często u mnie bywały. Pewnie nieopodal miały swoją siedzibę. Osa była czarno-żółta i miała dziwaczną, trójkątną głowę, która zdawała się należeć kiedyś do kosmity. Niewielkie skrzydła niedostrzegalnie szybko tańczyły wokół korpusu. Zakręciła się dwa razy, jakby w poszukiwaniu czegoś i wylądowała na parapecie.
Na swoich cienkich, czarnych odnóżach podeszła do spoczywającej nieopodal ćmy. Szturchnęła ją raz i drugi, chcąc się upewnić, czy tamta nie udaje. Przez cały czas stałem przy parapecie, opierając się o gładki blat mojego biurka, nie przeczuwając, co się za chwilę stanie. Po kilku sekundach podchodów osa rozpoczęła dzieło destrukcji. Na początku wyglądało to niewinnie. Podsunęła się do odwłoka martwej i delikatnie zatopiła paszczę w ciele ćmy. Padlina ani drgnęła. Nie było żadnego krzyku, żadnego trzepotania skrzydłami i zrywania się do ucieczki. Życie by się przecież broniło. Tylko martwi pozwalają się bezkarnie gryźć...
Czarno-żółty agresor szedł do tyłu, cały czas wgryzając się w ciało ofiary. Było to zadanie tak trudne, że osa musiała pomagać sobie machaniem skrzydłami. Chciała…