Filozofia · 6 min czytania
Osobisty koniec świata
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Minęła kiosk z gazetami. Stał na rogu. Taki zwykły, szary i zawalony toną czasopism, brukowców, magazynów oraz szmatławych wypocin pijanych redaktorów. Jak codziennie nie spojrzała w jego kierunku, szybkim krokiem sunąc wśród przechodniów. Chodnikiem wiodącym wprost do parku miejskiego. Ulicą, na której królowały puby i restauracje, małe sklepiki z kiczowatymi pamiątkami, oferujące zdumiewająco szeroki asortyment. Było nawet muzeum tortur, przed którym stał jakiś człowiek w kapturze z wielką tablicą. Były sklepy z używaną odzieżą, z odzieżą indyjską, z odzieżą elegancką, ślubną i subkulturową. Były stoliki z przeróżnymi kamyczkami, rzemykami, wisiorkami, pierścionkami i innymi podrobami srebra, złota, tudzież jakiegokolwiek innego materiału, który był, według słów sprzedawcy, 100% prawdziwy i jedyny w swoim rodzaju. Na tej ulicy tak zawsze było. Sępy czekały na naiwnych klientów, którym można by wcisnąć każdy kicz. Szła szybko, nie zwracając na nich uwagi. Zadumanym wzrokiem wodziła po pozostałościach z muru obronnego miasta, który majaczył na końcu uliczki. Połowa bramy z jednym tylko skrzydłem kiedyś na pewno imponująco masywnych i pięknie zdobionych wrót zdawała się być mirażem. Chociaż powietrze było mroźne i atakowało zaciekle malutkimi igiełkami zimna jej odsłonięte policzki i kark, obraz przed jej oczyma wirował lekko i zamazywał się uparcie. Zatrzymała się i odetchnęła głęboko chłodnym powietrzem. Coraz słabiej się czuła ostatnimi czasy. Zamknęła oczy na kilka sekund, a gdy je otworzyła świat już nie tańczył. Lekarz prosił, żeby się nie przemęczała. Ojciec powtarzał to samo. Spojrzała w stronę bramy. Tuż za jej plecami rozległ się cichy, dość smutny głos szepczący coś o końcu świata. Zmarszczyła brwi i odwróciła się. Napotkała spojrzenie olbrzymich, brązowych oczu osadzonych zdecydowanie zbyt blisko siebie na pomarszczonej twarzy niskiego mężczyzny. Przyglądał się jej z lekkim uśmiechem, po czym skinął głową i powtórzył swoje słowa. I tym razem nie do końca je zrozumiała. Odwrócił się i odszedł. Zrobiła to samo.
Dojście do parku zajęło jej o wiele więcej czasu niż zazwyczaj. Ale w końcu tam była. Mogła usiąść na ławce niedaleko jednego z ulubionych dębów i obserwować ze spokojem, oderwana od świata, pozostająca na jego obrzeżach, ludzi, ich przelotne rozterki i pospieszne zerkanie na zegarki. Lubiła to robić. Lubiła patrzeć, jak żyją. Troszeczkę im zazdrościła. Tej beztroski. A z drugiej strony zastanawiała się ile wśród nich jest podobnych jej. Ilu z nich wie ile dokładnie pozostało im dni życia. Nie mierzyła już w miesiącach. Dawno przestała w latach. Pozostały jej dni. Kilkanaście, kilka. Za mało. Już niedługo miał nastąpić jej osobisty koniec świata. Taki całkiem…