Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 6 min czytania

Ostatni

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ze snu wyrwał mnie pisk budzika niemiłosiernie wwiercający się w moja czaszkę. Pospiesznie, nie otwierając oczu próbuję namacać skurczybyka i jak mi bóg miły albo zaprzestanie jazgotu albo zakończy swój nędzny żywot. Cisza, nareszcie cisza, tylko stara cicho pochrapuje. I już złość się we mnie zbiera. Kurwa!!!- Myślę sobie- to ja z bladym świtem musze się zrywać do roboty a ta sobie beztrosko charczy, chrząka, popierduje. Ale nic nie mówię, (jeszcze się obudzi i dopiero będzie) tylko ostrożnie siadam na łóżku, przeciągam się i po omacku szukam kapci. I wlokę się do łazienki jak skazaniec na egzekucję. Kości trzeszczą pod ciężarem wieku, głowa ciąży od trosk nadmiaru. Sunę tak po dywanie niczym samolot po pasie startowym. Samolot, co nigdy nie wystartuje, bo już goni resztką paliwa, zużywając tę odrobinę na wieczne kołowanie. Już zbliżam się do swego sanktuarium, gdzie czekają na mnie moi wyznawcy. Zgładzone nadzieje, nienarodzone pomysły, niewypowiedziane lęki. Otwieram drzwi przybytku i rozglądam się czujnie. Nic się nie zmieniło. Glazura jak zwykle popękana i przybrudzona, armatura pokryta rosą zimnej wody i grubym nalotem z kamienia. Szczoteczki na półeczce pod lustrem szczerzą do mnie powyginane włókna. Tu jest mój azyl. Tu jestem z dala od świata. Co ja mówię świat nie istnieje, żonka nie istnieje, nic nie istnieje. Całą tę przestrzeń wypełnia moje jestestwo. Bo przecież tutaj niezgrabnymi ruchami próbując pozbyć się sierści z twarzy snuję swe opowieści. Opowieści o zdarzeniach, których nie było, o słowach, które nie zostały wypowiedziane, o wszystkich rzeczach, które chciałbym zrobić a nie miałem nawet odwagi spróbować. Snuję tę nic abstrakcji cichutko i powoli. Obserwując jak wraz z powstawaniem pajęczyny, niespiesznie rozrasta się rzesza mych wyznawców. A oni są. Jest ich coraz więcej. Po codziennym porannym rytuale pojawiają się nowi. Są już cale legiony, armie, dywizje, brygady, kompanie, oceany! I szepczą, szepczą do mnie dnia każdego, a szept ten coraz silniejszy, ostrzejszy w formie. A ja już sił nie mam się przed nim wzbraniać. Oni szepczą grozę i okropieństwo, gniew i pożogę. Boje się tego. Gdy mi tętno przyspiesza, oddech się płytki staje, oczy czerwoną mgłą zachodzą. „A gdyby tak wziąć z szafki brzytwę i pójść do sypialni, gdzie ona....”- Nie, słuchać nie mogę, słuchać nie chcę!!! Nie chcę? Patrzę w lustro i widzę oblicze swe odmienione. Kąciki ust w gore się unoszą, sylwetka ma prostuje się, mężna się staje, a oczy. W oczach życie płonie. Kątem oka widzę jak ręka ma wijąc się niczym wąż kusiciel do szafki sięga i już po chwili czuję w swej dłoni znajomy kształt. Palce zaciskam, ostrze otwieram i przeglądam się w jego tafli. Czy to być może, czy dziś ten dzien.? Szczęśliwy, dzień wyzwolenia? No a co potem? Pewnie po mnie przyjdą. Winić mnie będą chcieli. Ale już wtedy za późno, za późno dla nich będzie. Zamknę się w mej świątyni, moi…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%