Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 58 min czytania

Ostatni Aryjczyk

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

(Od autora) Witam. Jest to moje trzecie opowiadania w tym uniwersum, zarazem najdłuższe jak i najnowsze. Zachęcam również do zapoznania się z "Prosto w ogień" i "Intruzem". Z góry przepraszam za wszystkie błędy i nieścisłości, które mogły niepostrzeżenie wkraść się do opowiadania. Wszystkie nazwy okrętów (z wyjątkiem "La Jolli") są prawdziwe. Okręty o tej nazwie istniały lub istnieją nadal. Życzę miłej lektury i pozdrawia, ;)

Prolog "Głębokość peryskopowa"

5 maja 1945, III Rzesza

Klaus Grossbauyer przyglądał się załadunkowi okrętu. Dopiero co został kapitanem, wcześniej służył w Kriegsmarine przez prawie dziesięć lat, ale dopiero na sam koniec wojny przydzielili mu własny okręt. Co za żałosny koniec kariery... Grossbauyer nie miał wątpliwości co do tego, jak skończy on i jego załoga. Przed nim stał nowiutki U-boot typu XII, najnowocześniejszy okręt podwodny III Rzeszy, prawdziwy postrach głębin... -Herr Grossbauyer, okręt załadowany. - Głos pierwszego oficera wyrwał go z zadumy. -Dobrze. Wypływamy za pół godziny. Sprawdźcie stan kadłuba, czeka nas długa trasa... Do portu wjechał Mercedes. Strażnik zasalutował kierowcy, po czym pokazał na okręt Grossbauyera. Samochód powoli podjechał do kapitana. -Hail Hitler! - krzyknął kierowca. Wysiadł, a następnie otworzył drzwi. Przed kapitanem stanął niski mężczyzna, mający około pięćdziesięciu lat i wyższy, na oko - sześćdziesięcioletni. Klaus Grossbauyer bez trudu rozpoznał dowódcę Kriegsmarine. Rozpoznał też drugiego mężczyznę. -Czy to on? - zapytał zdziwiony. -Tak, Herr Grossbuyer. To dokładnie ta osoba, na którą wygląda... - odparł rozbawiony admirał. - Popłynie z wami. Pół godziny później kapitan stał na kiosku U-boota. -Dwie trzecie naprzód, kurs: jeden-dwa-zero. Po chwili potężne silniki diesla zaczęły pracować. Po wypłynięciu z portu, na kiosk wszedł oficer wachtowy. -Zimny poranek, kapitanie... - powiedział, spoglądając na fale. - Już czas... -Dokładnie... Już czas. - powtórzył jak echo Grossbauyer. Potem wyprostował się i powiedział: -Głębokość peryskopowa. Kurs: dwa-zero-zero. Wysunąć chrapy. Okręt podwodny zanurzył się i obrał kurs w stronę Ameryki Południowej. Nikt nigdy nie dowiedział się, czy okręt dopłynął do celu i kto był dodatkowym pasażerem...

7 kwietnia 1985, Miami, USA

"La Jolla" stała przy kei. Tommy Austin, ubrany w skórzaną kurtkę, koszulę i jeansy,szedł molem w stronę plaży. Słońce przypiekało mu opaloną twarz. Przy zejściu z mola stał Bill Osbourne, jego dawny przełożony, czekał na niego z papierosem w ustach. Obaj mężczyźni podali sobie ręce. -Co cię sprowadza do Miami, Bill? - zapytał na wstępie Austin. Jego zielone oczy patrzyły pytająco na agenta CIA. -Chodź, przejedziemy się. Gdzie zaparkowałeś? - Tommy nigdy nie lubił bezpośredniości Osbourna. Dawniej, gdy jeszcze pracował w CIA, taka postawa przełożonego doprowadzała go do szału.

Podeszli do czerwonego Chevroleta Corvette, model z 1951 roku. Tym autem Austin zwykle poruszał się po mieście. Tommy włożył kluczyki i przekręcił stacyjkę. 700-konny silnik zamruczał, zdradzając gotowość do jazdy. Powoli wyprowadził Corvettę z portu i udał się za miasto, w stronę domu. Austin kupił ten samochód od pewnego bogatego szejka z Arabii Saudyjskiej, winnego mu przysługę. Zapłacił dokładnie pięćdziesiąt trzy tysiące sześćset dolarów. To dość sporo, chociaż i tak taniej niż gdyby kupował w USA. Zresztą, Tommy miał pieniądze. Dorobił się podczas trzyletniej służbie w Marynarce, a potem pięciu latach w CIA. Teraz handlował akcjami... Stan jego konta na 5 kwietnia wynosił dwadzieścia dwa miliony dolarów... Dzięki temu mógł pozwolić sobie na zakup luksusowego jachtu, nazwanego "La Jolla".

Jechali krętą drogą. Po lewej widać było ocean, a po prawej - góry. W końcu Osbourne przerwał ciszę: -Tommy, firma cię potrzebuje... -powiedział spokojnie. -Ale ja nie potrzebuję firmy. -odparł Austin. Słońce powoli zachodziło... -Może jednak pomyślisz o tym, co ci powiem? -nalegał Bill. - W Argentynie prawdopodobnie działa kartel narkotykowy, sprowadzający do Ameryki kilka ton kokainy tygodniowo. Jesteś jedyną osobą, która może ich powstrzymać. Świat cię potrzebuje... -Może w filmie akcji rzuciłbym się na ratunek, ale szczerze? Gówno mnie obchodzi, czego potrzebuje świat. Znajdźcie kogoś innego... -Odpowiedział cynicznie Austin. -Thomas, proszę. Zapłacimy ci, a ty tylko poleć na wystawę starych samolotów. Boss kartelu, niejaki Heydrich, będzie tam pokazywał Fokkera z czasów I wojny światowej. -Tommy nienawidził, jak go ktoś nazywał Thomas. Zbyt kojarzyło mu się to z jego ojcem, Thomasem Austinem Seniorem, obecnie dowódcą Floty Pacyfiku. -Poleć? Czym? -Austin był coraz bardziej zaciekawiony. -Co powiesz na P-51 Mustang? Za tą akcję dostaniesz, powiedzmy, pół miliona dolarów, w dowolnej walucie. -Dobra, ale pod jednym warunkiem. Samolot należy do mnie. -Austin zawsze marzył o własnym drugowojennym myśliwcu. Osbourne wyciągnął rękę. -Zgoda, teraz pracujesz dla nas. -Tommy zatrzymał samochód. Zignorował rękę i powiedział: -Nie. Pracuję dla pieniędzy... A teraz wysiadka. -Mężczyzna wysiadł. Tommy odjechał w stronę własnego lotniska. Stały tam trzy hangary. W jednym z nich znajdował się samolot Grumman Goose, łódź latająca z czasów wojny na Pacyfiku. W drugim Tommy trzymał kolekcję zabytkowych samochodów i motocykli. Tam też zaparkował Corvettę. W trzecim z kolei młody Austin mieszkał. Wszedł do hangaru mieszkalnego i zdjął kurtkę. Po chwili wykręcił numer Michaela Dewitt'a, jednej z trzech osób, którym kiedykolwiek ufał. Problem w tym, że jedna z nich nie żyła... Z rozmyślań wyrwał go głos Dewitta: -Tommy, czego chcesz? - Nawet nie zgadywał, kto dzwoni. On to wiedział... -Prosić cię o przysługę. Nie przez telefon, spotkajmy się... O dziesiątej, bar na rogu trzydziestej trzeciej. -Okej, do zobaczenia. - Austin odłożył słuchawkę. Po namyśle stwierdził, że jeśli się pospieszy, zdąży jeszcze wziąć szybki prysznic.

Rozdział I "Po nim można się wszystkiego spodziewać"

7 kwietnia 1985, Miami, USA

Tommy Austin postanowił przyjechać na spotkanie motocyklem, Kawasaki GPZ 900. Z rykiem podjechał pod bar. Wszedł do środka i poszukał wzrokiem Dewitta. Średniego wzrostu Włoch był dość charakterystyczny. Miał brązowe włosy, których końcówki pofarbował na blond, piwne oczy i szerokie bary.

Gdy Austin przedstawił przyjacielowi sprawę, ten nawet nie mrugnął. Zasugerował tylko, aby do akcji włączyć jeszcze jedną osobę - Rudolpha "Rudiego" Veen'a. Tommy uznał, że pomoc naukowca może im się przydać. -Słuchaj, stary, za dwie godziny lecimy do Norfolk. Tam powiedzą nam, co mamy robić dalej. - powiedział Tommy, po czym wyszedł z baru. Spotkał się z Dewitt'em na lotnisku godzinę później. -Lot pierwszą klasą... Stary, to jest to! - Michael nie ukrywał podniecenia. - Skąd ty wziąłeś na to kasę? To pewnie kupa szmalu... -My, z rodu Austin'ów, nie latamy jak zwykli śmiertelnicy w klasie drugiej... - Stwierdził z uśmiechem Tommy. -Tak to jest mieć bogatego tatusia, co? - odparował Dewitt. Boeing 767 sunął po bezchmurnym niebie. Z dołu był tylko małą kropeczką, ciągnącą za sobą białą smugę. Lecz na wysokości trzydziestu trzech tysięcy stóp znajdowało się stu pięćdziesięciu pasażerów. Maszyna o równo ósmej zero trzy siadła na pasie startowym w Norfolk...

8 kwietnia 1985, Norfolk, USA

-Szef już panów oczekuje. - sekretarka posłała Austin'owi i Dewitt'owi uśmiech numer trzy. W gabinecie, oprócz szefa CIA, siedział też Rudi oraz admirał floty Atlantyku imieniem Miles O'riley. Ten siwy mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat wyglądał, jakby współpracował z CIA na co dzień. Kto wie, może tak istotnie było? Z akt Tommy wyczytał, że dawniej latał w Wietnamie na Intruderach, potem piął się po wojskowej hierarchii aż do stopnia admirała. -Panowie... - zaczął szef CIA - Zebrałem was tutaj, abyście dowiedzieli się co nieco o panu Klausie Heydrichu. Prowadzi on teoretycznie całkowicie legalną spółkę akcyjną, jednak my, z zaufanych źródeł, wiemy, że również jest on zamieszany w przemyt kokainy oraz broni do Stanów. -Dobrze, ale co mam wspólnego z tym ja oraz moi ludzie? - zabrał głos O'riley. -Otóż, udzieli pan tym oto ludziom - wskazał na Austin'a i Dewitt'a - wszelkiej pomocy oraz transportu, i, jeśli to będzie potrzebne, wsparcia ogniowego. A teraz, jeśli mogę spytać: panie Austin, kim są ci ludzie? - Spojrzał na Dewitt'a i Rudiego. -Otóż, jak z całą pewnością zrobiła ta szuja Osbourne... -Proszę zachować komentarze dla siebie. -Jeśli wam się nie podoba, mogę wyjść - Tommy w tym przypadku wcale nie żartował. -Proszę kontynuować. - powiedział ugodowo agent. -Jak zapewne poinformował was pan Osbourne, nie zamierzam pracować z pańskimi ludźmi. Bez obrazy... A oto mój zespół: Michael Dewitt, specjalista od wszystkiego, oraz Rudolph Veen, udzielający nam wszelkiej pomocy naukowej. - Rudi i Michael podali ręce mężczyźnie. - A teraz, jeśli pan pozwoli, będziemy się zbierać. A, i jeszcze jedno: jeśli chcecie, abym poleciał na ten wasz zjazd starych maszyn, samolot ma czekać na pasie mojego lotniska o ósmej rano w niedzielę. -Dobrze. Konkretne cele znajdzie pan w kokpicie. Tommy bez słowa wyszedł z gabinetu. W ślad za nim podążyli Rudi i Dewitt. Po minucie ciszy odezwał się O'riley: -Doprawdy, ten wasz Austin to naprawdę ciekawa osoba... -Jak mówił major Sandstorm, jego były przełożony w Siłach Powietrznych: "Po Austinie można się wszystkiego spodziewać". I chyba coś w tym jest...

Rozdział II "Mustang"

12 kwietnia 1985, Floryda, USA

P-51 stał na trawiastym pasie lotniska. Austin przyjrzał mu się uważnie. Potężny silnik Packard, smukły dziób zakończony czterołopatkowym śmigłem i opływowa owiewka, przypominająca tę z MiG'a 9, czyniła z niego jeden z najpiękniejszych samolotów amerykańskich II Wojny Światowej. Tommy usadowił się na miejscu pilota, wcześniej podniósłwszy z niego kopertę. Otworzył ją po czym przeczytał: "Ściśle Tajne. Od: Dowództwo Floty Atlantyku Do: Thomas Austin, jr. Wylądować na lotnisku LAX, Los Angeles. x Zapoznać się z Heydrich'em. x Powodzenia." Pod spodem widniał podpis admirała O'rileya. Austin przeczytał kartkę, po czym podarł ją. Wykonał procedurę startową. Potężny, 2270 konny silnik gładko odpalił, wydobywając z siebie dziki ryk. Tommy popchnął powoli przepustnicę, po czym maszyna zaczęła toczyć się do przodu. Skręcił lekko w lewo, ale pilot skorygował to muśnięciem pedałów. Samolot zaczynał nabierać prędkości. Pod skrzydłami, w słońcu, skrzyły się lufy karabinów maszynowych. Oczywiście, z wiadomych względów, wymontowano karabiny, ale lufy pozostały... Tył samolotu uniósł się do góry. Austin ściągnął drążek do siebie, po czym North American P-51 "Mustang" wzbił się w powietrze. Były agent CIA złożył podwozie oraz zamknął klapy. Maszyna leciała teraz na wysokości około pięciuset metrów. Tommy flegmatycznym ruchem przeciągnął drążek w lewo. Samolot natychmiastowo wykonał beczkę. Zrobił to ponownie, tyle że teraz w prawo. Samolot idealnie reaguje na stery, pomyślał. W końcu wyrównał lot na wysokości dwóch kilometrów i włączył autopilota. Czekał go długi lot...

12 kwietnia 1985, Los Angeles, USA

Stare samoloty stały na pasie Międzynarodowego Lotniska w Los Angeles. Czekano na jeszcze jednego gościa. Tłumy widzów niemal ogłuszył ryk Packarda. P-51 przeleciał dziesięć metrów nad nimi, wykonał beczkę, potem długą pętlę, i w końcu zaczął podchodzić do lądowania. Pilot dobrze wiedział co robi. Lądowanie za trzy punkty, czyli z dotknięciem wszystkich trzech kół jednocześnie. Samolot podkołował do wolnego miejsca na płycie. Austin wyłączył silnik. Śmigło natychmiast przestało się obracać. Potem szybkim ruchem otworzył owiewkę. Ciepłe, wiosenne powietrze musnęło jego twarz. Wyskoczył z kabiny i natychmiast zaczął iść w stronę Messershmitta Me-109. Gdzie mógł szukać niemieckiego pilota, jak nie w niemieckim myśliwcu? Po drodze minął takie klasyki jak Supermarine Spitfire, Fokker Dr.I oraz ciężki bombowiec strategiczny B-29 "Superfortress". Właśnie z takiego zrzucono bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Powoli podszedł do Messershmitta. W jego kabinie dostrzegł zarys postaci. Nie tak wyobrażał sobie Heydricha. Chociaż nie widział jego twarzy, miał przed sobą jednak ciało drobnej, wysokiej osoby. Podszedł bliżej i powiedział: -Wspaniały maszyna... Pilot odwrócił się i Austin dojrzał jego twarz. To, co zobaczył, bardzo go zdziwiło. Miał przed sobą twarz kobiety o regularnych rysach i czarnych włosach sięgających ramion. Była niewątpliwie piękna. -Mąż kupił go parę lat temu od pewnego niemieckiego pilota. - stwierdziła krótko. -Gdzie moje maniery? Tommy Austin. - wyciągnął dłoń. Dziewczyna podała mu swoją, po czym się przedstawiła: -Jackille Heydrich, mów mi Jackie. - powiedziała i uśmiechnęła się. -Tak z czystej ciekawości, Jackie... Twoje imię nie brzmi zbyt niemiecko... -Mój mąż, Klaus, jest Niemcem. Ja urodziłam się w Nevadzie.

Parę minut później widzowie domagali się walki powietrznej. Chociaż oba samoloty nie miały uzbrojenia, widowisko i tak miało być przednie. Pierwsza wystartowała Jackie, Tommy dopiero kilka minut później. Będąc na wysokości stu metrów, Austin zaczął się rozglądać w poszukiwaniu Messershmitta Jackie. Zlokalizował go pół kilometra na wschód od siebie. Przeciągnął przepustnicę, ustawiając na maksymalny ciąg. Tutaj objawiła się przewaga Mustanga, czyli 2270 konny silnik. Szybko ustawił samolot za ogonem przeciwnika. Jackie, widząc co się dzieje, zanurkowała, wykonała półbeczkę i chwilę potem to ona siedziała Austinowi na ogonie. Tommy uśmiechnął się widząc za sobą kanciastą sylwetkę niemieckiego myśliwca. Połknęła haczyk. Zmniejszył ciąg, tak że po chwili samoloty leciały niemal dotykając się. Austin ściągnął drążek na siebie oraz przeciągną przepustnicę do końca, co sprawiło, że samolot wykonał efektowną pętlę i znalazł się w miejscu, gdzie przed sekundą była Jackie. Pilot utrzymywał jej samolot na celowniku przez trzy sekundy, po czym zakomunikował przez radio: -Zestrzelony.

Kiedy oba myśliwce lądowały, tłum wiwatował. Maszyny podkołowały na miejsca parkingowe. Oba silniki ucichły. Jackie podeszła do samolotu w chwili, gdy Austin rozpinał pasy bezpieczeństwa. -Gratuluję. Zestrzeliłeś mnie. - Powiedziała chłodnym tonem. Tommy uśmiechnął się i powiedział: -Nie liczy się wynik, a umiejętności. A ty, Jackille Heydrich, jesteś cholernie dobrym pilotem. Jackie, połechtana komplementem, uśmiechnęła się. -Musimy tę walkę powtórzyć. -Żebyś mógł zwyciężyć po raz drugi? -Żebyś mogła się zrewanżować. - odpowiedział spokojnie Tommy. -Obawiam się, że dzisiaj to już nie możliwe. Muszę wracać, do Argentyny daleka droga... - Argentyna! Pierwsza ciekawa informacja... -Rozumiem. Ja też niedługo będę musiał spadać... -Mam nadzieję, że nie dosłownie? -Oby nie... Jackie oddaliła się w stronę swojego samolotu. Po chwili Messerschmitt wystartował.

Rozdział III "Argentyna"

13 kwietnia 1985, Norfolk, USA

-Argentyna? - dopytywał się O'riley - Czy naprawdę mówiła coś o Argentynie? - Tommy przytaknął. Wtedy admirał kontynuował: -To by się zgadzało z danymi naszego wywiadu. Według CIA Heydrich produkuje i szmugluje do stanów kokainę właśnie z Argentyny. Tylko nie wiemy, jak ją transportuje. Nasze satelity obserwują jego posiadłość dwadzieścia cztery godziny na dobę, i ciągle nic. Nic nie wyjeżdża ani nie wypływa. No cóż, trzeba będzie to zbadać... - Na te słowa Austin wstał i zaczął kierować się w stronę drzwi. -No, to moja robota skończona. Życzę powodzenia, admirale... - Admirał spojrzał na niego krzywo. -Nie, twoja robota się zaczyna. Zinfiltrujesz tę posiadłość, przy okazji nie dając się złapać. Tommy stanął jak wryty. Nie tak miało być! Miał tylko polecieć na pokaz, to wszystko... -Płyniesz do Argentyny. Za trzy godziny samolot zabierze cię na lotniskowiec. Potem wejdziesz na pokład okrętu podwodnego klasy Los Angeles, który podrzuci cię pod sam brzeg...

13 kwietnia 1985, USS Carl Vinson, lotniskowiec klasy Nimitz

Koła samolotu transportowego MV-22 Osprey miękko uderzyły o pokład lotniskowca. Była to doprawdy dziwaczna maszyna. Na końcu masywnych skrzydeł znajdowały się dwie gondole, mieszczące turbośmigłowe, trójłopatkowe silniki. Łopaty były o wiele większe, niz w innych samolotach. Dzięku temu, po odwróceniu gondol do pozycji horyzontalnej, samolot zachowywał się jak śmigłowiec. To świadczyło o jego użyteczności. Jednocześnie mógł lecieć z prędkością samolotu, i lądować w sposób typowo helikopterowy... Tommy Austin jako pierwszy wyskoczył z Osprey'a. Zaraz za nim wysiadł Dewitt. Rudi jako ostatni opuścił samolot. Austinowi od razu przypomniała się jego krótka kariera w marynarce. Sam stacjonował, jako pilot myśliwca F-14 Tomcat, na takim lotniskowcu. A potem został zwerbowany do CIA i wszystko się spieprzyło... Do grupy podszedł marynarz: -Jak się udał lot? Admirał O'riley kazał przekazać państwu, że okręt wynurzy się, aby was zabrać, tuż po zmierzchu. Do tego czasu mają panowie przygotować się do akcji. Admirał osobiście kazał dopilnować, abyście dostali wszystko, czego potrzebujecie... Kiedy Dewitt składał "zamówienie", Austin patrzył na zachód słońca. Rudi tymczasem zbierał wszystkie niezbędne rzeczy, które mogłyby mu pomóc w koordynowaniu działań z pokładu okrętu podwodnego. W końcu nastał czas, aby przejść do kolejnego etapu operacji. Niedługo po zachodzie słońca, z ciemnej wody Atlantyku, wynurzył się smukły, czarny kiosk okrętu podwodnego. Po chwili widać było już cały kadłub. Ktoś od środka odkręcił i otworzył właz. Zaczął się przeładunek wszystkich niezbędnych rzeczy. Pół godziny później Tommy zszedł po drabince do wnętrza okrętu. Zobaczył coś, co bardziej przypominało prom kosmiczny niż okręt wojenny. Niebieskawe światło oświetlało komputery, ekrany i przełączniki. W środku obszernej sali wisiał iluminator z dwoma rączkami po bokach. Po lewej stronie od niego była gałka regulacji głębokości peryskopu. Przy urządzeniu stał wysoki mężczyzna w białym ubraniu. Odwrócił się, i powiedział: -Witamy na USS "Asheville"! Pan musi nazywać się Austin... - Tommy zdziwił się, że kapitan znał jego imię. To miała być tajna operacja! Zresztą, kości zostały rzucone. Już nie było odwrotu.

14 kwietnia 1985, USS Asheville, okręt podwodny klasy Los Angeles.

Austin przechodził obok kajut marynarzy. Ciągle nie mógł przywyknąć do głębokiej ciszy na okręcie. Żadnego stukotu silników, żadnego szumu. Tylko cisza... Słyszał bicie własnego serca. Zajrzał do kajuty Dewitta. Michael siedział pochylony nad jakimiś papierami. -Co powiesz na szkocką, tak prze misją? - zapytał Austin. Brew Dewitta uniosła się: -O ile mi wiadomo, na pokład nie można wnosić alkoholu. - powiedział poważnym tonem. -Cóż, w pełni respektuję tę zasadę. Jednak mogę przysiąc, że nie wniosłem tej butelki na pokład. Powiedzmy, że znalazłem ją pod koją... Dewitt uśmiechnął się. Sekundę później skoczył pod stół,po czym wyciągnął drugą butelkę oraz kieliszki. -Obawiam się, że i mnie przytrafiła się taka historia... Pół godziny później, obaj już lekko wstawieni, Austin i Dewitt poszli do centrali okrętu. Przyglądali się kapitanowi, pochylającemu się nad mapą, i sonarzystom. Nagle jeden z nich zawołał: -Kontakt! Namiar zero-dwa-zero! Prawdopodobnie radziecki okręt podwodny... - Kapitan wstał znad mapy i spojrzał na marynarza: -Jaka odległość? -Jakieś pięćdziesiąt kilometrów, sir. Prędkość jednostki - dwanaście węzłów. Słyszę lekkie szumy i stukanie reaktora. Powiedziałbym, że to okręt klasy Victor III. Może Akuła, lub Tajfun. Z tej odległości nie ocenię... Kapitan zwrócił się do mężczyzny stojącego w kącie centrali: -Bill, znamy pozycje radzieckich jednostek w rejonie? -Według SOSUS, nie ma nikogo w promieniu trzystu kilometrów. Austin spojrzał pytająco na kapitana: -Spokojnie, chłopcy. Dotrzemy tam za najwcześniej... Pięćdziesiąt godzin. Nie martwcie się ruskiem. - popatrzył na pierwszego oficera. - Zmieńcie prędkość na siedem węzłów. Przeczesywać teren tylko sonarem pasywnym. Niech czerwony podejdzie bliżej...

14 kwietnia 1985, TK-208 "Dmitrij Donskoj", okręt podwodny klasy Tajfun.

Kuzniecow tępo wpatrywał się w mapę. Byli już tak cholernie blisko... A jednak ten pieprzony Amerykanin pokrzyżował im plany. -Towarzyszu kapitanie, za pół godziny będziemy w zasięgu rażenia Jankesa. -Uzbrojcie i namierzcie torpedy. Marynarz wyszedł z centrali. Kuzniecow spojrzał na ekran radaru. Widać było na nim niewielką kropkę. A więc tam jest. Czai się gdzieś w odmętach Atlantyku, oglądając najmniejszy nawet ruch "Donoskoja". Kapitan wiedział, że nie będzie miał oporów wystrzelić tych torped. Śmierć w głębinach oceanu to bardzo nieprzyjemna rzecz, ale jemu płacą za to, aby bronił "Matiuszki Rasiji". Po uderzeniu torpedy okręt zaczyna momentalnie tonąć. Ciśnienie w rozhermetyzowanej kabinie zwiększa się z każdym metrem. Po jakimś czasie, marynarze zaczynają ślepnąć. Chwilę potem cały kadłub imploduje, grzebiąc załogę w odmętach oceanu na zawsze... -Cel w polu rażenia, towarzyszu kapitanie. Namierzony torpedą. -Wystrzelić. Poślemy tego pieprzonego jankesa na dno.

14 kwietnia 1985, USS "Asheville", okręt podwodny klasy Los Angeles.

-Nowy kontakt! Namiar: zero-dwa-zero! Torpeda! - Głos operatora sonaru zabrzmiał w kabinie. Kapitan bez namysłu krzyknął: -Cała naprzód! Wystrzel wabiki, po czym szybki nawrót w lewo. Okręt wyraźnie przyspieszył. Po chwili z wyrzutni wystrzeliły wabiki akustyczne. Imitując dźwięki, miały na celu zwabienie na siebie torped. Okręt zaczął powoli skręcać. Kadłub był pochylony pod kątem dziesięciu stopni, tak więc Tommy, Michael i reszta załogi musieli się czegoś przytrzymać. Po wykonaniu manerwu kapitan zapytał nawigatora: -Obecna głębokość? -Trzy-zero-zero. -A jaka pod stopką? - Zadał kolejne pytanie kapitan. -Dwa-pięć-zero. -Torpeda chybiła, sir! - Głos sonarzysty brzmiał jak śpiewy anielskie. Kapian namyślił się. W końcu rzekł: -Nowa głębokość: Pięć-dwa-zero. Nagle z małego tłumu ludzi zgromadzonych w centrali wyłonił się pierwszy oficer, po czym powiedział: -Ale, sir... Dopuszczalna głębokość zanurzenia dla okrętów klasy Los Angeles to czterysta pięćdziesiąt metrów! Nie możemy zejść na pięćset dwadzieścia! - Kapitan spojrzał na niego. -Zamknij się! Jak nie zejdziemy niżej, to zginiemy! -Kapitanie! Tak, czy siak zginiemy! Albo od sowieckiej torpedy, albo od ciśnienia, więc nie moż... - Oficer nie dokończył. Kapitan uderzył go pięścią w twarz. Mężczyzna, mający prawię dwa metry wzrostu zatoczył się, po czym uderzył głową w jedną z wielu stalowych rur, które ciągnęły się po stropie centrali. -Powiadają, że praca na okręcie podwodnym jest raczej dla niskich ludzi... Ktoś jeszcze chce dyskutować na temat możliwości okrętu? - Żaden z przestraszonych oficerów nie uniósł ręki. - To dobrze. A teraz: głębokość pięć-dwa-zero. Dziób okrętu przechylił się o kilka stopni w dół. Z biurka nawigatora zsunął się kubek i z trzaskiem rozbił o podłogę. W centrali było tak cicho, że Austin słyszał bicie własnego serca. Jedynym dźwiękiem było ciche meldowanie nawigatora: -Trzy-pięć-zero. Wdech. -Cztery-zero-zero. Wydech. -Cztery-pięć-zero. Wdech. Wskazówka na głębokościomierzu doszła do czerwonej przedziałki. -Pięć-zero-zero. Boże... Zaraz kadłub imploduje! Wydech. -Pięć-dwa-zero. Do dna: trzydzieści metrów. Wyrównuję. Gdy okręt znalazł już się na ustalonej głębokości cała załoga zauważyła, że coś jest nie tak... Słychać było charakterystyczny dźwięk zgniatanego kadłuba. Gdzieniegdzie wystrzeliwały śrubki. Zgasło główne oświetlenie. Jedyne światło zapewniała czerwona lampa alarmowa. Myśli Austina o śmierci na głębokości pół kilometra pod wodą przerwał głos kapitana: -Cała stop. Przeczekamy skurwiela... Po kilku minutach odezwał się telefon pokładowy. Kapitan odebrał: -W maszynowni pół metra wody, sir! Przyślijcie grupę naprawczą, byle szybko, bo pójdziemy na dno! -Dieter! - zwrócił się do głównego mechanika - Wyślij grupę naprawczą do maszynowni reaktora numer jeden! -Aye, aye, sir! Kapitan podszedł do sonarzysty, wpatrującego się w ekran sonaru: -I jak sytuacja? -Kontakt się powoli oddala, sir! Może nam się udać...

14 kwietnia 1985, TK-208 "Dmitryj Donskoj", okręt podwodny klasy Tajfun

Kuzniecow zastanawiał się na głos: -Gdzie, do cholery, mógł się podziać ponad stu metrowy okręt? Kuzniecow przejrzał mapy. Teoretycznie jest jeden kanion podwodny, który mógłby posłużyć za kryjówkę, ale był za głęboko. Oficer obsługujący hydrofon zidentyfikował okręt jako klasę Los Angles, prawdopodobnie USS "Ashewille. Tyle że dla tejże klasy zanurzenie maksymalne wynosiło czterysta pięćdziesiąt metrów, a on musiałby, cholera, zejśc na ponad pięćset... Nie, to nie może być to. Może zdołał uciec? A może zatonął? Uderzył w skały i... Tak, to może być to. Kuzniecow zwrócił się do radiooperatora: -Towarzyszu, zameldujcie dowództwu uszkodzenie amerykańskiego okrętu podwodnego SSN, klasy Los Agneles. To jest to! Pierwsze, małe zwycięstwo w wielkiej wojnie... -Głębokość peryskopowa! Wracamy do Murmańska! Radziecki okręt odpłynął na północny-wschód, w stronę "Matiuszki Rasiji".

14 kwietnia 1985, USS "Ashewille", okręt podwodny klasy Los Angeles

-Zgubiliśmy kontakt! Prawdopodobnie odpłynął. - Kapitan wreszcie odetchnął. -Wracamy na trzy-zero-zero. Dwie trzecie naprzód. Powrót na kurs. Austin znów poczuł ruchy okrętu. Kadłub delikatnie zawibrował. "Ashewille" zaczął przyśpieszać. Kapitan przez chwilę stał nad ramieniem operatora sonaru, po czym upewniwszy się, że Tajfun nie wróci, podszedł do Austina i Dewitta. -Spokojnie panowie, teraz możemy kontynuować waszą misję. Za sześć godzin powinniśmy być na miejscu. Chyba, że coś nam przeszkodzi... Austin wolał nie wnikać, co mogło by być ową przeszkodą. Było kilka minut przed północą. Tommy poszedł do swojej kajuty zdrzemnąć się. Zabawa dopiero się rozkręcała...

15 kwietnia 1985, USS "Ashewille", okręt podwodny klasy Los Angeles.

-SDV gotowe, sir. - Zameldował marynarz. Austin popatrzył na niego sennie. Była dopiero szósta rano, a jego już ciągnęli na jakąś małą wojnę. Kurna, trzeba było zostać w domu... SDV, czyli Seal Delivery Vechicle, był niewielką łodzią podwodną, służącą zwykle do transportowania żołnierzy jednostek specjalnych Navy Seals. Ukryty w niewielkim doku w okręcie podwodnym, umożliwiał przerzut "specjalsów" niezauważenie w niemal każde miejsce na ziemii. Nie mógł schodzić na dużą głębokość, lecz jego elektryczne silniki pozwalały na bycie przez sześć godzin w ciągłym ruchu. Za sterami pojazdu siedział Dewitt, Austin zajął miejsce co-pilota. Wypłynęli z pod okrętu podwodnego i Michael ustawił kurs na brzeg. Teraz łódź płynęła praktycznie sama, a im pozostało jedynie nadzorowanie pracy superkomputera, umieszczonego na pokładzie i odpowaidającego za sonar, kamery i silniki. -Ty, wiesz coś o tym admirale? - Przerwał ciszę Dewitt. -Jakim znowu admirale? Co ty pieprzysz? - spytał, ciągle zaspany, Austin. -No, ten... jak mu tam... O'riley! -No to co z nim? Dewitt spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem. -Ty na serio nie wiesz? -Oświecisz mnie, czy nie? - Zapytał z frustracją Austin. Kimże mógł być ten pieprzony biurokrata z marynarki? -No dobra, to słuchaj: O'riley dawniej był pilotem szturmowca w Wietnamie. A-6 chyba... W każdym razie, został kiedyś zestrzelony w okolicach Hanoi. Jego bombardier-nawigator zginął, ale jemu udało się przeżyć. No i ten skurwiel poszedł sobie ot tak, na lotnisko, ukradł MiG-a i po prostu odleciał na lotniskowiec. Po tym wyczynie został pieprzoną legendą marynarki... Potem zajmował się oblatywaniem nowych konstrukcji. Podobno jako pierwszy leciał tym nowoczesnym bombowcem stealth, F-117 Nighthawk... Austin popatrzył na niego sceptycznie. -F-117 nie istnieją, od tego zacznijmy. Po drugie, to tylko legenda. Pewnie odratował go jakiś MEDEVAC, czy coś... Nie wierzyłbym w to, jeśli o mnie chodzi. -Nieważne, ty i tak w nic nie uwierzysz... A sto siedemnastki istnieją, tylko są tajne. Stawiam piwo na to. Dobra, zbliżamy się. Zbieraj dupę... -A ty co? Idziesz ze mną. Austin i Dewitt wypłynęli z SDV w wojskowych, czarnych kombinezonach do nurkowania. Obaj na ramionach mieli niewielkie, nieprzemakalne plecaki, w których trzymali broń i ekwipunek. Jako pierwszy na argentyńską ziemię wyszedł Austin. Chwilę za nim z wody wypełzł Dewitt. -Dobra, plan jest taki. Jakieś pięć kilosów stąd jest ten jego domek. Zakradniemy się, spróbujemy wejść przez piwnice. CIA mówiło, że mają tam laboratoria... -Dobra, a co dalej? Austin przez chwilę wsłuchał się w dźwięki otoczenia. Coś go zaniepokoiło. Nieważne, pewnie mi się zdawało, powiedział sobie w myślach. -Potem... Zobaczymy co nasz Heydrich wyprawia. Znowu! Coś jakby... Kroki? -Dobra, no to cho... -Cicho! Coś słysz... Austin zaczął wyciągać rękę po broń. Nie zdążył. Poczuł zimny metal na głowie. Zamarł. Ktokolwiek to był, miał na muszce zarówno Austina jak i Dewitta. Nagle z krzaków wyłoniły się postaci w ciemnych, wojskowych ubraniach. Brakowało tylko oznaczeń. -Guten morgen, herr Austin. - Uderzenie kolbą karabinu w głowę pozbawiło go przytomności.

Rozdział IV "Nocny Jastrząb"

15 kwietnia 1985, USS "Ashewille",…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Ostatni Aryjczyk — czytnik · opowiadania